Jak informować i opowiadać o kryzysach psychicznych, by nie szkodzić?

Outowanie polityków z rzekomych chorób, pseudoteorie o depresji, używanie psychiatrycznych pojęć jak pałek. Tabu chorób psychicznych przestało być naszym głównym problemem.
Czyta się kilka minut
Mural „Twarze depresji" autorstwa Wojciecha Brewki na Ursynowie w Warszawie namalowany wspólnie z firmą Wallart, wrzesień 2024 r. // Fot. Materiały prasowe Wallart
Mural „Twarze depresji" autorstwa Wojciecha Brewki na Ursynowie w Warszawie namalowany wspólnie z firmą Wallart, wrzesień 2024 r. // Fot. Materiały prasowe Wallart

To nie będzie tekst o chorobie Szymona Hołowni. Ani artykuł krytykujący Jacka Nizinkiewicza z „Rzeczpospolitej” za to, że ujawnił rzekomą depresję byłego marszałka Sejmu – choć uważam, że zrobił rzecz niedopuszczalną na równi z ujawnieniem ponad miesiąc temu przez „Gazetę Wyborczą” nazw leków branych jakoby przez Sławomira Cenckiewicza

Każdy człowiek – miejmy tę najbanalniejszą z uwag za sobą – a w każdym razie każdy, kto nie odpowiada bezpośrednio za bezpieczeństwo państwa, ma prawo sam decydować o tym, co i kiedy opowie publicznie na temat własnego stanu zdrowia. 

Kryzysy psychiczne jako narzędzie

To nie będzie artykuł o politykach, ich chorobach oraz – zapewne do jakiegoś stopnia ograniczonym – prawie do prywatności w tej grupie zawodowej (na pytanie, czy gdyby Szymon Hołownia nadal był marszałkiem Sejmu, a więc drugą osobą w polskim państwie, mielibyśmy prawo dociekać, na co choruje, nie ma jednoznacznej odpowiedzi, podobnie jak ciężko wyrokować, które schorzenia – fizyczne i psychiczne – mogą potencjalnie zaburzać pracę urzędnika).

Choć trudno nie zauważyć, że właśnie zawód polityka, słusznie kojarzony z wymogiem posiadania tzw. grubej skóry, wiąże się z obciążeniami nieobecnymi na taką skalę gdzie indziej: presją wyborczego wyniku, mediów, ale też własnego politycznego środowiska, które zmusza do ślepego posłuszeństwa i wyrzekania się poglądów – np. w głosowaniach. 

To będzie rozważanie o tym, co się stało z naszą opowieścią o kryzysach psychicznych w czasach, gdy kryzysy te zostały szczęśliwie – przynajmniej w niektórych obszarach, o czym później – odarte z tabu, zaś depresyjny coming out celebryty stał się niemal codziennością.

I o tym, dlaczego chcąc tą opowieścią pomagać, przy okazji na potęgę szkodzimy. I ranimy.

Znani politycy i celebryci opowiadają o depresji 

Zanim „Rzeczpospolita”, która na szczęście zdążyła już przeprosić Hołownię, postanowiła „wyoutować” byłego marszałka Sejmu z jego rzekomej depresji (rzekomej, bo sam zainteresowany zaprzeczył, by na nią obecnie cierpiał), co najmniej dwóch polityków powiedziało publicznie o swoich autentycznych psychicznych kryzysach. 

Pierwszym był Jerzy Federowicz, aktor i senator, który na portalu TVN24.pl opowiedział kilka lat temu o dwóch depresyjnych epizodach, w tym o braku chęci do życia po śmierci ukochanej żony. 

Drugim był Jarosław Gowin, który także ujawnił, że cierpiał na zaburzenia nastroju i znalazł się w związku z tym w szpitalu. Zanim jednak sam były wicepremier o tym opowiedział, media wystawiły jego zdrowie na publiczny widok w sposób podobny do niedawnej publikacji „Rzeczpospolitej”: o depresji Gowina informował „Newsweek”, a sensacyjną – poddaną później frontalnej krytyce – okładkę na ten temat przygotował prawicowy tygodnik „Sieci”. 

W międzyczasie dziesiątki innych znanych osób – dziennikarzy, sportowców, aktorów – dokonało podobnych coming outów, z których ostatni stanowiły przejmujące wywiady udzielone przez Tomasza Sekielskiego, powracającego szczęśliwie do zdrowia po długim okresie choroby. Żeby przekonać się, jaka społeczna korzyść stoi za podobnymi opowieściami, warto zajrzeć za kulisy pracy psychoterapeutów i psychiatrów.

– Takie medialne występy wpływają bezpośrednio na ludzi – mówi w rozmowie z „Tygodnikiem” prof. Dominika Dudek, psychiatra z Krakowa. 

– Nie raz słyszałam od pacjenta w gabinecie, że jest to dla niego lub dla niej wyzwalające. Sama zresztą jako lekarz używam czasami tych historii w rozmowach z pacjentami. Robię to, bo wiem, jak często osoby cierpiące na depresję mają poczucie winy z samego faktu, że chorują. I jak często miewają zaniżone poczucie własnej wartości. 

„Choruję, bo jestem do niczego”, „niczego w życiu nie osiągnąłem” – mówią, ale historie osób znanych i też chorujących ów obraz zaburzają. Pokazują, że depresja nie wybiera, dotykając równie często tzw. ludzi sukcesu. A skoro tak, to może nic ze mną nie jest „nie halo”? Może nie jestem, jak często o sobie myślę, „ostatnim przegrywem”?

Pacjenci wstydzą się pieczątki od psychiatry 

Prof. Dudek dodaje, że publiczne – dokonane rzecz jasna z własnej woli cierpiącego – depresyjne coming outy są wciąż potrzebne, bo nie wszędzie wiedza o tej chorobie weszła pod strzechy. 

Psychiatria nie jest już tak stygmatyzowana jak kiedyś, ale dla niektórych pieczątka od tego specjalisty bywa nadal czymś trudnym do zaakceptowania – opowiada krakowska lekarka. 

– Nie tak dawno miałam pacjentkę po ciężkim epizodzie depresji, której chciałam wypisać dłuższe zwolnienie lekarskie. Błagała, bym nie dawała jej tego dokumentu, tylko przekazała kartkę dla lekarza pierwszego kontaktu, który wystawi L4. Dzięki temu nikt w jej miejscu pracy w malutkiej miejscowości nie dowie się, na co cierpi.

Poświęcone depresji występy ludzi znanych mogą też rzecz jasna narobić – mówiąc delikatnie – informacyjnego bałaganu. 

Kilka lat temu w ramach głośnej kampanii społecznej mającej pomagać cierpiącym na zaburzenia nastroju pojawiła się w „Dzień Dobry TVN” – dziś już nieżyjąca – aktorka Bożena Dykiel. I ku osłupieniu prowadzących oświadczyła, że depresja to efekt niedoboru litu, sama zaś swoje dobre samopoczucie zawdzięcza „cudownym okularom”, których zresztą nie omieszkała założyć na wizji (szybko z niej zniknęła po tym, jak prowadzące przerwały rozmowę).  

Mimo wszystko jednak ostatnie ok. dwie dekady to w Polsce wysyp wyznań i coming outów, których bilans w szerzeniu w Polsce świadomości o depresji jest jednoznacznie dodatni. Choć ta opowieść ma też swoje luki, a nawet cienie i upiory, rzadziej w tym bilansie dostrzegane. 

Jak stygmatyzujemy chorych na schizofrenię 

Jeśli szukać luk, pierwszą będzie fakt, że opowieść o kryzysie psychicznym jako części życia nie trafia do wszystkich. Jej egalitaryzm, mimo pojawiania się na kanapach telewizji śniadaniowych, jest tak samo pozorny jak powszechność psychiatrycznej czy terapeutycznej pomocy. Tak jak tylko część z nas stać, by wydać 800 czy nawet 1000 zł miesięcznie na psychoterapię, albo 300-400 zł za kwadrans wizyty u psychiatry – tak tylko niektórzy wertują poradnikowe magazyny o psychologii, a nawet natrafiają na wyznania gwiazd w TV.

Dbałość o dobrostan psychiczny, o który chwalebnie upominają się znani i kiedyś chorujący, jest w Polsce nadal dobrem luksusowym. I w wymiarze realnej pomocy, i w sensie szerzenia o niej świadomości. 

Jednym ze śladów tej prawdy są m.in. dane z opublikowanego niedawno raportu Instytutu Psychologii PAN „Pomoc psychologiczna z perspektywy Polek i Polaków”: 38 proc. Polaków boi się, że fakt skorzystania z pomocy znajdzie się w ich medycznej dokumentacji, a 35 proc. drży, że będą postrzegani jako „wariaci”. 

Luka kolejna to brak w przestrzeni medialnej kojących opowieści dotyczących innych niż depresja poważnych chorób psychicznych – głównie schizofrenii. Medialne wysycenie wyznaniami osób cierpiących na zaburzenia nastroju sprawiło, że schorzenie to faktycznie zostało w wielu kręgach oswojone i odarte z tabu. Podobny proces w przypadku schizofrenii, psychoz – czyli ogólnie: zaburzeń postrzegania rzeczywistości – mamy dopiero przed sobą. 

Zwłaszcza że i w medialnych newsach, i w tekstach kultury osoba ze schizofrenią to nadal zwykle ktoś niebezpieczny. 

– Jak idzie jakiś głupawy serial, i pojawia się osoba z tym schorzeniem, to wiem, że zaraz albo będzie chciała kogoś zabić, albo zgwałcić, albo przynajmniej ukraść komuś dziecko – komentuje Dominika Dudek. 

– Tymczasem osoby cierpiące na tę chorobę nie popełniają częściej przestępstw niż te zdrowe. Przeciwnie: często popadają w apatię, abulię, nie mają motywacji do robienia czegokolwiek. Oczywiście, raz na jakiś czas zdarzy się, że nieleczony chory w psychozie ma straszne myśli i zrobi jakąś straszną rzecz, ale w tym samym czasie setki zdrowych robią podobne straszne rzeczy. 

Psychiatra: „Nigdy nie czułam się zagrożona"

Prof. Dudek dodaje, że przez ponad trzy dekady lekarskiej praktyki ani razu nie czuła się zagrożona w kontakcie z pacjentem.

– Owszem, na szpitalny oddział przyjmujemy osoby pobudzone, w ostrej psychozie, zdarza nam się stosować przymus bezpośredni, ale nigdy nie poczułam, że grozi mi niebezpieczeństwo – opowiada lekarka. 

– A równocześnie zdarza mi się oglądać filmy, w których to zagrożenie jest nieustanne. Choć nie zawsze: raz trochę bezmyślnie, robiąc coś innego, oglądałam serial, w którym wystąpiła postać młodego człowieka cierpiącego właśnie na schizofrenię. Z przesłaniem, że koledzy w szkole wcale nie muszą się go bać, bo po podjęciu przezeń leczenia wszyscy zobaczyli, jakim jest zdolnym i dobrym nastolatkiem. Takie obrazy mogą zdziałać wiele dobrego.  

Tabu schizofrenii i strach przed tym schorzeniem nie pozostają bez wpływu na nasz język. 

– Nieprzypadkowo mówimy w negatywnym kontekście, że coś jest „kompletną paranoją” albo „sytuacją schizofreniczną”, a nie wyzywamy nikogo od „melancholików” czy „cukrzyków” – zauważa prof. Dudek. – Bohaterką potocznego języka została też mania, i to w wypaczającym to pojęcie znaczeniu. Często mówimy np. o „manii wielkości”, podczas gdy prawdziwa mania jest jednym z poważnych objawów choroby afektywnej dwubiegunowej. 

Te psychiatryczne, czynione często w medialnych materiałach wtręty też nie pozostają bez wpływu na ludzi: bywa, że tak samo jak kojące opowieści, wędrują razem z pacjentami do gabinetów terapeutycznych i psychiatrycznych.

– Powodują cierpienie i pacjentów, i ich rodzin, sprawiając, że wiele osób wstydzi się choroby, boi się diagnozy, zwleka z pójściem do specjalisty – nie ma wątpliwości Dominika Dudek. 

Bezwzględność w kulturze terapii

Osobnym paradoksem medialnej sfery jest to, jak bardzo w dobie szerzenia psychologicznej wiedzy staliśmy się dla siebie bezwzględni i nieczuli. Jak często właśnie psychiatryczne zbitki stają się słownymi pałkami lądującymi na karkach naszych adwersarzy. I jak język poprawności – także wobec psychicznych kryzysów – nie chroni nas przed nieczułością i zwykłą głupotą. 

A może jest wręcz odwrotnie? Może kultura terapii, w której dziś żyjemy, a którą napędza pop-psychologia z Instagrama i innych mediów społecznościowych, czyni nas nieczułymi na prawdziwe cierpienie? 

To anegdota sprzed epoki poprawności – znana zapewne dobrze tylko starszym czytelnikom „Tygodnika”. 

Oto po zgłoszeniu do druku kolejnego krwawego felietonu Jerzy Pilch słyszy niepozbawiony satysfakcji komentarz ówczesnego naczelnego, Jerzego Turowicza: „Będzie samobójstwo”. 

Dzisiaj taka anegdota mogłaby nie wyjść na światło dziennie, a gdyby jakimś cudem tak się stało, autor bon motu mógłby się spotkać z ostracyzmem. Ale to właśnie dzisiaj przestaliśmy się niemal liczyć z uczuciami kogoś, kto przeczyta albo obejrzy naszą wypowiedź – w czym pomaga nam wydatnie polityczna polaryzacja i szaleńcza pogoń za klikalnością.

Staliśmy się bezwzględni, i to nie bezwzględnością ujętego w karby konwencji (wymarłego już niemal) pamfletu, ale tą jak najbardziej dosłowną. Widać to było nawet w wypowiedziach będących przecież po dobrej stronie mocy krytyków „Rzeczpospolitej” po tym, co gazeta zrobiła Szymonowi Hołowni. 

Jeden z publicystów, oglądany przez setki tysięcy ludzi, pytał z zawziętością: „Jaką trzeba być kanalią, żeby coś takiego zrobić?!”, nawet nie biorąc pod uwagę innych niż „bycie kanalią” hipotetycznych przyczyn fatalnej wpadki (bezmyślności? braku wystarczającej liczby par oczu, które mogłyby przeczytać artykuł i zaproponować w nim zmiany?). 

To pielęgnowane publicznie okrucieństwo nie jest rzecz jasna ani cechą wyłączną jednego publicysty, ani domeną nastawionych na zysk mediów, ani nie ma barw polityczno-partyjnych. To nasza medialna, chroniczna już nieczułość, której ślady pewnie większość z nas odnalazłaby w archiwach własnych czasopism, portali czy stacji radiowych bądź telewizyjnych, a może nawet w osobistym dziennikarskim portfolio. 

– Przestaliśmy się publicznie liczyć z tym, czy kogoś zranimy – zgadza się z tą diagnozą prof. Dominika Dudek. – Choć i tak zrobiliśmy moralny postęp, bo kilka wieków temu rozrywką było oglądanie publicznych egzekucji i tortur, a osoby w psychicznym kryzysie były wystawiane na rynku w klatkach na pośmiewisko. 

W dobie językowej poprawności, odmienianego przez przypadki „dobrostanu psychicznego”, kultury terapii i zalewu chwalebnych coming outów marne to jednak pocieszenie. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 10/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Poprawność bez litości