Rywalizacja o urząd prezydenta jest w naszym systemie politycznym tak pokrętnie skonfigurowana, że również w kampanii nic nie wydaje się proste. „Ojcowie-założyciele” naszej konstytucji pozszywali z różnych ustrojowych pomysłów przedziwne monstrum, które niby ma być głową państwa, ale nie jest w stanie kontrolować rąk (rządu) oraz nóg (parlamentu). Co najwyżej może te nogi krępować wetem.
Doświadczenia minionego ćwierćwiecza przekonują, że prezydent nie kontroluje niczego więcej poza swoją kancelarią. I nawet w tak sprzyjających okolicznościach jak sprawowanie urzędu w drugiej kadencji, z jednoczesną przynależnością do obozu mającego sejmową większość – a był to przypadek nie tylko Andrzeja Dudy, ale i Aleksandra Kwaśniewskiego – nikt nie stara się wciągnąć prezydenta w proces zarządzania państwem. Nie jest on też specjalnie użyteczny w rzucaniu kłód pod nogi wrogiemu rządowi, co było udziałem Kwaśniewskiego za czasów AWS i Lecha Kaczyńskiego za rządu Donalda Tuska. Koordynacja takich działań jest raczej w rękach lidera sejmowej opozycji, dla którego głowa państwa może być tylko użytecznym narzędziem.
Czy prezydent jest naprawdę ważny?
Również dla reelekcji prezydenta jego osobiste zasługi i starania nie mają wielkiego znaczenia. Ważniejsze jest, jak społeczeństwo ocenia aktualny rząd i jak bardzo prezydent może liczyć na zaangażowanie partyjnego i rządowego zaplecza (jeśli są z tego samego obozu). Sam kandydat może oczywiście też coś zepsuć, ale konsekwencje okażą się o wiele głębsze, jeśli to jego stronnictwo zacznie popełniać błędy. On sam na potrzeby kampanii ma raczej dobrze odegrać rolę człowieka sprawczego. Właśnie dlatego kandydaci z godną podziwu wiarą snują przed nami plany, które rzekomo wcielą w życie natychmiast po zwycięstwie.
Podstawowy sens elekcji jest jednak inny.
Chwałę wieczoru wyborczego prezydent dzieli ze swoją połową kraju, symbolicznie wciągając na maszt flagę własnej drużyny. Nie – nie narodowej – tylko jednego z dwóch obozów, które na potrzeby tego rozstrzygnięcia musiały się uformować. Choć drużynom nie brakuje fanów, a nawet fanatyków, to nie wszyscy czują się zagorzałymi kibicami zwycięzcy. U wielu o tym, po czyjej stronie się opowiedzą, przesądza wyłącznie niechęć do konkurencji. Bo to, która flaga jest akurat na maszcie, oznacza też, której tam nie ma. Można się wtedy cieszyć, że nawet jeśli sprawy nie idą w dobrą stronę, to przynajmniej nie idą w złą. Ulga może być pożądanym uczuciem, jeśli nie ma szans na euforię.
Z wszystkich tych powodów jedno jest jasne dla całej klasy politycznej – lider silnej partii, który ma ambicję i w którego zasięgu jest funkcja premiera, nie będzie startował w wyborach prezydenckich. Dwaj gracze najcięższej wagi – Tusk i Kaczyński – nie daliby się na to namówić nawet zasypywani komplementami przez uniżonych dworaków. To premier posiada w Polsce realną władzę, a poza tym obaj mają już za sobą nieudaną próbę i na pewno nieraz żałowali, że się na nią kiedyś w ogóle zdecydowali. Każda z tych prób mogła bowiem zakończyć ich karierę znacznie wcześniej, niżby sobie obaj życzyli. Nic też nie wskazuje na to, by po nieuchronnym odejściu starzejących się liderów miało się coś zmienić. Gdyby Rafał Trzaskowski został prezydentem, jedna rzecz w sprawie przywództwa w Platformie jest już niemal pewna – to nie on będzie następcą Tuska.
W kampanii prezydenckiej PiS nie wyciągnął wniosków z przeszłości
Powyższe reguły gry mają same w sobie niebanalny wpływ na przebieg kampanii, jednak najbliższe wybory odbywają się w realiach odmiennych od wcześniejszych. Dzieli je najkrótszy odstęp od wyborów sejmowych, w których doszło do zmiany rządu (przy rekordowej frekwencji). Do tego pomiędzy jednymi a drugimi wyborami były jeszcze dwa inne głosowania – samorządowe i europejskie. Obie te kampanie najwyraźniej nie przekonały PiS do korekty swojego podejścia do rzeczywistości.
Po porażce wyborczej racjonalne jest dokonanie zmiany poprzedzonej analizą, co poszło nie tak. Tymczasem wszystkie siły w przegranym obozie ułożyły się tak, że możliwy jest tylko jeden wspólny przekaz: byliśmy genialni – patriotyczni i krystalicznie czyści – a władzę straciliśmy przez oszustwo naszych podłych przeciwników. W takiej strategii króluje nadzieja na powtórzenie triumfu Donalda Trumpa, który na podobnej nucie wrócił na utracony cztery lata wcześniej urząd. Jeśli jednak PiS nie udało się utrzymanie u władzy – wzorem Orbána – przez cztery kadencje, to jeszcze gorzej może pójść próba naśladowania amerykańskiego idola.
Bo też Trzaskowski nie jest ani Joe Bidenem, ani Kamalą Harris. Kandydat KO przegrał poprzednie wybory, więc miał do odrobienia ważną lekcję. Na dziś wygląda to tak, że bardzo się stara nie tylko o to, by nie powtórzyć błędów sprzed pięciu lat, lecz także o to, by o takim właśnie jego podejściu mówiono. Całkowicie racjonalnie objeżdża mateczniki PiS i stara się pokazywać w takich sytuacjach, które mają niwelować jego słabości z przeszłości. Tak jest choćby w przypadku zdjęć ze szkolenia wojskowego czy wyjścia z propozycją debaty z Karolem Nawrockim w Końskich.
Ważnym czynnikiem jest też doświadczenie Bronisława Komorowskiego z 2015 r., które doprowadziło do zaniżenia oczekiwań wobec Trzaskowskiego. Jednak spodziewany spadek poparcia po pojawieniu się pod koniec ubiegłego roku konkurentów nie uruchomił kuli śnieżnej. Notowania kandydata KO w styczniu się ustabilizowały, a w kwietniu nawet lekko odbiły w górę.
Jego atutem okazała się też krytyka ze strony mediów i środowisk, które zarzucają Trzaskowskiemu zbytni skręt ku centrum czy zgoła w prawo. Taka krytyka ze strony najzagorzalszych zwolenników postępu – tych, którzy wyniosłym dydaktyzmem już nieraz zrażali umiarkowanych wyborców do swoich ulubieńców – najwyraźniej nie zmniejszyła poparcia do Trzaskowskiego, lecz ograniczyła liczbę tych, którzy mu nie ufają. Tak można interpretować zmiany w kolejnych sondażach.
Jeśli wejdziesz między kaczki...
W przypadku medialnego zaplecza PiS brakuje choćby cienia takiego sceptycyzmu względem własnego kandydata. Zachwalany jako „obywatelski”, idealnie wpisuje się w narrację obozu Kaczyńskiego, zaś przynależący doń dziennikarze i publicyści odpowiadają na to niemal bezdyskusyjnym entuzjazmem. Tym samym przekreślając korzyści płynące z postawienia na kogoś, kto przecież nie jest z samego jądra partii, więc mógłby poszerzyć elektorat.
W przekazie Nawrockiego nie ma jednak niczego, pod czym nie podpisaliby się najbardziej radykalni i bojowi politycy PiS – Tarczyński, Fogiel czy Czarnek. Na spotkania organizowane przez Kluby „Gazety Polskiej” przychodzą ci, którzy ją czytają, bo zgadzają się z jej specyficznym opisem rzeczywistości. W tym duchu zadają pytania i komentują wypowiedzi kandydata. Skutki takiego codziennego treningu można ująć poprzez parafrazę znanego porzekadła: „jeśli wejdziesz między kaczki, kwaczesz tak jak reszta paczki”.
Lecz pomimo tego – a może właśnie dlatego – Nawrocki nie jest w stanie przyciągnąć wszystkich wyborców, którzy w przeprowadzanych równolegle sondażach partyjnych wskazują na PiS. Być może część z nich widzi w wyborach prezydenckich okazję do wysłania swojej partii sygnału ostrzegawczego? A może sympatycy PiS dostrzegają słabości Nawrockiego, o których partyjny i medialny aktyw nie chce publicznie rozmawiać? Tak czy owak, jego notowania zamiast rosnąć dalej po początkowym zrywie, zaczęły od stycznia spadać. Zamiast wyczekiwanej mijanki z „Trzaskiem”, nad prezesem IPN zawisła groźba innej mijanki – z tym trzecim.
Nie jest nim jednak, tak jak przed pięciu laty, Szymon Hołownia. Zaskakujący swoją skalą wzrost poparcia stał się udziałem Sławomira Mentzena, a złożyło się na to kilka czynników. Na pewno w sporej części zapracował na sukces sam, wspierany przez środowisko zdolne do organizowania nawet kilku spotkań dziennie. Biegłość w wykorzystywaniu społecznościowych narzędzi została modelowo powiązana z bezpośrednim kontaktem z wyborcami. Skrzykiwane przez internet spotkania są okazją do „policzenia się” zwolenników i przykuwania uwagi mediów. Na początek tylko lokalnych, lecz z czasem też ogólnopolskich, które – niezależnie od sympatii czy może w tym wypadku antypatii – nie mogą odpuścić fenomenu o takiej skali.
Dlaczego Mentzen wyprzedza Hołownię
Jednak zasadnicze znaczenie ma połączenie dwóch przewag, z których każda jest słabością pozostałych konkurentów. Wybory w tym właśnie czasie, przy znanych strategiach PiS i PO, dają szczególny bonus tym, którzy dotąd nie rządzili. W normalnych warunkach każde wybory są zasadniczo plebiscytem pozwalającym rozstrzygnąć prosty dylemat – czy ma być tak jak jest, czy ma być lepiej? Strategia PiS sprowadziła to do innego plebiscytu – czy ma być tak jak jest, czy tak jak było?
W tej sytuacji istotna część Polaków „prosi o inny zestaw pytań”. Hołownia „model 2025” stracił swoją przewagę, którą poza nim mieli wszyscy trzeci kandydaci w wyborach prezydenckich od 2005 r. – Lepper, Napieralski i Kukiz. Nie byli oni ani za aktualnym rządem, ani za poprzednim. Dziś w takiej roli nie występuje Hołownia, ale Mentzen.
Na jego korzyść działa także to, że jest w jednej z parlamentarnych partii realnym liderem, nawet jeśli nie jedynym. W dwóch poprzednich wyborach (sejmowych w 2023 r. i prezydenckich w 2020), które mimo wszystko okazały się porażkami Konfederacji, to współlider Krzysztof Bosak był twarzą partii. To on występował w debatach. „Konfa” nie gra więc dokładnie tej samej melodii, co poprzednim razem, i stara się o wrażenie, że zmieniła kierownictwo. To daje jej kolejną przewagę nad PiS.
Usytuowanie Konfederacji nieco z boku opisywanej już nieraz w „Tygodniku” nowej osi ideowego podziału („góra-dół”) daje jej jeszcze inny bonus – może ściągać do siebie elektorat wszystkich trzech największych list z ostatnich wyborów sejmowych. W sondażu IBRiS z połowy marca, właśnie wtedy, gdy Mentzen wspiął się na obecny poziom poparcia, głosowanie na niego deklarował co ósmy wyborca PiS, taka sama część wyborców Trzeciej Drogi i co dziesiąty sympatyk KO z 2023 roku.
Do stojących z boku jest podobnie daleko z góry, dołu i środka osi podziału. Czy w takiej sytuacji uda się rzeczywiście „wywrócić stolik” i przeorientować polską rywalizację? W przypadku partii niesięgającej jeszcze do ćwiartki wyborczego tortu wydaje się to ciągle dzieleniem skóry na niedźwiedziu. Tym bardziej że po szczerych wyznaniach w wywiadzie u Krzysztofa Stanowskiego na temat aborcji i opłat za studia Mentzen znalazł się w impasie; sklejanie ekonomicznych liberałów i obyczajowych tradycjonalistów nie jest łatwe. Na korzyść Nawrockiego działa też zupełnie inna skala lokalnych struktur. Po zeszłorocznych wyborach Konfederacja ma 5 radnych powiatowych, a PiS – ponad 2000. Na pytanie o szanse na to, że trzeci stanie się drugim, wypada dziś odpowiedzieć krótko – pół na pół.
Trzaskowski nie jest Tuskiem. Na szczęście?
Ważkim czynnikiem w rywalizacji Nawrocki – Mentzen jest to, kto ma większą szansę na pokonanie Trzaskowskiego w drugiej turze. Żaden z nich nie posiada tu wyraźnej przewagi, co znacznie ogranicza też możliwość ostatecznej „mijanki” z Trzaskowskim.
Przewagi prezydenta Warszawy biorą się m.in. ze słabości konkurentów. Hołownia nie zainwestował za wiele w tworzenie bliskich związków z PSL, a jedność lewicy nie przetrwała tworzenia rządu z „libkami”. To dlatego Trzaskowski nie musi się specjalnie starać, by udowadniać, że spośród kandydatów obozu rządzącego to on ma największą szansę pokonania czy to Nawrockiego, czy Mentzena. Alternatywni kandydaci pozostają w wyczerpującym napięciu, mającym swe źródła w trudnościach koalicyjnego rządu – zdominowanego przez premiera, choć nie aż tak, by raz za razem nie dochodziło do spięć.
Trzaskowski nie jest jednak Tuskiem i z tego właśnie powodu przyciąga co czwartego wyborcę Trzeciej Drogi sprzed półtora roku i co drugiego Nowej Lewicy. Daje mu to przewagę nad dwójką głównych opozycyjnych kandydatów i nie grozi mu – a przynajmniej dziś niczego takiego nie widać – mijanka na prowadzeniu. Pytanie tylko, czy słabe wyniki koalicyjnych partnerów Platformy nie spowodują u nich panicznych ruchów – poważniejsze tarapaty rządu mogłyby się natychmiast przełożyć na wynik Trzaskowskiego. Dziś notowania gabinetu Tuska są takie sobie – lepsze niż w końcówce ery Morawieckiego, lecz sporo gorsze niż w jego najlepszych momentach, w 2019 roku.
Poza rozstrzygnięciem kwestii podziału władzy i symbolicznym ukierunkowaniem ideowych drogowskazów, majowe wybory prezydenckie są okazją do wysłania jeszcze jednego sygnału tym, którzy chcieliby rządzić. Możemy swoim głosem nagradzać tych, którzy się starają. Nie tyle próbują udawać kogoś zupełnie innego czy prowokować konkurentów do pokazania tego, co w nich najgorsze. Raczej sami starają się dostosować do naszych wymagających wyobrażeń – korygować swoje słabości, doskonalić zalety, otwierać na krytykę i szukać równowagi w społecznym życiu.
Głos w pierwszej turze jest nie tylko decyzją w sprawie tego, kto trafi do tury drugiej. Jest też sygnałem dla zawodników w ostatecznym pojedynku, na co powinni zwracać uwagę. Takie właśnie jego wykorzystanie wydaje się najlepiej służyć dobru wspólnemu. Na finalny „armagedon” w drugiej turze nic nie poradzimy – po raz kolejny spolaryzuje on społeczeństwo, u jednych pozostawiając poczucie triumfu, u drugich smutek i lęk. Możemy jednak zawczasu pomyśleć o tym, jak tych uczuć nie doprowadzać do ekstremum. Może to będzie największe zaskoczenie wyborów, że nie okażą się aż tak destrukcyjne dla naszego życia politycznego, jak te wcześniejsze? Stąd warto się przyglądać kandydatom. To przecież od naszych – wyborców – reakcji zależeć będzie to, o co oni będą się starać. Ani miejsce w układzie władzy, ani sposób wyboru same z siebie nie zachęcają kandydatów do spuszczenia z tonu i do troski o całą wspólnotę. Musimy to wziąć na siebie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















