Rozejm bożonarodzeniowy. Dlaczego warto uruchomić w sobie życzliwość

Anna Król-Kuczkowska, psychoterapeutka: Życzliwość to aktywne pragnienie, żeby komuś było dobrze. Żeby nie spotkała go krzywda. Czasem najbardziej liczą się małe codzienne akty człowieczeństwa.
Czyta się kilka minut
// Ilustracja: Georgii / Adobe Stock
// Ilustracja: Georgii / Adobe Stock

Berenika Steinberg: Łatwo być życzliwym wobec osób, które darzę ciepłymi uczuciami. Trudniej wobec obcych.

Anna Król-Kuczkowska: Myśli pani, że łatwo? Wydaje mi się, że w bliskich relacjach może to być wielkie wyzwanie. Przecież osoby w naszym otoczeniu, również te najbliższe, budzące wiele naszych uczuć, przeżywamy cały czas zmiennie. Zdarza się, że jako obce i będące przeciwko nam, nawet jeśli takie nie są. I wtedy, jeśli nie rozumiemy szerzej tego, co się dzieje, możemy być wobec nich nieżyczliwi i okrutni. A pop-psychologiczne przekazy wokół nas, niestety, w tym pomagają.

To znaczy?

Nie mówię o rzetelnej wiedzy psychologicznej, ale o wszechobecnych w mediach przesłaniach typu: „jeśli nie pozwolisz się zranić, to nikt cię nie zrani” albo: „twoje emocje to twoja odpowiedzialność”. Przecież to bajki z mchu i paproci! Nieprawda zarówno na poziomie psychologicznym, jak i neurologicznym.

Rzeczywistość jest taka, że bliscy mogą nas głęboko zranić, podobnie jak my ich. Jesteśmy odpowiedzialni za nasze słowa i czyny, za dobro i zło, które wyrządzamy sobie i innym. W naszej poprzedniej rozmowie na łamach „TP” mówiłyśmy, że mózg ludzki jest organem społecznym. Istnieje nawet mądra nazwa – socjostaza, która opisuje zjawisko nieustannego wpływania ludzi na siebie nawzajem. 

Nasze układy nerwowe tworzą jedną wielką sieć, której uczestnicy mogą nawzajem się koić i regulować, ale też dramatycznie krzywdzić i rozregulowywać.

Co w takim razie w trudnych momentach może nam pomóc uruchomić w sobie życzliwość wobec bliskiej osoby?

I złapać się jej jak deski ratunkowej, żeby nie zrobić rzeczy strasznych? Np. mentalizacja. To zaawansowana funkcja psychiczna, która polega na tym, że jesteśmy w stanie rozumieć różne rzeczy obserwowalne – czyli to, co robimy i co robią inni – w kontekście rzeczy nieobserwowalnych, czyli myśli, uczuć, lęków, pragnień itd. To zdolność do spojrzenia na siebie z zewnątrz – jak ktoś się ze mną czuje, kiedy reaguję na coś w dany sposób, ale też, dlaczego w taki sposób reaguję – a na innych od środka, próbując zrozumieć, dlaczego są, jacy są.

Podam przykład. Kiedy mój nastoletni syn do mnie odburkuje i jest nieszczególnie współpracujący, to nie zatrzymuję się tylko na poziomie możliwej interpretacji jego zachowania – że np. jest moją wychowawczą porażką – tylko się zastanawiam: „to nie do końca normalne, przecież generalnie to wspaniały młody mężczyzna, może z czymś mu ciężko, może wydarzyło się coś, o czym nie wiem, więc teraz spróbuję wymyślić sposób, jak do tego dotrzeć”.

Mentalizacja obejmuje więc zdolność do empatii, współczucia, do wyobrażania sobie umysłu drugiego człowieka zarówno w związku z naszymi działaniami, jak i widzenia go jako odrębnej osoby, która ma swoje myśli, uczucia i doświadczenia. Nie mamy bezpośredniego dostępu do umysłu drugiej osoby, nie wiemy nigdy do końca, co i dlaczego dzieje się po drugiej stronie.

Ale możemy życzliwie spróbować się tego dowiedzieć. Chcę oczywiście zaznaczyć, że rozmawiamy o trudnych sytuacjach, ale takich, w których istnieje podstawowe bezpieczeństwo i więź, i w których druga osoba nie zagraża nam fizycznie ani psychicznie.

Co jeszcze może pomóc?

Wysoce sceptyczny stosunek do mitu tzw. pełnej szczerości w bliskich relacjach – czyli poglądu, że powinniśmy komunikować wszystko, co w danej chwili nas przepełnia. To niemądre i nieodpowiedzialne. Chyba że w trakcie swojej sesji terapeutycznej – wtedy jak najbardziej wskazane.

Poza tym ważna jest zdolność do utrzymywania w umyśle pewnej linii czasowej, obejmującej różnorakie doświadczenia. Już tłumaczę. Załóżmy, że jestem w kryzysowej sytuacji, a mój partner wydaje mi się najchłodniejszą osobą na świecie, co prowokuje do nieżyczliwych komentarzy czy zachowań. 

Wtedy może mnie uratować wyobrażenie sobie, jak po czasie będą brzmiały te cisnące się na usta komentarze. Ale też przypomnienie sobie, że jestem z tą osobą już tyle czasu, mamy ze sobą mnóstwo wspólnego, możemy na siebie liczyć, gdy jest ciężko i generalnie się lubimy.

Albo kochamy.

Może nawet tak, bo miłość to w życiu ważna sprawa. Choć myślę, że autentyczne lubienie siebie nawzajem to duże osiągnięcie w długotrwałej relacji, czasem trudniejsze niż miłość. W każdym razie odwołanie się do takiej refleksji pozwala nie zrobić rzeczy nieodwracalnych. 

Zresztą warto ją uruchomić nie tylko w trudnych chwilach z partnerami i partnerkami, ale też z przyjaciółmi czy z dziećmi. Ursula Le Guin pisała, że słowa to potężne wydarzenia, które kształtują rzeczywistość, wymagają troski, uwagi i precyzji. Zmieniają zarówno tego, kto je wypowiada, jak i tego, kto je słyszy. W relacjach pewne słowa mogą być nieodwracalne w dobry i zły sposób.

Z tymi złymi można dalej żyć, ale zawsze pozostaje po nich rysa. I jeśli miałabym powiedzieć, co je napędza, to właśnie utrata życzliwości do drugiej osoby. W końcu życzliwość to aktywne pragnienie, żeby komuś było okej. Żeby nie spotkała go krzywda.

No właśnie, jak opisać życzliwość?

Przypomniał mi się wiersz palestyńsko-amerykańskiej poetki Naomi Shihab Nye „Kindness”, czyli właśnie życzliwość. „Zanim zrozumiesz, czym naprawdę jest życzliwość, musisz coś utracić. Poczuć, jak przyszłość rozpuszcza się w jednej chwili jak sól w rozwodnionym bulionie. To, co trzymałeś w dłoni, co liczyłeś i starannie odkładałeś – wszystko to musi odejść. (…) Zanim poznasz życzliwość jako najgłębszą rzecz w sobie, musisz poznać smutek jako drugą najgłębszą rzecz”.

Jak Pani to rozumie?

Że zdolność do podjęcia decyzji o podstawowej życzliwości, względem siebie i innych, płynie z doświadczeń życiowych. Że świadomość kruchości życia, tego, jak boleć potrafią zranienia i że w każdej chwili możemy stracić to, co najcenniejsze, może sprawić, że uznamy to życie za zbyt cenne, aby marnować je na bycie nieżyczliwym. I że czasem najbardziej liczą się małe, codzienne akty życzliwego człowieczeństwa. 

A więc życzliwość to niełatwa do osiągnięcia postawa wobec siebie, świata i ludzi, która opiera się na próbie zrozumienia i – oczywiście, jeśli to możliwe – zaangażowania się w drugiego człowieka. Przed spotkaniem z panią sprawdziłam etymologię tego słowa. W językach słowiańskich oznacza „życzę ci dobrze”. Z kolei anglosaskie kindness to wywodzenie się z jednego gatunku – my kind, czyli mój gatunek. A więc to mieszanka tych dwóch rzeczy – jesteś z mojej drużyny i chcę, żeby było ci okej, a przynajmniej, żebyś nie doświadczał krzywdy.

I faktycznie – badania neuronaukowe to potwierdzają. Moje neurony lustrzane – czyli struktura w mózgu, która odpowiada za zdolność do empatii, współczucia, do walki o czyjeś dobro – będą aktywne w moich reakcjach na panią tylko i wyłącznie wtedy, kiedy będę uważała, że jest pani z mojego plemienia. Że jest pani podobna do mnie. Ale jeśli uda mi się wyhodować w sobie wstręt, pogardę, które zasilą uznanie, że należy pani do jakiegoś innego, gorszego świata – wtedy moje neurony lustrzane nie zadziałają.

I co wtedy?

Nie będę pani ani współczuła, ani nie będę życzliwa, natomiast skłonna będę do czynienia rzeczy strasznych, zazwyczaj pięknie je racjonalizując.

Ale nawet gdybym była z innego plemienia niż Pani – przecież wcale nie muszę Pani zagrażać!

Oczywiście, że nie. Badania nad uprzedzeniami i przemocą społeczną, które biorą swój początek od próby zrozumienia, co doprowadziło do Holokaustu, pokazują, że aby zaistniała w nas zdolność do zrobienia drugiemu człowiekowi krzywdy, wcale nie jest potrzebny strach i poczucie zagrożenia. Wystarczy jedno: wstręt. To ewolucyjnie obsadzone uczucie powstało w człowieku najprawdopodobniej po to, żeby umożliwić mu przetrwanie. Na co reaguje pani wstrętem?

Kiedy coś jest gorzkie, śmierdzi i ma robaki.

Właśnie – wstręt miał nas chronić przed zjedzeniem czegoś, co mogłoby nas zabić. Dziś już nam to rzadko grozi, ale emocja z nami została i jest bardzo łatwa do aktywacji na poziomie społecznym. Jeśli przyjrzymy się niepokojącemu zjawisku ostatnich lat, jakim jest wykluczenie i przemoc wobec imigrantów i grup mniejszościowych, umniejszanie ich ludzkiej wartości i prawa do istnienia, to gołym okiem zobaczymy, że procesy te uruchomiło właśnie poczucie wstrętu.

Słychać to nawet w słowach, którymi opisywane są te grupy: pasożyty, brudasy. Takie narracje, bardzo chwytliwe ze względu na ewolucyjne znaczenie wstrętu, mordują życzliwość czy współczucie.

To jak nauczyć się życzliwości wobec ludzi z innego plemienia?

Pytanie, czy oni faktycznie są z innego plemienia? Generalnie wszyscy jesteśmy z tego samego. Chyba że rzeczywiście ktoś nam bezpośrednio zagraża. Wtedy słusznie powinniśmy korzystać z instynktownych, zdecydowanych reakcji, które chronią nasze życie i zdrowie. Ale jeśli nie mamy do czynienia z przemocą – ani fizyczną, ani psychiczną – warto się zastanowić, dlaczego w ogóle uznajemy, że ktoś nie jest z naszego plemienia.

Bo jest np. przeciwny szczepionkom.

Myślę, że tutaj rozumna życzliwość jest najlepszym rozwiązaniem. Bo jeśli pani kogoś takiego upokorzy albo zawstydzi, mówiąc mu, że jest naukowym tłukiem – albo ta osoba powie to o pani, przecież argument jest ten sam po obu stronach – od razu rozpędzi się karuzela wstrętu i pogardy. 

I wiadomo, że do niczego dobrego nie dojdzie. A gdyby spróbować się dowiedzieć, jakie lęki i obawy stoją za tym przekonaniem, trochę lepiej poznać się nawzajem? Taka próba może oczywiście spalić na panewce, ale może też o pół kroczku posunąć porozumienie się. Choć to oczywiście mało popularna postawa, która wielu rządzącym wcale nie jest na rękę.

W jakim sensie?

W 1914 r. na zachodnim froncie I wojny światowej podczas świąt Bożego Narodzenia dowódcy – którzy jeszcze wtedy chyba nie rozumieli społecznych zasad powstawania przemocy – zaproponowali kilkudniowy rozejm. I co zaczęło się dziać? Żołnierze z obydwu stron barykady wyszli z okopów i spędzili razem święta. Śpiewali wspólnie kolędy, dawali sobie drobne prezenty, jedli i pili.

W internecie można znaleźć poruszające zdjęcia, jak kopią razem piłkę, grają na akordeonie. Jednym słowem – ci chłopcy zaczęli się poznawać. I okazało się, że są do siebie bardzo podobni. Że ci, którzy wcześniej wydawali się potworami z obcego plemienia, które należy mordować, też tęsknią za domem, mają te same obawy i pragnienia, lubią się bawić.

Kiedy trzeba było wrócić do działań wojennych i odwołano rozejm, zaczęły się dramaty. Żołnierze nie chcieli mordować się nawzajem, odmawiali strzelania. Było trochę dezercji, dowódcy wykonali kilka wyroków śmierci, żeby nauczyć rozumu tych, którzy nagle stali się dla siebie tacy życzliwi. 

Myślę, że niestety wielu przywódców politycznych wyciągnęło z tego doświadczenia wnioski: że dobrze jest ludzi nastawić przeciwko sobie, wzbudzić w nich poczucie, że sobie zagrażają, ale też, że są godni pogardy. I absolutnie nie dopuścić do tego, żeby się poznali. Bo wtedy zaczynają się lepiej rozumieć – ja bym powiedziała: mentalizować – i uczucia ludzi przesuwają się od chęci zrobienia sobie krzywdy w kierunku nawet nie obojętności, a wręcz życzliwości właśnie.

Co dzieje się z człowiekiem, kiedy jest życzliwy?

Badania opublikowane na Harvardzie pokazują, że sposób komunikacji oparty na życzliwości redukuje objawy depresji, obniża poziom kortyzolu i poprawia wskaźniki fizjologiczne, takie jak ciśnienie krwi. Z kolei według najświeższego badania World Happiness Report zarówno bycie życzliwym, jak i doświadczanie życzliwości – to zresztą wzajemnie napędzające się mechanizmy – jest wysoko skorelowane z wyższym poczuciem szczęścia, pozytywnymi emocjami i niższym poziomem poczucia samotności, stresu i zaburzeń nastroju.

Satysfakcja, która z tego płynie, przewyższa satysfakcję z niskiego poziomu przestępczości w naszym otoczeniu czy z wyższego dochodu. Jest się o co bić, prawda?

Zaraz, a czy warunkiem bycia życzliwym nie jest bezinteresowność?

Oczekiwać czegoś w zamian za życzliwość raczej nie powinniśmy. Ale jeśli mam świadomość, że życzliwość np. dobrze wpływa na różnego rodzaju relacje – co w tym złego, aby ją wdrażać? Kiedy w mojej osiedlowej Żabce nadaję dużą przesyłkę, staram się być życzliwa wobec pań ekspedientek, bo zależy mi, żeby nie posłały mi morderczego spojrzenia i żeby czuły, że doceniam ich wysiłki w ogarnianiu mojej paczki, którą potem gdzieś trzeba upchnąć w tym niewielkim pomieszczeniu.

A czy wtedy nie jest to zwykłą uprzejmością?

Z mojej strony to raczej życzliwość, choć rzeczywiście te konstrukty mogą na siebie nachodzić. Ale myślę, że w życzliwości jest większy komponent zaangażowania.

Czyli życzliwość jednak czegoś od nas wymaga?

Oczywiście. A czego, to już zależy od sytuacji. Czasem słów, czasem telefonu, czasem zrobienia lub załatwienia czegoś, mimo że druga osoba wcale o to nie prosi. Po prostu działania z wektorem na rzecz czyjegoś dobra.

Myślę teraz o historii pewnego mężczyzny po samobójczej śmierci jego siostry. Czymś, co po latach ten człowiek zapamiętał jako ratujące jego i jego rodziców ze straszliwej rozpaczy, były – jak sam to nazwał – drobne akty życzliwości. Ich przyjaciele wymieniali się i codziennie przynosili im obiad. Nie męczyli ich rozmowami, tylko sprawdzali, co jest w domu, zostawiali jedzenie, sprzątali, wynosili śmieci. Według niego była to jedna z rzeczy, które pozwoliły im przetrwać i ocalić myśl, że po tym wszystkim zasługują, żeby żyć i że to, co się wydarzyło, nie jest ich winą.

Ta historia opisuje kwintesencję życzliwości. Czyli dbanie, aby drugiemu było dobrze. Z próbą zrozumienia, współczucia, wyobrażenia sobie jego sytuacji.

Polska słynie z niskiego poziomu zaufania społecznego. To chyba nie sprzyja przejawom życzliwości?

Badania prof. Marcina Rzeszutka pokazują, że aż 19 proc. naszego społeczeństwa cierpi na syndrom stresu pourazowego i że sprzyja temu nieprzepracowana trauma II wojny światowej, która przechodzi na kolejne pokolenia Polaków. Jedną z cech PTSD jest właśnie to, że tworzy ogromną wyrwę w zaufaniu do świata, ludzi i siebie. Człowiek cały czas funkcjonuje w trybie skrajnego czuwania, wszystkie jego siły nastawione są na wyczekiwanie na atak lub obronę. 

A przecież życzliwość nie ma szansy zaistnieć, kiedy nie czujemy się bezpiecznie. W dodatku żyjemy w czasach, które bazują na podziałach i podsycaniu poczucia zagrożenia.

Poproszę w takim razie o jakieś wskazówki dające nadzieję.

Człowiek jest istotą lokalną. I może wpływać na tych, którzy są najbliżej nas, na rodzinę, przyjaciół, ludzi, z którymi się na co dzień styka. Możemy swoją postawą modelować zachowania innych. Coś tłumaczyć, przeciwdziałać destrukcji.

Oczywiście warto mieć przy tym świadomość, że raz to zadziała, raz nie – ale jak się da, to warto. Uważam, że gdybyśmy się porządnie zajęli swoją lokalnością, począwszy od naszych domów i miejsc pracy, świat byłby lepszym miejscem.

A co jako jednostki możemy robić poza swoim otoczeniem – w podzielonym społeczeństwie cierpiącym na PTSD?

Wiele zależy od tego, czy damy się wciągnąć w otchłań wstrętu, pogardy i poczucia zagrożenia. Czy będziemy gotowi widzieć świat w sposób złożony, bo im bardziej czarno-biało dookoła, tym bardziej zabójcze jest to dla naszej życzliwości. Warto się czasem zastanowić nad tym, czemu właściwie mamy tak wojować. W końcu po obu stronach są ludzie.

Możemy próbować przekraczać swój lęk o tyle, o ile nam pozwoli, żeby dowiedzieć się, kim są ci inni i co mają w głowie. Myślę, że to jedyne wyjście. A więc coś na kształt powtórki z rozejmu bożonarodzeniowego.

A kiedy już się poznamy, czego możemy się dowiedzieć?

Że jesteśmy podobni. Jestem człowiekiem i widzę w tobie drugiego człowieka. Nie chcę, żeby mi się stała krzywda, nie chcę, żeby tobie się stała krzywda.

Anna Król-Kuczkowska // archiwum prywatne

ANNA KRÓL-KUCZKOWSKA jest psycholożką, psychoterapeutką i superwizorką Polskiego Towarzystwa Psychologicznego. Kieruje Pracownią Psychoterapii i Rozwoju Osobistego Humani w Poznaniu, wykłada w Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie. Pracuje w nurcie psychodynamicznym, ze szczególnym uwzględnieniem założeń psychoterapii opartej na mentalizacji (MBT).

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 51-52/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Rozejm bożonarodzeniowy