Trump i Leon XIV: para wprost z hollywoodzkiego writers’ roomu

Wiadomo, że dobrana para antagonistów to podstawa wciągającej historii. Ale takie postaci są zawsze od siebie zależne.
Czyta się kilka minut
Monika Ochędowska // Fot. Grażyna Makara / Katarzyna Włoch // Tygodnik Powszechny
Monika Ochędowska // Fot. Grażyna Makara / Katarzyna Włoch // Tygodnik Powszechny

Jeden ze świętych amerykańskiego kina, reżyser Martin Scorsese, określił papieża Leona XIV „punktem zwrotnym w historii Kościoła”. A Scorsese to gość, który w swojej karierze nakręcił zarówno „Ostatnie kuszenie Chrystusa”, jak i „Wilka z Wall Street”. Równie mocno interesowało go życie Dalajlamy („Kundun”), jak i pięściarza Jake’a LaMotty („Wściekły Byk”).

Pisaliśmy kiedyś na tych łamach, że przez wiele lat pracy nowojorski artysta rozdarty był między duchowymi potrzebami wynikającymi z katolickiego wychowania a gwałtownym, obsesyjnym usposobieniem, które sprezentowały mu sycylijskie geny. To usposobienie kieruje go prawdopodobnie w stronę polityków, gangsterów i chłopców z ferajny (pamiętacie, że to Scorsese zrobił teledysk do piosenki „Bad” Michaela Jacksona?). 

Nawet dziś, chwaląc słowa i gesty papieża, reżyser pracuje jednocześnie nad filmem o prezydencie Stanów Zjednoczonych Teodorze Roosevelcie (premiera w przyszłym roku). Wewnętrzne rozdarcie Scorsesego jest skądinąd bardzo filmowe. Wiadomo, że dobrana para antagonistów to podstawa wciągającej historii. A w historii potyczek Leona XIV i Donalda Trumpa mamy przecież wszystko, czego potrzebuje kino. 

 

Z jednej strony postać pragnąca władzy, która wierzy, że bez jej kontroli świat pogrąży się w chaosie. Jej działania bywają brutalne, ale wynikają z logiki, która w pewnych momentach wydaje się rozsądna. Z drugiej strony postać uosabiająca mądrość, której siła leży w ideach. Między nimi rodzi się konflikt wykraczający poza trywialną rywalizację. To spór o to, czym w ogóle powinien być pokój i porządek – czy należy go narzucać siłą, czy budować poprzez odwołanie do wspólnych wartości.

Hollywoodzki scenarzysta zwróciłby uwagę, że takie postaci zawsze są od siebie zależne: władza potrzebuje uzasadnienia, które daje mądrość, a mądrość bez narzędzi wpływu pozostaje bezsilna. Ale w każdej dobrze skonstruowanej historii nadchodzi też moment, w którym równowaga się rozpada. Konflikt przybiera wówczas formę otwartego starcia, a bohaterowie historii zmuszeni są wybrać – nie między dobrem a złem, ale między wizjami świata, z których żadna nie jest całkowicie bezpieczna. 

I to my jesteśmy bohaterami tej historii.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 19/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Antagoniści