Najgorsze co można robić, to dzielić skórę na niedźwiedziu. Jest zdecydowanie za wcześnie, by rozdawać stanowiska – tak kandydat KO odpowiada na pytanie „Tygodnika”, kto mógłby trafić wraz z nim do Kancelarii Prezydenta RP. – Skupiam się na prowadzeniu kampanii, a nie na obsadzaniu foteli – dodaje.
Prawdą jest jednak to, że akurat najbliższe polityczne otoczenie Rafała Trzaskowskiego jest od dawna znane. To ekipa zintegrowana i hermetyczna, scalona przede wszystkim kampanią prezydencką w 2020 r., a także organizowaniem co roku w Olsztynie Campusów Polska Przyszłości. Można założyć, że przynajmniej część z tych ludzi znajdzie się przy Trzaskowskim, jeśli trafi do Pałacu.
Kim otaczali się Kaczyński i Komorowski
Dotychczasowi prezydenci też mieli swoje zaufane ekipy, których skład z czasem się zmieniał, zwłaszcza jeśli pełnili obowiązki przez dwie kadencje. Zmiany te pokazywały również, z kim aktualny prezydent ma tzw. chemię, a z kim nie, oraz które eksperymenty okazywały się nieudane. Andrzej Duda na przykład najpierw stawiał na osoby, z którymi pracował jeszcze w kancelarii Lecha Kaczyńskiego, jak choćby Adam Kwiatkowski, jego pierwszy szef gabinetu. Z kolei pierwszą szefową jego kancelarii była Małgorzata Sadurska, koleżanka z klubu PiS. Jednocześnie Duda od początku stawiał na przyjaciół z Krakowa, jak Wojciech Kolarski, Krzysztof Szczerski czy Marcin Kędryna. Dziś większości tych osób nie ma już przy prezydencie (został tylko Kolarski), zaś pierwsze skrzypce gra szef gabinetu Marcin Mastalerek. Prezydent ceni jego asertywność i kompetencje w rozgrywkach politycznych, których jemu samemu brakuje.
Swojego „Mastalerka” nie miał Bronisław Komorowski; otoczył się przede wszystkim weteranami z dawnej Unii Wolności, a także prywatnymi znajomymi, jak Jacek Michałowski czy Olgierd Dziekoński. Politykę kadrową przypłacił odejściem z Pałacu już po pierwszej kadencji, gdyż jego team zbyt późno dostrzegł, iż do zwycięstwa potrzebna jest jednak sprawna kampania.
Lepszą rękę do ludzi miał jego poprzednik, śp. Lech Kaczyński, którego zaplecze składało się z osób zabranych z warszawskiego ratusza, jak Elżbieta Jakubiak, Małgorzata Bochenek czy Andrzej Urbański, a także przyjaciół z czasów gdańskich (Maciej Łopiński) i znajomych z NIK, jak Aleksander Szczygło i Władysław Stasiak.
W przypadku Trzaskowskiego jest pewne podobieństwo do modelu Lecha Kaczyńskiego. Również lubi współpracować przede wszystkim z osobami, które dobrze zna i do których ma pełne zaufanie – grupę jego najbliższych współpracowników od lat tworzą więc ci sami ludzie. To ekipa złożona z polityków, którzy pod skrzydła Koalicji Obywatelskiej trafiali spod różnych adresów.
Trzon grupy tworzą Cezary Tomczyk, Sławomir Nitras i Agnieszka Pomaska z Platformy, Barbara Nowacka z Inicjatywy Polskiej, a także Katarzyna Lubnauer i Adam Szłapka z Nowoczesnej. Cała ta ekipa, może poza Tomczykiem, jest od lat mocno zaangażowana w organizację olsztyńskich campusów.
Niezwykle ważni są również ci, którzy odpowiadają za stronę organizacyjną działalności Trzaskowskiego – jako prezydenta Warszawy i patrona Campusu. Kluczową rolę odgrywa tu były poseł PO Michał Marcinkiewicz, obecnie odpowiadający za organizację spotkań wyborczych w terenie. Współpracują z nim blisko szefowa gabinetu prezydenta Warszawy Wioletta Paprocka, a także jej zastępca Łukasz Pawłowski.
Dlaczego przy Trzaskowskim są właśnie ci, a nie inni?
Prezydent Warszawy nie był nigdy typem człowieka, który ceniłby podskórne życie partyjne. Nie jest częstym w polityce typem „brata łaty” czy „załatwiacza”, który tworzy konsekwentnie własną frakcję pełną wdzięcznych mu ludzi. Woli wąskie, elitarne grono, które samo również dba o to, by zachować spójność i wpływy w otoczeniu lidera – to zaś wywołuje wrażenie hermetyczności. – Ekipa campusowa jest zgrana. To ludzie, którzy po prostu dowożą realizację zadanych tematów – mówi jeden ze współpracowników Trzaskowskiego.
Politycy PO potrafią wymienić wiele przykładów charakterystycznych zachowań familii Trzaskowskiego. Ktoś np. zaproponował usługi na Campusie w dziedzinie, na której się dobrze zna. Po jakimś czasie okazywało się, że temat zostanie przygotowany, ale przez Agnieszkę Pomaską, choć nie miała z nim wcześniej wiele wspólnego. Inny parlamentarzysta opowiada, że w poprzedniej kadencji, gdy szefem klubu KO był Cezary Tomczyk, najchętniej typował do występów medialnych członków grupy Trzaskowskiego. Mimo że niektórzy z nich, jak Nowacka, Lubnauer czy Szłapka, byli spoza PO.
Dlaczego przy Trzaskowskim są jednak właśnie ci, a nie inni ludzie? Geneza jego ekipy pochodzi z czasów, gdy na czele Platformy po przegranych w 2015 r. wyborach stanął Grzegorz Schetyna. Dosyć szybko dorobił się w partii silnej grupy opozycyjnej, zwanej frakcją „młodych”. Niezwykle ważnym wydarzeniem dla uformowania się tej grupy była okupacja sali plenarnej Sejmu na przełomie 2016 i 2017 r. Rozpoczęła się od blokady mównicy sejmowej przez grupę posłów po tym, jak ówczesny marszałek Sejmu Marek Kuchciński wykluczył z obrad Michała Szczerbę.
Jeszcze tego samego dnia posiedzenie izby przeniesiono do Sali Kolumnowej, a w plenarnej rozpoczęły się stałe dyżury opozycji, przede wszystkim ludzi z PO i Nowoczesnej. Właśnie to doświadczenie połączyło członków późniejszej frakcji Trzaskowskiego – Sławomira Nitrasa, który był jednym z prowodyrów okupacji, Cezarego Tomczyka, Agnieszkę Pomaską oraz Adama Szłapkę, wówczas posła Nowoczesnej. Akcja, oprócz tego, że wymierzona w rządzący PiS, była także formą kontestacji ówczesnego kierownictwa PO, przede wszystkim niechętnego okupacji Schetyny.
Trzaskowski kontra Schetyna
Sam Trzaskowski, który od 2015 r. był posłem PO, brał oczywiście w blokadzie udział. Z racji wizerunkowych kompetencji nadawał się na frontmana tej grupy – znacznie młodszej od lidera partyjnego i sceptycznej wobec jego taktyki. Zresztą, stosunki Trzaskowskiego ze Schetyną nie były już od dłuższego czasu dobre – ich antagonizm wywodził się z czasów, gdy Trzaskowski był najpierw ministrem administracji i cyfryzacji w rządzie Donalda Tuska, a potem zastępcą Schetyny w MSZ (w rządzie Ewy Kopacz). Jak przyznaje jeden z polityków PO, w tamtym czasie Schetyna ostro krytykował kompetencje młodszego działacza. Dziś się oczywiście do tego nie przyznaje, bo później zawarł z grupą Trzaskowskiego cichy sojusz, w pewnej mierze wymierzony we wracającego do Polski Donalda Tuska.
Faktem jest jednak i to, że Schetyna potrafił spojrzeć na ten konflikt szerzej. Dostrzegł więc potencjał Trzaskowskiego i postawił na niego jako kandydata na prezydenta Warszawy w 2018 r., gdy okazało się, że Hanna Gronkiewicz-Waltz nie będzie startować po raz kolejny. Po wyborczym zwycięstwie szefową gabinetu Trzaskowskiego została zaś Wioletta Paprocka, wcześniej rzeczniczka Schetyny w MSWiA i jego doradczyni jako marszałka Sejmu. Pracująca, podobnie jak Łukasz Pawłowski, w stołecznym magistracie już za kadencji Gronkiewicz-Waltz.
Michał Marcinkiewicz trafił do otoczenia prezydenta Warszawy inną drogą, poprzez Sławomira Nitrasa, który też pochodzi ze Szczecina. Sprawdził się zwłaszcza w kampanii prezydenckiej w 2020 r., panując nad organizacją masowych spotkań wyborczych kandydata (który musiał ratować partię po rezygnacji Małgorzaty Kidawy-Błońskiej), i będąc w ich trakcie „mistrzem ceremonii”.
W tamtym czasie zarzucano Trzaskowskiemu, że mimo uzyskania w wyborach prezydenckich poparcia 10 mln głosów, nie zawalczył o swą pozycję i nie stanął na czele Platformy, dołującej wtedy w sondażach. Zdecydowała zapewne niepartyjna natura prezydenta Warszawy, choć jego antagoniści z PO – ci, którzy namówili do powrotu w połowie 2021 r. Donalda Tuska – przekonują, że wraz ze swoją ponadpartyjną grupą miał inny plan – zbudować nowy polityczny byt obok PO. Jego pierwszym aktem założycielskim miał być Campus. Drugim – Ruch Wspólna Polska, który powstał, ale nie zaistniał. Trwała pandemia, a potem Tusk „odbił” Platformę.
Personalne przymiarki do Pałacu Prezydenckiego już trwają
Jeśli komukolwiek z ludzi Trzaskowskiego zada się pytanie o akces do ekipy prezydenckiej, odpowiadają oględnie, tak jak ich lider. – Będą na to dwa miesiące po ewentualnym zwycięstwie. A mnie dobrze jest w rządzie – mówi obecny wiceminister obrony Cezary Tomczyk. Również posłanka Agnieszka Pomaska zapewnia, że nie słyszała o żadnych ofertach obsady zaplecza prezydenta. W podobnym tonie wypowiada się też Wioletta Paprocka zapewniająca, że nawet nieformalnie nie ma takich przymiarek. To samo mówi Michał Marcinkiewicz.
Wiemy jednak, że personalne przymiarki są już robione. Od kilku miesięcy słyszymy, że obecna szefowa MEN Barbara Nowacka jest dogadana w sprawie stanowiska szefowej Kancelarii Prezydenta. Sama w tej kwestii zaprzecza, na dodatek zdarzyła się jej wpadka z przejęzyczeniem o „polskich nazistach”, czym skomplikowała sobie trochę plany, dając zarazem oręż opozycji.
Cezary Tomczyk, obecnie wiceminister w MON, również ma opuścić rząd – dla stanowiska szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Paprocka lub Pawłowski mieliby z kolei wejść w rolę Mastalerka i stanąć na czele Gabinetu Prezydenta RP. Jednak według innej wersji to Paprocka miałaby zostać szefową kancelarii, a Michał Marcinkiewicz szefem gabinetu. Raczej nie trafią do Pałacu parlamentarzyści wiązani z dalszym kręgiem grupy Trzaskowskiego: Dorota Łoboda, Patryk Jaskulski czy Adrian Witczak. Zapewniają, że na razie chcą się nauczyć funkcjonowania w Sejmie; są tam pierwszy raz.
W kontekście prezydenckich nominacji można też czasem usłyszeć nazwiska Artura Gierady, mało znanego posła, który ma bliskie relacje z tą grupą, oraz Aleksandry Gajewskiej, obecnej wiceminister rodziny, pracy i polityki społecznej. – Mam inne zadania, wskazane przez pana premiera – zapewnia jednak Gajewska, dziś mniej już kojarzona z „frakcją Trzaska”.
Bardziej prawdopodobne jest wyjście z rządu ministra ds. europejskich Adama Szłapki; miałby on wzmocnić kancelarię w sprawach międzynarodowych, w których prezydent ma istotne kompetencje. Za tą tezą przemawia też fakt, że kadencja nowego lokatora Pałacu rozpoczyna się w sierpniu, już po półroczu polskiej prezydencji w UE.
Na tym tle zaskoczeniem jest wypowiedź wiceministry edukacji Katarzyny Lubnauer, która nie spodziewa się, by którykolwiek z aktualnych członków rządu (Gajewska, Nowacka, Szłapka, Tomczyk) poszedł za Trzaskowskim. Innym ograniczeniem może się okazać konieczność rezygnacji z mandatów poselskich; dla niektórych to może być problem. W naszych rozmowach z politykami KO często pada bowiem argument: praca w prezydenckiej kancelarii stwarza niewielkie możliwości aktywności typowo partyjnej i grozi „zapomnieniem”. Odpowiada się tam za wąski segment i tak już niewielkich kompetencji głowy państwa; ewentualnie można go reprezentować w mediach.
Rozgrywający Sławomir Nitras
Czynnikiem wpływającym na to, kto finalnie znalazłby się w otoczeniu Trzaskowskiego w Pałacu, może być też postawa Marcina Kierwińskiego. To on szykuje się do objęcia po Trzaskowskim fotela prezydenta Warszawy – o ile wygra wybory. W nieformalnych rozmowach miał wyrażać oczekiwanie, by ludzie dziś pracujący w ratuszu i znający stołeczną specyfikę nie odchodzili masowo z urzędu wraz ze swym pryncypałem.
Jeśli pod uwagę weźmie się powyższy aspekt, a także fakt, że w kampanii objawią się na pewno nowe talenty – płaszczyzna budowy zaplecza Trzaskowskiego może okazać się ostatecznie dużo szersza niż „grupa campusowa”. Wiele osób ma dziś okazję sprawdzić się w boju, pod presją czasu, ujawnić zdolności organizacyjne albo aktywizujące ludzi młodych. Obok wspomnianych Łobody, Jaskulskiego czy Witczaka, wymienia się w tym kontekście jeszcze dwie posłanki: Aleksandrę Kot i Weronikę Smarduch.
W zaciągu do Pałacu mogą też wziąć udział niektórzy działacze samorządowi, niekoniecznie bardzo bliscy Trzaskowskiemu, ale pomagający mu budować lokalny potencjał w obecnej kampanii. Na ich czele wymieniany jest współpracownik Trzaskowskiego z ruchu „Tak! Dla Polski”, wieloletni prezydent Sopotu Jacek Karnowski, dziś wiceminister funduszy, oraz byli marszałkowie województw: Elżbieta Polak (Lubuskie) i Marek Sowa (Małopolskie).
W przypadku Karnowskiego ważne jest to, że nie dogaduje się on ze swoją szefową Katarzyną Pełczyńską-Nałęcz z Polski 2050. – Najpierw trzeba wygrać wybory – odpowiada on sam na pytanie o swój udział w ewentualnej „pałacowej” ekipie Trzaskowskiego.
Spiritus movens większości działań politycznych podejmowanych przez grupę Trzaskowskiego jest tak naprawdę Sławomir Nitras. To faktyczny twórca Campusu, a dziś minister sportu, który ma jednak opinię osoby nieco nieprzewidywalnej. – Nitras zawsze był politycznym liderem tej grupy. Zadaniem Trzaskowskiego było nadzorować ją nieco z boku. I ładnie się prezentować – mówi prominentny polityk PO. Jego zdaniem Nitras będzie miał w otoczeniu Trzaskowskiego takie stanowisko, jakiego sam zapragnie. I jeśli będzie chciał być np. szefem Kancelarii Prezydenta – a to obok funkcji lidera BBN jest stanowisko o naprawdę realnym znaczeniu – to nim zostanie.
Inny polityk PO przekonuje natomiast, że najbardziej prawdopodobny scenariusz to powierzenie stanowisk – w pierwszym okresie – sprawdzonym urzędnikom, czyli de facto zderzakom. Dopiero z czasem zostaliby zastąpieni przez pełnokrwistych polityków. – W 2027 roku Tusk będzie miał 70 lat, a już dziś widać po nim trudy rządzenia – uważa polityk. – Bez wygranych kolejnych wyborów parlamentarnych możemy popaść w kryzys, a potem nie wygrać wyborów prezydenckich w 2030 roku. Stąd Rafał Trzaskowski musi stawać się powoli nowym liderem całego obozu, który Kaczyński pragnie zniszczyć, i powinien mieć do tego odpowiednie zaplecze.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















