Ja i moja uraza, czyli jak pisać i nie stracić talentu

Wystarczy się przedstawić jako ktoś prześladowany, twierdzić, że ktoś się na nas uwziął, albo być wiecznie na nie, by ludzie to kupili. Ale twórczości to nie służy.
Czyta się kilka minut
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara
Olga Drenda // Fot. Grażyna Makara

Kilkoro spośród twórców, których dorobek cenię, przeszło podobną drogę. Nie ma tu potrzeby wymieniać nazwisk, bo chodzi o matrycę, nie o zżymanie się na kogoś konkretnego, i zachęcam, by skupić się na matrycy właśnie. Przez pewien czas twórcy ci przemawiali dobitnie bardzo własnym głosem, tworząc coś robiącego wrażenie, mocnego, jedynego. 

Byli czasami odważni i nowatorscy, a czasem po prostu bardzo solidni w swojej robocie, skupieni i fachowi. Z wypowiedzi towarzyszących ich dziełom wyłaniały się do tego obrazy silnych osobowości, pewnych swojej drogi i nieprzejmujących się nadmiernie cudzym osądem, stojących ponad tym.

Czy wszyscy są przeciwko mnie?

A potem coś się zmieniało. Ktoś nie docenił pracy, ktoś odmówił, ktoś odrzucił pomysł, z kimś nie ułożyła się rozmowa. Rzeczy, jakich pełno w życiu, i niegodne większego roztrząsania – cóż, zdarza się, nie zawsze przecież wszystko musi iść po naszej myśli. A jednak nie; akurat padło na złą godzinę, uderzyło w niefortunnie odsłonięty czuły punkt. I od tamtej pory nie było już odwrotu, człowiek popadał w otchłań rozpamiętywania realnej lub zupełnie subiektywnej porażki. 

W jego przekonaniu dookoła zaczynali czaić się wrogowie i sabotażyści, wszystko, co działo się w świecie, wtem stawało się o nim, a raczej przeciwko niemu. Ja sam i moja uraza, ja i moja szkoda: wyłącznie to od tej pory absorbowało artystę, który jeszcze niedawno potrafił rozpalać cudze umysły.

Najgorzej wpływało to na twórczość, która stawała się jednocześnie ksobna, wycofana, enigmatyczna i jadowita, niezrozumiała i, niestety, niedobra. Ktoś tworzył nadal, ale pochłonięcie sobą sprawiało, że talent wiądł, niegdyś mocny własny głos stawał się nierozpoznawalny.

Znałam też człowieka onieśmielającego wykształceniem i osiągnięciami, który znajdował upodobanie w zabawie w adwokata diabła. Pasjonowała go własna przekora i nieustannie podbijał stawkę, znajdując coraz to osobliwsze i bardziej szokujące przekonania, których mógłby dla sportu bronić. Postawa wiecznego kontrariusza rozregulowała w końcu jego kompas. 

Stał się podatny niczym ofiara wyłudzenia „na wnuczka”, tyle że na dowolne, choćby najbardziej absurdalne treści, byleby tylko były zaserwowane w tonie „anty”. Przyjemność prowokowania sprawiła, że sam się zaplątał, a może raczej uzależnił; z pewnością przestał być człowiekiem wolnym. Niewidzialny młoteczek nieustannie uderzał w jego kolano.

Wszystkich łączyło to, że dotarli do punktu, w którym nie wiedzieli, czy realnie ktoś lub coś im zagraża, czy mają faktycznych wrogów. Po prostu nie umieli już inaczej.

Po co nam rola „ostatniego sprawiedliwego

Dla takich ludzi nastały dziś czasy pod pewnym względem pomyślne. Wielu jest bowiem skłonnych kibicować im albo dawać wiarę bez sprawdzenia. Przypomina to trochę zachęcanie kogoś do trwania w nałogu. Albo utwierdzanie samego siebie poprzez zobaczenie siebie samego w takim męczenniku. Wystarczy bowiem jedynie przedstawić siebie jako kogoś znienawidzonego czy prześladowanego, twierdzić, że ktoś się na nas uwziął, albo być uparcie i wiecznie na nie, by ktoś to kupił z miejsca.

Oczywiście bezzasadna nienawiść, prześladowania, oszczerstwa, kampanie negatywnego PR-u, groźby czy szantaże zdarzają się, i to prawdopodobnie niestety coraz częściej. Nieraz warto też pielęgnować w sobie skłonność do kontestacji. To wszystko może być prawda.

Ale może być to także kwestia przyjemności czy pogubionej miłości własnej. Albo przyklejonej na dobre do twarzy maski. Zwłaszcza gdy przyjmuje znajomo wyglądający format i gdy następuje eskalacja.

Rola „ostatniego sprawiedliwego” jest także chwytliwą, pokupną, ale niewątpliwie – rolą. Kto raz się w niej odnajdzie, zaczyna znajdować w niej upodobanie, jakby grał rolę tego jedynego grzesznego, lecz prawdomównego policjanta czy prawnika w skorumpowanym na amen mieście. A to z pewnością daje wiele satysfakcji, a już na pewno przekonanie o doniosłości własnych dokonań. Ja nie mówię, ja walczę.

Zdumiewające, jak często ludziom zdarza się wierzyć komuś odruchowo tylko dlatego, że coś o sobie twierdzi. Smutne, gdy się zawodzą i gdy okazuje się, że ten ktoś chciał tylko przytakiwania albo i uwielbienia. Można byłoby pisać tu frazesowe apele o kryzysie prawdy, o łatwowierności, o wodzie z mózgu. Ale koniec końców to zjawisko jednak świadczy o czymś krzepiącym. Otóż ludzie to jednak wielkoduszni są.

Kto trzyma niewidzialny młoteczek // Fot. Olga Drenda
Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 47/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Niewidzialny młoteczek