Zacznijmy od tzw. efektu aureoli – znanego w psychologii mechanizmu, który chętnie wykorzystują twórcy reklam. W dużym uproszczeniu polega on na tym, że jeśli ktoś odnosi sukcesy jako sportowiec lub artysta, jesteśmy skłonni uznać go za autorytet także w innych dziedzinach. Nimb zwycięzcy rozświetla wszystkie sfery życia naszych idoli, pomagając im w ten sposób budować wizerunek osób nieomylnych. A nas skłania do naśladowania ich decyzji i wyborów. To m.in. dlatego tak chętnie sięgamy po przekąski polecane przez ulubionego piłkarza albo decydujemy się otworzyć konto w banku, którego twarzą jest nagradzany aktor.
Efekt aureoli całkiem nieźle działa też w funkcji promotora trendów. Przykład? Kiedy najpopularniejsza na świecie piosenkarka Taylor Swift nawiązała w jednym z teledysków do obrazu niemieckiego malarza Friedricha Heysera, natychmiast ustawiły się do niego kolejki zwiedzających.
Podobnie rzecz się ma z modą na czytanie. Nie będę tu przywoływać zasięgów popularnych bookstagramerek i booktokerek oraz opowiadać o ich wpływie na sprzedaż konkretnych tytułów (wiemy, że jest ogromna). Na tyle często mówimy jednak o wpływie mediów społecznościowych na to, co i dlaczego czytamy, że młodzi książkowi influencerzy są już regularnymi gośćmi wszystkich targów książki, nie tylko w Polsce. To oni wpływają na gust najmłodszych czytelniczek i czytelników.
Tym razem pozwolę sobie podać przykład z wyższej półki: oto dom mody Dior odświeżył kolekcję toreb inspirowanych klasyką literatury. Wśród wyhaftowanych precyzyjnie okładek klasycznych powieści znajdziemy m.in. „Drakulę” Brama Stokera, „Ulissesa” Jamesa Joyce’a, ale też niezwykle modną w latach 60. Sagankę (Françoise Sagan). Za niewiele ponad 13 tys. zł możemy codziennie witać świat, dźwigając na ramieniu jej młodzieńczy smutek.
Własną torbę na książki z metką Diora posiada m.in. prowadząca popularny klub książkowy aktorka i producentka filmowa Natalie Portman. W sesji dla francuskiego domu mody sfotografowała się w bibliotece. A wspominam o tym dlatego, że skoro haute couture promuje czytelnictwo, możemy być pewni, że trend zadomowi się również na ulicach. Tak działa efekt aureoli.
Zresztą moda na bycie „książkarą” i w ogóle „książkowość” (bookishness) kilka lat temu stała się na tyle powszechna, że literaturoznawczyni z Uniwersytetu Harvarda, Jessica Pressman, poświęciła im obszerną rozprawę krytyczną. Teza? Im głębiej zanurzamy się w internecie, tym chętniej wracamy do książek albo przedmiotów przypominających nam o czytaniu. Książka okazała się, na dobre i na złe, fetyszem ery cyfrowej – twierdzi Pressman.
No dobrze, ale właściwie dlaczego mając dostęp do setek tysięcy filmów, seriali i piosenek w streamingu, nadal trzymamy w domach staroświeckie egzemplarze powieści? Dlaczego Polki i Polacy kupują coraz więcej książek i coraz częściej zaglądają do osiedlowej biblioteki?
Renesans czytelnictwa: dlaczego książka wygrywa z ekranem i kinem?
Jedna z odpowiedzi na to pytanie wyłania się z publikowanych raz na pięć lat badań Głównego Urzędu Statystycznego, w których podsumowywana jest nasza skłonność do i częstotliwość tzw. bywania. Ze świeżutkiego raportu, który dostaliśmy w grudniu 2025 r., wynika, co ciekawe, że cenimy sobie ludzi kulturalnych oraz aspirujemy do tego, by nas za takich uważano. Dla 85 proc. Polek i Polaków kultura jest istotną częścią codzienności – a przynajmniej życzymy sobie, by inni o nas sądzili, że tak jest.
A po czym poznajemy, że ktoś jest kulturalny? Otóż kulturalny człowiek potrafi zachować się w każdej sytuacji (w tym także schludnie i odpowiednio do okazji się ubrać) oraz dba o sposób wypowiadania się, czyli posługuje się ładną polszczyzną. Poza tym jest tolerancyjny wobec odmiennych przekonań i wyznawców różnych religii – słowem: akceptuje, że sąsiad ma inne zdanie. To jednak nie wszystko, bo w pierwszej piątce wskazań znalazło się – jako jedna z głównych cech człowieka obytego – czytanie i bywanie w bibliotece (takiej odpowiedzi udzieliło 23,5 proc. ankietowanych).

Badacze GUS-u zauważyli tu zresztą wzrost w porównaniu do badań z roku 2019. Co ciekawe, największa zmiana dotyczy osób, które nie skończyły 25. roku życia. O ile pięć lat temu 20 proc. młodych Polek i Polaków było zdania, że człowiek kulturalny czyta książki, pięć lat później tę cechę jako istotną wskazało już 27 proc. dwudziestolatków.
Popularność książek właśnie w tej, dorastającej pośród ekranów grupie potwierdzałaby tezę literaturoznawczyni z Harvardu: im więcej spraw ważnych dla naszego życia rozgrywa się w przestrzeni wirtualnej, tym bardziej tęsknimy za przedmiotami, które pomagają nam się zakorzenić w rzeczywistości. Książki, pisze Pressman, są naszym schronieniem w obliczu kryzysu związanego z przeciążeniem informacyjnym.
Jeśli Dior, dostrzegając ten trend, proponuje nam kolekcję toreb inspirowanych klasyką literatury, a nie np. grami komputerowymi czy portalami newsowymi, elitarne kalifornijskie szkoły dla dzieci pracownic i pracowników Doliny Krzemowej podążają podobnym szlakiem.
Pressman opowiada, powołując się zresztą na reportaże „Guardiana”, że o ile uczniowie publicznych szkół w USA uczą się większości na tabletach, prywatne placówki przyjmują odmienny model przekazywania wiedzy, oparty na „niskim poziomie technologicznym”. Oznacza to, że dzieci uprzywilejowanych, bogatych Amerykanów pracujących w Big Techach korzystają na lekcjach ze zwykłych podręczników.
Wróćmy jednak do Polski. Raport GUS-u pokazuje nam bowiem coś jeszcze: nawet mieszkańcy dużych miast, którzy mają łatwy dostęp do szerokiej oferty kulturalnej, są zdania, że czytanie w większym stopniu świadczy o kulturalnym obyciu niż chodzenie do teatru, kina czy galerii sztuki. Słowem: książka pośród wszystkich dostępnych sposobów uczestnictwa w kulturze jest nam najbliższa i to ją cenimy najwyżej.
Być może właśnie dlatego, że możemy ją – w odróżnieniu od wyświetlanego na ekranie filmu czy gry, którą tylko na chwilę ściągamy na konsolę – mieć na własność. Zmęczeni nieustannym patrzeniem w ekran, chętniej czytamy w papierze (57 proc. osób wobec 55 proc. w 2019 r.) niż na czytniku. Taka lektura sprawia nam po prostu przyjemność.
Książka na stres. Dlaczego czytamy dla przyjemności, a nie z obowiązku?
No dobrze, wiemy już, że uważamy książki za ważne i potrzebne, ale czy rzeczywiście tak dużo czytamy? Otóż odpowiedź jest krzepiąca, bo prawie 60 proc. dorosłych Polek i Polaków miało ostatnio w rękach jakiś tytuł – jest nas więcej niż pięć lat temu. Ogólny wynik zaniżają (na całym świecie zresztą) panowie. Dysproporcja czytających kobiet i mężczyzn jest wciąż spora: aż 71 proc. Polek to czytelniczki książek, jeśli zaś chodzi o Polaków – tylko 47,5 proc. z nich znajduje czas na lektury.
Interesujące są również powody naszych czytelniczych wyborów, bo większość osób, które przeczytały przynajmniej jedną książkę, deklaruje w ankietach GUS-u, że zrobiła to nie z obowiązku, a dla przyjemności. Podobny wynik zaprezentował w zeszłym roku popularny serwis LubimyCzytać.pl (w jego ankiecie wzięło wówczas udział aż 15 tys. Polek i Polaków).
Okazuje się zatem, że książki są dla nas w dużej mierze „odskocznią od codziennych problemów” (52 proc. ankietowanych) i „jedną z form spędzania czasu” (47,5 proc.). Generalnie codzienne lektury zaspokajają bardzo różne potrzeby, ale raczej oczekujemy od nich „przeżyć i wzruszeń” (33,5 proc.) niż konkretnej wiedzy czy „informacji o świecie” (13 proc. odpowiedzi). Może dzieje się tak po prostu dlatego, że czytanie dla przyjemności – co potwierdzają całkiem poważne badania naukowe – poprawia jakość naszego snu i obniża poziom lęku.
Z tym poszukiwaniem przyjemności w lekturze nie jesteśmy też wcale wyjątkowi. Liczba czytających dla przyjemności Hiszpanów przekroczyła niedawno, jak donosili tamtejsi wydawcy, 65 proc. populacji. Więcej książek czytają ostatnio Włosi i Szwajcarzy. Czytelnictwo na poziomie zbliżonym do 70 proc. notują kraje nadbałtyckie: Estonia, Norwegia, Finlandia i Szwecja. W Niemczech sprzedaż literatury pięknej wzrosła w porównaniu z rokiem 2022 o prawie 15 proc.
Wszystko wskazuje na to, że jesteśmy w całkiem sympatycznym gronie, a smutne wiadomości płyną jedynie ze Stanów Zjednoczonych.
Kryzys czytelnictwa w USA: jak nierówności społeczne wpływają na lekturę
We wrześniowym numerze renomowanego pisma „iScience” znajdziemy artykuł, którego autorzy przeanalizowali nawyki czytelnicze Amerykanów na przestrzeni ostatnich 20 lat. Zamieszczone tam słupki i wykresy wskazują, niestety, że odsetek osób czytających codziennie dla przyjemności zmalał z 28 do 16 proc., choć ci, którzy nie przestali czytać, poświęcają na tę czynność coraz więcej czasu.
Przyczyna? Pogłębiające się za oceanem nierówności społeczne. To jasne: przestajemy czytać, kiedy gwałtownie zmniejszają się nasze dochody. Nie mamy wtedy czasu na przyjemności, poszukujemy nowych źródeł utrzymania, a stres jest tak duży, że lektura na uspokojenie to za mało. Krzepiący jest natomiast fakt, że bez względu na status materialny i inne codzienne zmartwienia, Amerykanie nie rezygnują z czytania dzieciom, dostrzegając w tej czynności rodzaj stawianej ponad wszystko troski o najbliższych.
Rosnące niepokoje Amerykanów mają oczywiście odzwierciedlenie w tworzonej przez nich literaturze. Wspominana tu Jessica Pressman przeanalizowała wiele publikowanych w jej kraju powieści, które ukazywały się w czasie prowadzenia badania z „iScience”, czyli przez pierwsze dwie dekady XXI w. Badaczka zauważyła, że niezależnie od tego, czy punktem odniesienia opowiadanych historii był traumatyczny 11 września, czy równie niepokojąca Amerykanów ekspansja Doliny Krzemowej, powieściowe narracje kreśliły obraz świata zmieniającego się w takim tempie, że bohaterowie – podobnie jak czytelnicy – nie byli w stanie za nim nadążyć.
Książki i związane z nimi przestrzenie (biblioteki, czytelnie, księgarnie) jawiły się jednak w tych opowieściach jako miejsca schronienia i regeneracji. Pressman zauważa paradoks: otóż im bardziej nierównomiernie rozłożone są materialne i kulturowe zasoby dostępne czytelnikom i czytelniczkom, tym bardziej wizje bezpieczeństwa, które narracje te wytwarzają i podtrzymują, są do siebie zbliżone.
Domowa biblioteczka prawie w każdym mieszkaniu. Co kolekcjonujemy najchętniej?
A skoro mowa o schronieniu – wiadomo, że nie ma lepszego miejsca na kryjówkę niż przestrzeń z książkami. Zdawał sobie z tego sprawę bohater „Niekończącej się opowieści”, gdy przed goniącymi go chuliganami skrył się w antykwariacie, co, jak wiadomo, odmieniło potem jego życie.
My także, aspirując do grona ludzi kulturalnych, coraz chętniej gromadzimy w domach biblioteczki. Aż 91 proc. Polek i Polaków może się pochwalić księgozbiorem zawierającym więcej pozycji niż tylko podręczniki szkolne. W miastach liczących co najmniej 500 tys. mieszkańców odsetek gospodarstw domowych posiadających książki jest jeszcze wyższy: sięga 96 proc. Co najchętniej zbieramy? Głównie czytaną dla przyjemności literaturę piękną, ale też leksykony, atlasy i różnego rodzaju poradniki.

I to właśnie ten prywatny, coraz chętniej gromadzony księgozbiór służy nam jako źródło lektury – tak zadeklarowało w badaniach GUS-u ponad 26 proc. ankietowanych. Książki kupujemy głównie przez internet, w sklepach takich jak Bonito czy Allegro, ale też na targach, kiermaszach, w księgarniach. Jedna czwarta Polek i Polaków odwiedza biblioteki, coraz częściej zamawiamy wybrane tytuły za pośrednictwem wyspecjalizowanych aplikacji i serwisów.
Ponieważ dane dotyczące naszego rynku książki są niepełne (ani dystrybutorzy, ani wydawcy nie mają na razie obowiązku informowania o nakładach i liczbie sprzedanych egzemplarzy), najlepszym probierzem naszego czytelniczego apetytu mogą być informacje, którymi dzielą się właśnie platformy takie jak Allegro. Jej dane z roku 2025 poznamy dopiero w kwietniu, na razie wiemy jednak, że w roku 2024 roku sprzedano tam Polkom i Polakom aż 25 mln książek – to średnio 47 egzemplarzy na minutę (ok. 13 proc. tej liczby to książki używane).
W ostatnim czasie, jak mówią w rozmowie z „Tygodnikiem” pracownicy Allegro, wzrosło zainteresowanie komiksami, szczególnie mangą – co wskazywałoby na zakupy robione tam przez najmłodszych czytelników i czytelniczki. Najmocniejszą i najważniejszą kategorią pozostają książki dla dzieci oraz poradniki związane z samorozwojem i zdrowiem. Beletrystyka utrzymuje stabilny poziom, skoki sprzedaży zależą od liczby wydawniczych nowości i nagród literackich. Okazuje się więc, że także one mają jeszcze wpływ na nasze decyzje czytelnicze.
Popularną platformą kupna i sprzedaży książek stał się też w ostatnich latach internetowy Skupszop. Prezentowane w zeznaniach finansowych spółki słupki muszą cieszyć jej założycieli. Jeśli w roku 2020 zysk netto wyniósł 784 tys. zł, to sprawozdanie z roku 2024 mówi już o 2,8 mln. Firma chwali się też, że wprowadziła automatyzację w zakresie logistyki, sortowania i obsługi zamówień oraz wdrożyła rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji, pomagające klasyfikować i wyceniać używane książki (wystarczy wpisać na stronie numer ISBN, by program wycenił książkę, którą chcemy sprzedać, z uwzględnieniem stanu magazynowego i popularności tytułu).
Widać, że handel książkami w Polsce, także używanymi, całkiem się opłaca.
Mądrość Harolda Blooma: czytanie jako trening przed nadchodzącą zmianą
Zebrane tu liczby i raporty pokazują, że umacniamy ściany naszych domów coraz bardziej szczelnymi warstwami książek, szukając przyjemności i pocieszenia w staromodnej lekturze. Co ciekawe, ten trend wpisuje się w klasyczną mądrość rozpowszechnianą przez słynnego amerykańskiego krytyka literackiego Harolda Blooma. Mawiał on bowiem, że czytanie służy w dużej mierze przygotowaniu nas na zmiany. Kiedy rosną słupki czytelnictwa, oznacza to, że świat się gwałtownie zmienia.
Kryje się w tym pewien paradoks, o którym też mówił Bloom, bo przecież sposób, w jaki czytamy, zachowuje ciągłość z przeszłością – czytamy w takiej samej pozycji, jak robiono to kilkaset lat temu. Niezmienna jest też, jak się okazuje, treść czytanych przez nas książek.
Kanadyjczyk Andrew Piper, dyrektor laboratorium analityki kulturowej z Montrealu, przeanalizował niedawno z pomocą sztucznej inteligencji dziewięć tysięcy streszczeń książek z Wikipedii, chcąc wydobyć z nich „ukryte lekcje życiowe i wartości etyczne”. Dlaczego akurat z Wikipedii? Ponieważ nie mówi nam ona wprost o tym, o czym są książki, a raczej o tym, jak je rozumieją czytelniczki i czytelnicy, którzy potem dzielą się swoją wiedzą z użytkownikami internetu. Wikipedia najwięcej mówi nam o nas samych.
Wyniki badania Piper opublikował na swoim blogu. Okazuje się, że po lekturze opisów powieści i analizie słów kluczowych AI uznało, że nasza beletrystyka koncentruje się na tematach związanych głównie z wytrwałością i relacjami międzyludzkimi. Czy nie to samo wywnioskowała Pressman, pisząca swoją rozprawę jeszcze przed tym, jak zyskaliśmy dostęp do AI?
AI streści, ale nie poczuje. Dlaczego analogowe czytanie wygrywa z algorytmem
Sztuczna inteligencja bardzo szybko rozbudziła w nas wiarę w to, że jesteśmy w stanie przeczytać, a więc poznać wszystko. Wystarczy wrzucić dowolnej długości tekst do wybranej aplikacji, by AI streściła nam jego sens, podsumowując najważniejsze tezy. Nie ma znaczenia, w jakim języku jest tekst ani czy potrafimy czytać zamieszczone w nim tabelki i wykresy – AI przeanalizuje dla nas wszystko, grzecznie generując odpowiedzi na kolejne pytania. Tymczasem nasze prywatne, analogowe sposoby czytania silnie łączą się przecież ze skończonością i poczuciem porażki.
Na studiach polonistycznych, o ile pamiętam, czyta się kilkaset książek rocznie. Odkrycie, ile potrafimy przeczytać, nawet zbierając materiał do napisania tekstu takiego jak ten, bywa ekscytujące. Do chwalenia się liczbą poznanych tytułów służą nam zresztą liczne aplikacje i serwisy, takie jak LubimyCzytać – a my lubimy z nich korzystać.
Ale im jesteśmy starsi i im więcej udaje nam się przeczytać, nawet gdy poznamy znaczną część kanonu, dostrzegamy, że to i tak niewielki wycinek tego, co zostało wydane i co na bieżąco przyjeżdża do naszej księgarni (albo trafia na redakcyjne biurko). Z czasem ujawnia się jeszcze inny rodzaj ograniczenia: pamięć. Może i przeczytałam kiedyś cztery tomy „W poszukiwaniu straconego czasu”, ale czy dziś pamiętam coś więcej niż kilka wątków i główną myśl Prousta, wedle której literatura pozwala nam uporządkować chaos wspomnień, nadać im formę i ocalić przed zapomnieniem?
Każda opowieść, nawet ta ofiarowana przez Prousta, kiedyś się kończy, ale staroświeckie podejście do czytania pozwala nam, jak nic innego, mierzyć się z własnymi ograniczeniami. Andrew Piper pisze, że książka jest nam tak bardzo bliska, bo – jak my sami – zajmuje konkretne miejsce w przestrzeni. Fizyczna obecność książki to dziś, być może, jej najważniejsza cecha. „Z definicji książki tym właśnie są: są – mówi Piper – i przypominają nam o tym, że także my jeszcze tu jesteśmy”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















