Kamienie ze średniowiecznych murów wciąż można znaleźć w ścianach okolicznych domów. Opactwo w Cluny zamknięto za francuskiej rewolucji, a rozebrano niewiele lat później. Ale centrum duchowości nie oddaliło się na więcej niż dziesięć kilometrów. Dziś jest w Taizé, niewielkiej wiosce z drewnianą kaplicą, zwieńczoną kopułkami z prawosławnym krzyżem. Daleko jej do kluniackiego przepychu, bo przypomina bardziej barak niż kościół. Ale międzynarodowa wspólnota ekumeniczna, która przy niej trwa od 85 lat, stała się nie mniej ważnym ośrodkiem europejskiej religijności. Znana jest z międzynarodowych spotkań młodzieży, kontemplacyjnych modlitw i pieśni. Niewiele osób wie, że od początku jest też zaangażowana w niesienie pomocy imigrantom.
Wielki kryzys migracyjny
– Pomaganie uchodźcom jest zapisane w DNA tego miejsca od chwili jego założenia w 1940 r. – opowiada Orsa, kobieta w średnim wieku i o bystrym spojrzeniu, rzucanym zza drucianych okularów. – Tędy szedł szlak do Szwajcarii, a wojenni uciekinierzy, w tym Żydzi, znajdowali w wiosce schronienie.
Od tamtego czasu za każdym razem, gdy dochodzi do wojen, konfliktów, ludobójstw, poszkodowani mogą znaleźć pomoc u braci z Taizé.
– Dlatego w 2015 r., gdy przyszedł wielki kryzys migracyjny, nie mogliśmy powiedzieć, że to nie nasz problem – tłumaczy Orsa. – Jestem Węgierką i wstydzę się tego, jak nasz rząd wtedy się zachował, zamykając granicę i ignorując problem.
Orsa i jej mąż mieszkali w Taizé od 25 lat, ale bracia zasugerowali im, by wrócili do kraju, choćby na krótko. Byli więc na miejscu, gdy tysiące ludzi próbowało przez Węgry dostać się do Austrii i Niemiec, a rząd w Budapeszcie podjął decyzję o zamknięciu granicy z Serbią, co w praktyce oznaczało zamknięcie Europy i początek przekształcania się krajów Schengen w niedostępną twierdzę.
Uchodźcy z obozu w Calais
Gdy wrócili do Taizé, przyszły kolejne kryzysy. Wielu uciekinierów, którzy próbowali przedostać się przez kanał La Manche do Wielkiej Brytanii, utknęło w Calais. W nieoficjalnym obozie, zwanym Dżunglą, koczowało około trzech tysięcy osób. Rządowe próby demontażu obozu trwały blisko trzy lata i wymagały znalezienia miejsc gotowych do przyjęcia mieszkańców Dżungli. Nie było to łatwe – uprzedzenia i stereotypy zrobiły już swoje. O ile dla matek z dziećmi czy całych rodzin udawało się znaleźć domy, o tyle młodzi, samotni, muzułmańscy mężczyźni nie mieli szans.
Najpierw przyjechało do Taizé dwunastu niepełnoletnich chłopców z Południowego Sudanu, Afganistanu, Erytrei i Syrii. Potem kolejnych trzydziestu. Zważywszy na skalę kryzysu – niewielu. Ale osiedlili się tam na lata – znaleźli pracę, założyli rodziny.
– Liczyli na azyl w Wielkiej Brytanii a zobaczyli, że busy, do których zostali wsadzeni, zawożą ich coraz dalej na południe. Nie chcieli z nich nawet wysiąść – opowiada Orsa. – Początkowo wszyscy myśleliśmy, że potrwa to kilka tygodni, a potem rząd Wielkiej Brytanii się nimi zajmie. Ale pozwolenie na wyjazd dostało tylko trzech chłopców. Reszta została w Taizé, bardzo rozdrażniona. Zdecydowali się wnioskować o azyl we Francji. To była długa i ciężka procedura, ale zakończona pomyślnie.

– Znaleźliśmy w okolicy rodziny, które zgodziły się przyjąć chłopaków do siebie – wspomina brat Marek. – Czasem to były małżeństwa, czasem starsi ludzie. Sprawy administracyjne załatwiliśmy przy pomocy NGOsów. To, co się działo, było nadzwyczajnym zjawiskiem nie tylko z perspektywy chłopaków, którzy zyskali dach nad głową i mnóstwo uwagi. Niezwykłe było też kształtowanie się wrażliwości lokalnych ludzi, którzy z początku bali się przyjazdu uchodźców. Bezinteresowne zaproszenia na obiad czy spacer dały początek prawdziwym więziom.
Migranci wypełnili luki na rynku pracy
Wielu imigrantów zatrudniło się przy winobraniach u okolicznych gospodarzy, którzy zaczęli doceniać ich pracowitość i sumienność. Konflikty i nieporozumienia też były, ale brat Marek przekonuje, że ich powodem nie była wrogość do uchodźców czy innych kultur: – Tarcia się zdarzają, jak w każdej grupie. Ale mogliśmy się przekonać, że obecność tych ludzi nie jest ciężarem czy zagrożeniem, ale szansą na dostrzeżenie, iż otwarcie się na innych może wnieść w społeczeństwo dużo życia i świeżości. Nie mówiąc już o tym, że wypełnili luki na rynku zawodowym, pracując jako hydraulicy, elektrycy, malarze pokojowi czy pielęgniarki.
Orsa dodaje: – Spotykałam się z propagandowymi oskarżeniami, że młodzi muzułmanie są zagrożeniem dla tradycyjnych europejskich wartości. Tymczasem właśnie w rozmowach z naszymi nowymi sąsiadami padały pytania: w co wierzysz? Zawsze uważałam wiarę za prywatną sprawę. Ze znajomymi chrześcijanami rzadko na ten temat rozmawiałam. A teraz musiałam je na nowo zdefiniować. Ale nigdy nie spotkałam się z nakłanianiem mnie do przyjęcia islamu. Z ich strony to była zwykła ciekawość. Nasze rozmowy budowały wzajemny szacunek. Potem wspólne świętowaliśmy Bożego Narodzenia i Eid ul Fitr, zakończenie Ramadanu.
Przestrzeń dla muzułmanów
W Taizé powstała też przestrzeń modlitwy dla wyznawców islamu, nazywana „małym meczetem”. Prosta jak wszystko w tym miejscu: Koran, kilka dywanów skierowanych w stronę Mekki... W identyczny sposób zorientowany jest tam zresztą mały romański kościół, zbudowany w XII wieku, skierowany ku wschodzącemu słońcu.
W lipcu odbędzie się tam już ósme międzynarodowe spotkanie młodych chrześcijan i muzułmanów. Imam na zmianę z jednym z braci z Taizé ma prowadzić poranne refleksje nad Koranem i Biblią, w programie znajdą się też warsztaty na temat relacji chrześcijańsko-muzułmańskiej, które przez cały rok prowadzi Ferenc, mąż Orsy. Zaczyna je od opowieści o własnym dzieciństwie, spędzonym w Algierii (jego ojciec był dyplomatą), o dorastaniu w kulturze muzułmańskiej i nawiązanych wieloletnich przyjaźniach.
Potem proponuje uczestnikom grę, podobną do tej, w jaką bawią się dzieci na urodzinach: wszyscy krążą wokół ostawionych krzeseł w takt muzyki, a gdy ta cichnie, szukają dla siebie miejsca, bo krzeseł jest mniej niż uczestników. Ale kto nie znajdzie, nie odpada z zabawy, tylko zostaje przygarnięty przez najbliższego sąsiada. Krzeseł ubywa, w końcu okazuje się, że dziesięć osób jest w stanie zmieścić się na jednym, jeśli tylko trzymają się i pilnują, by nikt nie spadł.
Centrum pomocy dla Ukrainy
Kultury i narodowości uchodźców przyjmowanych w Taizé trudno zliczyć. Są jezydzi z północnego Iraku, którzy uciekli przed ludobójstwem ISIS w 2014 r. Są iraccy chrześcijanie, uchodźcy z Syrii oraz oczywiście z Ukrainy. Już w 2015 r. trafiła tu na krótki czas grupa dzieci z Donbasu, które na wojnie straciły co najmniej jednego rodzica.
– Kolejnym przełomowym momentem był 24 lutego 2022 r., gdy dotarły do nas tragiczne wiadomości z Ukrainy – wspomina Orsa. – Mieliśmy przed oczami twarze ukraińskich przyjaciół, a w głowie myśl, że trzeba intensywnie działać. Taizé, miejsce spotkań ludzi z całej Europy i świata, okazało się doskonałym centrum koordynowania pomocy dla ukraińskich uchodźców i znajdowania dla nich tymczasowych domów w każdym zakątku kontynentu. Dzięki całej sieci zaprzyjaźnionych miejsc i ludzi mogliśmy pomagać na większą skalę.
Bo, jak dodaje, ludzie są z natury dobrzy i pełni empatii.
– Bardzo mnie smuci, że podpieramy się chrześcijańskimi wartościami, by zamknąć drzwi przed potrzebującym – kończy Orsa. – Przecież Polacy, tak jak Węgrzy, wiele razy w historii byli uchodźcami. Choćby to powinno nas uwrażliwiać na cudzą krzywdę i wygnanie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















