Andrzej Domański uznał, że przyjęcie sprawozdania PiS przez Państwową Komisję Wyborczą, z której jasno wynika, że partia powinna dostać pieniądze z budżetu, to za mało. Postanowił poprosić PKW jeszcze raz o wykładnię prawną, z uwagi na rzekomą sprzeczność uchwały, w której Komisja zawarła jednocześnie wątpliwości co do legalności izby Sądu Najwyższego, która wcześniej uznała odwołanie PiS. Wygląda na to, że rządowi zabrakło odwagi, by podjąć – to fakt – trudną do obrony w sądzie, arbitralną decyzję władzy wykonawczej o pozbawieniu pieniędzy głównej partii opozycyjnej. Być może mając świadomość śliskości całej sprawy, Domański postanowił, że przedłuży ten serial na kolejne tygodnie, próbując ponownie przenieść odpowiedzialność na PKW. Być może w obawie o własną odpowiedzialność karną, gdyby w przyszłości doszło do zmiany władzy.
Co nam obiecała koalicja 15 października
Ponad rok temu sejmowa większość obiecała nam w specjalnej uchwale, że podejmie działania naprawcze w zgodzie ze standardami okresu przejściowego – do czasu, aż uda się w Polsce wprowadzić trwałe rozwiązania legislacyjne przywracające nam państwo prawa.
Kłopot w tym, że obecne standardy są nie zerwaniem, ale kontynuacją trwania chorego systemu, który stworzył PiS, niszcząc kompletnie niektóre ważne dla systemu demokratycznego instytucje (Trybunał Konstytucyjny), a inne mocno uszkadzając, jak choćby Sąd Najwyższy czy media publiczne. Niestety, nie widać, by następcy Kaczyńskiego, Ziobry i Morawieckiego chcieli naprawiać system cofając się o krok i choćby pozorując inne rozwiązania niż totalna wojna na wyniszczenie. Mający jej zapobiec projekt ustawy incydentalnej Szymona Hołowni, wedle którego o ważności najbliższych wyborów prezydenckich zdecydowałby cały Sąd Najwyższy (łącznie z tzw. neosędziami), przepadł bez większej dyskusji.
W tym kontekście decyzja ministra Domańskiego o wstrzymaniu wypłaty pieniędzy z subwencji partyjnej i dotacji podmiotowej dla PiS jest kolejnym rozdziałem w pojedynku, w którym już nie ma przeciwników, bo zastąpili ich wrogowie. Minister ewidentnie wyszedł z roli księgowego, który na zlecenie PKW dokonuje technicznego przelania pieniędzy – a w zamian wcielił się w interpretatora prawa. Do pewnego stopnia rozumiem tę decyzję premiera Donalda Tuska (chyba nikt nie ma wątpliwości, że to on miał ostateczny głos w kwestii pieniędzy dla PiS), która była dość jasna już po zaprezentowaniu stanowiska PKW i zamknęła się w zdaniu: „pieniędzy nie ma i nie będzie”. Tusk był ofiarą tylu brutalnych nagonek i oskarżeń, mających zrobić z niego agenta Rosji, Brukseli czy Niemiec, a w efekcie usunąć go z życia publicznego – że po ludzku nie dziwię się jego żądzy zemsty.
Konsekwencje mogą być trudne do wyobrażenia
Zastanówmy się jednak, do jakiego brzegu dobijemy, jeśli obecna władza pozbawi większości budżetowych pieniędzy najsilniejszą partię opozycyjną, i to na tak wątłych podstawach prawnych, jakie zastosowano. PKW ostatecznie przyjęła w grudniu sprawozdanie finansowe PiS, nie przesądzając o legalności powołanej w epoce PiS Izby Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych w Sądzie Najwyższym, która zdecydowała o uznaniu odwołania partii. Dla wielu z nas było to stanowisko niespójne, bo PKW – mając świadomość wykorzystywania w kampanii PiS ogromnych pieniędzy publicznych na cele partyjne – oparła się na zdaniu izby SN, co do której nie jest pewna, czy w ogóle jest legalna. Zgoda. Tyle że to nie PKW stworzyła w Polsce skrajny galimatias prawny i to nie ona ma oceniać, które z instytucji sądowych są jeszcze zgodne z naszą konstytucją i traktatami europejskimi, a które już nie. PKW nie jest od takich decyzji, zwłaszcza jeśli mają być podejmowane pod naciskiem publiczności, której jedna część domaga się srogiej kary dla PiS, a druga grozi członkom PKW wprost więzieniem.
Nie jest tajemnicą, że to PiS stworzył z nowej izby w SN potwora, podporządkowanego zasadzie prymatu polityki nad prawem, i zrobił to po to, by m.in. móc wpływać na wybory. To samo przyświecało mu przy zmianach prawnych w PKW, kiedy instytucję mającą stać z dala od polityki ustawowo podporządkował większości parlamentarnej, co dziś wykorzystuje Tusk. Tym węzłem gordyjskim powinni zająć się jednak niezależni sędziowie, kiedy już z Pałacu Prezydenckiego zniknie Andrzej Duda i kiedy zmanipulowane przez PiS prawodawstwo uda się choćby częściowo oczyścić konkretnymi ustawami, których projektów wciąż nie znamy.
Kaczyński chciałby zamknąć Tuska w celi
Obecna władza postanowiła zrobić tę rewolucję szybciej, przyduszając finansowo PiS i wzmacniając tym samym szanse Rafała Trzaskowskiego w majowych wyborach prezydenckich. Pamiętajmy jednak, że jeśli ten gambit się Tuskowi nie uda, a Karol Nawrocki zostanie prezydentem, to czasy Dudy będziemy wspominać jako okres niewinnego preludium do epoki chaosu politycznego, a przy zmianie ekipy rządzącej – wręcz do zamiany Polski demokratycznej w Polskę autorytarną. Niewielu z nas ma chyba wątpliwości, że gdyby PiS (albo to, w co się przepoczwarzy w wyniku utraty wpływów lub odejścia na emeryturę Kaczyńskiego) wrócił do władzy, to czeka nas polityczna zemsta z wsadzaniem do więzień Tuska, Bodnara, Domańskiego etc. Wiedząc o tym scenariuszu, obecny premier zdecydował się na ucieczkę do przodu: wojnę totalną i próbę politycznej anihilacji dużego środowiska. Rękami Domańskiego.
Czy mu się to uda i czy to dobre dla Polski? Wierni wyborcy PO zapewne poszliby za taką strategią w ogień, ale ostatecznie to nie tylko oni decydują o wyniku wyborów, ale także wyborcy prawicy, a zwłaszcza płynne i całkiem spore centrum polityczne. Które, warto zauważyć, w ostatnich miesiącach jest raczej zawiedzione rządami Koalicji Obywatelskiej, Trzeciej Drogi i Lewicy, co jasno wynika choćby z badań CBOS. I dzieje się to w sytuacji totalnego panowania nad państwowymi mediami, co tylko pokazuje, jak bardzo ten rodzaj kanału dotarcia do Polek i Polaków traci znaczenie.
PiS mimo braku funduszy radzi sobie w sondażach całkiem nieźle, a jego środowisko medialne, karmione w przeszłości milionowymi dotacjami, stać jest na tworzenie alternatywnych ośrodków propagandy, jak TV Republika. Nie ma raczej szans, by w tej sytuacji rzucić najsilniejszą partię opozycyjną na kolana, jest za to szansa, by stworzyć z niej już totalnego wroga całego systemu demokratycznego. A we własnym obozie zasiać ferment, bo przecież w PSL i Polsce 2050 skłaniali się do decyzji, by jednak PiS-owi odpuścić.
Czy elektorat uzna wynik wyborów?
Nawet jeśli w maju Nawrocki przegra, to zapewne nastąpi to po zaciętej i pełnej emocji walce (takie są zazwyczaj losy polskich elekcji), a zwolennicy przegranego po prostu nie zaakceptują wyniku wyborów, być może w sojuszu z nieuznawaną przez rząd izbą SN. A wtedy nie będzie miało znaczenia, ile politycy PiS mają racji w twierdzeniu, że ich kandydat przegrał, bo robiono na niego w TVP nagonkę, a partii stojącej za nim odebrano dziesiątki milionów złotych (czytaj: nie miała szans na równą walkę). Efekt będzie głównie taki, że co najmniej jedna trzecia społeczeństwa zacznie trwale nienawidzić rządzących, a jej marzeniem stanie się sroga zemsta.
Czy w takiej sytuacji Koalicja Obywatelska będzie skłonna do uzdrawiania demokracji skażonej przez PiS, czy raczej wszystkimi metodami zechce pozbyć się opozycji? Obym się mylił, ale ostatnie działania rządu raczej skłaniają nas ku temu drugiemu scenariuszowi.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















