Podstawą do negocjacji, które mają zacząć się w piątek 10 kwietnia w Pakistanie, ma być 10-punktowa propozycja Teheranu, co niespodziewanie potwierdził sam Donald Trump.
Niepodziewanie, gdyż irańskie warunki wstępne wyglądają niemal jak akt kapitulacji USA: zakładają zniesienie wszystkich sankcji na Iran, likwidację baz amerykańskich w państwach Zatoki Perskiej, kontynuację prawa Iranu do wzbogacania uranu (choć pod kontrolą ONZ i tylko dla potrzeb cywilnych), kontrolę islamskiej republiki nad cieśniną Ormuz (ale bez pobierania haraczu za przepływające statki) oraz wypłatę reparacji wojennych.
Można więc z góry założyć, że ostateczne zawarcie pokoju jest tak samo prawdopodobne, co zerwanie rozmów i jeszcze większa eskalacja konfliktu. Na chwilę obecną rozejm i irańskie propozycje można traktować co najwyżej jako pretekst do rozładowania napięcia, na które zdecydował się Trump po serii swoich gróźb. Przeraziły one cały świat i – niestety – zostaną z nami na dłużej.
Teheran stawia USA i Trumpa pod presją
Wulgarne przesłanie wielkanocne prezydenta USA (Irańczycy zostali nazwani w nim bękartami, których czeka piekło), dopełnione późniejszymi groźbami, wedle których w jedną noc miałaby zniknąć cała licząca 2500 lat cywilizacja – okazały się nieakceptowalnym i dla Zachodu, i dla mocarstw azjatyckich wyjściem poza jakiekolwiek znane granice dyplomacji.
Takich słów nie słyszeliśmy dotąd od żadnego z prezydentów USA i w ogóle od żadnego z przywódców krajów demokratycznego świata. Nigdy też amerykański system nie okazał się aż tak bezradny wobec morderczych zapędów jednej osoby i nigdy członkowie Kongresu (z opozycyjnej Partii Demokratycznej) nie wyrażali się w taki sposób o głowie własnego państwa, sugerując mu publicznie, że cierpi na demencję, narcyzm, a nawet zaburzenia psychiczne czy wręcz szaleństwo – i że w związku z tym powinien ustąpić z funkcji.
Być może Trump cofnął się o krok, bo uznał, że przeholował. Ale jeśli nawet tak było, to nie mamy pewności, na ile będzie to trwała refleksja. Na razie wiadomo tylko tyle, że gospodarka światowa jest na granicy potężnego kryzysu i dalsza eskalacja mogłaby przynieść jej ruinę.
Gdyby bowiem Trump zrealizował swą groźbę zniszczenia wszystkich kluczowych irańskich elektrowni i mostów, w odwecie doszłoby na pewno do masowego ataku balistycznego na Izrael (w tym być może na reaktor jądrowy w Dimonie) i na państwa arabskie oraz ich przemysł naftowy, odsalarnie wody i centra danych. To zaś mogłoby oznaczać, obok zniszczeń, także exodus milionów Arabów, pozbawionych wody w pustynnych krajach.
Na ile skuteczny byłby odwet Iranu, oczywiście nie wiadomo. Ale jeśli udałby się nawet w połowie, dzień 8 kwietnia 2026 r. mógłby stać się jedną z najczarniejszych dat w historii współczesnego świata.
Iran liczy straty po nalotach
Jeśli strony konfliktu zdecydują się teraz na poważne rozmowy, będą one bardzo trudne.
Irańczycy co prawda nie zostali upokorzeni przez USA i Izrael, ponieśli jednak ogromne straty nie tylko w wojskowej, ale też cywilnej infrastrukturze. Mają zniszczoną część sieci kolejowej, kilka zburzonych głównych przepraw mostowych łączących regiony tego górzystego kraju, a także zdemolowany przemysł wydobywczy, stalowy i petrochemiczny.
Na dodatek – co bulwersuje społeczność międzynarodową – zbombardowanych zostało kilka renomowanych i znanych w całej Azji uczelni (także te będące siedliskiem irańskich działaczy opozycyjnych), jak również liczne fabryki farmaceutyczne. To zaś dla kraju, który z uwagi na sankcje musiał sobie w tej dziedzinie radzić samodzielnie, jest szczególnie tragiczne. Zarazem każe zadać pytanie o prawdziwe intencje tej wojny. Zwłaszcza ze strony Izraela.
Co przyniosła strategia Izraela wobec Iranu
Rząd Beniamina Netanjahu liczył przede wszystkim na wewnętrzną rewoltę – chwilę wcześniej, w styczniu, w Iranie doszło do krwawo stłumionych demonstracji przeciwko reżimowi ajatollahów – oraz na upadek zagrażającej mu od lat dyktaturze. Po niej w Iranie miałby powstać przyjazny dla świata rząd, najlepiej kierowany przez syna ostatniego szacha.
Kiedy jednak te kalkulacje okazały się na wyrost, Netanjahu uznał, że ma szansę – poprzez ataki na infrastrukturę krytyczną – cofnąć Iran w rozwoju o kilkadziesiąt lat.
Strategia ta ma jednak poważną konsekwencję. Osłabiony po styczniowych zamieszkach reżim zdawał sobie sprawę, że musi z czasem się zmienić, żeby przetrwać. Dziś już nie musi. Nawet jeśli duża część Irańczyków nadal chciałaby upadku islamskiej republiki, to nie będą oni mieć teraz odwagi na kolejne protesty w zmilitaryzowanym kraju.
Zwłaszcza w sytuacji, gdy miliony zwolenników władzy gotowe są iść nocą na mosty, zagrożone nalotami, aby w razie ataku lotniczego stać się męczennikami, których cierpienie dodatkowo ujrzy cały świat.
Czy Netanjahu poniósł „dyplomatyczną katastrofę”?
W Tel Awiwie panują dziś mieszane nastroje. Z jednej strony Izrael udowodnił swoją przewagę nad Iranem (choć nie wiadomo, jak długo jeszcze sam mógłby skutecznie bronić się przed atakami rakietowymi irańskiego Korpusu Strażników Rewolucji). Izrael potwierdził też swój bliski sojusz z Ameryką.
Jednak z drugiej strony – brutalne naloty w Iranie, prowadzone równolegle z burzeniem całych wsi i infrastruktury w południowym Libanie oraz z ciągłymi utarczkami dyplomatycznymi z krajami takimi jak Francja czy Hiszpania, nastawiły bardzo źle opinię światową do państwa żydowskiego.
Jair Lapid, były premier i obecnie lider opozycji w Knesecie, stwierdził tuż po ogłoszeniu rozejmu: „Nigdy w naszej historii nie było takiej katastrofy dyplomatycznej”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















