Po trzech latach, w trakcie których szliśmy na wybory w sumie pięć razy, czeka nas rok bez takich atrakcji. Jednak to, że nie będzie kampanijnego rozgorączkowania i twardych rozstrzygnięć przy urnach, wcale nie znaczy, że polska polityka stanie się spokojniejsza i bardziej przewidywalna.
Patrząc na sześć miesięcy, które nastąpiły po finalnym prezydenckim pojedynku, nie możemy się spodziewać politycznej stagnacji. A po tylu zwrotach akcji, jakich doświadczyliśmy w minionych trzydziestu miesiącach, możemy się spodziewać niemal wszystkiego. W tej spienionej rzece chaosu i niepewności trzeba wypatrywać najgroźniejszych bystrzy, które mogą zatopić nie tylko mniejsze łódki.
Dlaczego Szymon Hołownia nie dał sobie rady w polityce
W dłuższej perspektywie największym kłopotem dla obozu rządzącego jest panika, która spowodowała rozpad Trzeciej Drogi – siły, która przecież przesądziła o wyniku ostatnich wyborów sejmowych i końcu dominacji PiS. Ugrupowanie nie przeżyło jednak złudzeń i frustracji towarzyszących wyborom prezydenckim.
Szymon Hołownia nie dostrzegł, że jako marszałek Sejmu tracił stopniowo atut świeżości oraz wizerunek „człowieka z zewnątrz”, który dał mu m.in. trzecie miejsce i dwucyfrowy wynik w 2020 r. (13,87 proc.). Jednocześnie ani sam nie zbudował wokół siebie zakorzenionej społecznie partyjnej struktury Polski 2050, która jest niezbędna do sukcesu w rywalizacji starych partii, ani nie włożył wysiłku w zbudowanie autentycznej jedności i zaangażowania ze strony ludowców, którzy taką strukturę od wielu lat mają.
Trudno się zatem dziwić nie tylko temu, że Hołownia nie został prezydentem, lecz także temu, iż miał „podprogowy” wynik wywołujący rzeczoną panikę (4,99 proc.). Co zaskakujące, ulegli jej też ludowcy, choć przecież Hołownia zdobył poparcie dwukrotnie wyższe od Władysława Kosiniaka-Kamysza pięć lat wcześniej. Tamta porażka nie wywołała gwałtownych reakcji, choć przecież PSL był wtedy w dużo gorszej pozycji.
Teraz brzemię spodziewanej słabości ludowców w walce o prezydenturę wziął na siebie ktoś inny, tymczasem PSL, zamiast się z tego cieszyć, wykorzystał okazję, by odciąć się od sojusznika, który – co trzeba przyznać – przez poprzednie dwa lata nieraz demonstrował swoje poczucie wyższości.
Tusk chce zamienić Polskę 2050 w drugą Nowoczesną
Trzecia Droga uległa rozkładowi, po raz kolejny udowadniając, że lojalność znacznie łatwiej się niszczy, niż buduje. Jednak panika Hołowni po wyborach pewnie byłaby mniejsza, gdyby nie wynegocjowana przed dwoma laty utrata stanowiska marszałka na rzecz Włodzimierza Czarzastego.
Przejawem zagubienia gwałtownie tracącego popularność polityka była nie tylko rezygnacja z przewodzenia partią, która zbudowana została na jego osobistych walorach, lecz także „nocna schadzka” z Jarosławem Kaczyńskim. Może nie miała ona tak wstrząsających skutków jak randka Ryszarda Petru na Maderze przed nieomal dekadą, lecz tak jak tamten wakacyjny wyjazd w środku okupacji sali plenarnej Sejmu – przyniosła bolesny upadek z wysokiego konia.
Gdyby Hołownia jako marszałek spotkał się z liderem największej partii opozycyjnej w swoim gabinecie, dałoby się to łatwo wyjaśnić. Jednak nieudolna konspiracja jest najzwyczajniej nie do obrony.
Osierocona partia stoi przed trudnym wyborem nowego lidera (ludowcy nie mieli takich dylematów i „Władek” zachował fotel prezesa bez cienia niepokoju, który towarzyszył zwykle wyborom władz PSL). W mediach pełno jest zarazem spekulacji o potencjalnym rozpadzie klubu parlamentarnego Polski 2050 – jedynego zasobu, jaki kryje się jeszcze za tak obiecującym niegdyś szyldem.
Ta wizja najwyraźniej nie wywołuje u pozostałych koalicjantów wielkich obaw. Z medialnych przecieków wynika nawet, że KO cieszy się z perspektywy realizacji swojego niegdyś nieosiągalnego marzenia – „unowocześnienia” Polski 2050, czyli wprowadzenia jej na trajektorię Nowoczesnej, która właśnie zakończyła swoją dziesięcioletnią przygodę.
Nic również nie wskazuje na to, by któryś z pozostałych sojuszników przygotowywał się na ewentualność rozpadu kluczowego elementu sejmowej układanki. Tymczasem wszystkie dotychczasowe rządy, które zgubiły stabilną większość, a do końca kadencji „dojeżdżały na planktonie”, czyli na doraźnych konfiguracjach indywidualnych posłów-rozłamowców, kończyły tak samo – utratą władzy w kolejnych wyborach.
Najnowszy przykład, sprzed raptem dwóch lat, powinien najsilniej przemawiać do wyobraźni. Wypchnięcie z obozu rządzącego Jarosława Gowina i rozbiór jego partii nie wzmocniły PiS, tylko go pogrążyły.
Lewica woli wróbla w garści niż samodzielną politykę
Kłopoty koalicji z jednością zaczęły się jednak od lewicy. Odejście Razem wynikało w zasadzie z sejmowej arytmetyki – skoro najodleglejsza ideowo składowa bloku jest zbędna dla zapewnienia większości, to jej pozycja negocjacyjna staje się bardzo słaba. Nie ma co jej ustępować ani płakać po odejściu.
Tym bardziej że sami buntownicy nie byli w stanie zachować jedności. Z siedmioosobowej początkowo sejmowej reprezentacji dziś koło Razem tworzy tylko czwórka.
Z drugiej strony, mimo tego kryzysu Adrian Zandberg minimalnie wyprzedził w majowych wyborach oficjalną kandydatkę Nowej Lewicy Magdalenę Biejat. Ważniejszy od tego może być jednak fakt, iż oboje wylądowali pod kluczową poprzeczką 5 proc. poparcia.
W walce o Pałac Prezydencki to i tak nie miało żadnego znaczenia, lecz dziś jest potężnym ostrzeżeniem, przypominającym o dramacie lewicy sprzed dekady, gdy obie jej listy potknęły się o sejmowy próg wyborczy. Wynik prezydenckiej elekcji i sytuacja lewicy były gorsze niż w przypadku Trzeciej Drogi, lecz pomimo tego ostatnie pół roku upłynęło jej znacznie spokojniej. Przesądziły o tym dwa czynniki.
Uspokojenie nastrojów wewnątrz partii i wewnątrz koalicji było bardzo na rękę Czarzastemu, a perspektywa objęcia stanowiska marszałka Sejmu stała się w jego przypadku dodatkowym elementem motywacyjnym.
Także sama partia mogła to wydarzenie potraktować jak powrót do dobrych czasów (zakończonych jednak katastrofą w 2005 r.), gdy obsadzała najważniejsze urzędy w państwie. Wtedy wszystkie, dziś tylko jeden, lecz zawszeć to coś.
W takiej sytuacji trudno się buntować przeciwko wątpliwemu przywództwu Czarzastego, nawet jeśli jego hipoteka jest mocno obciążona przeszłością, a wizja przyszłości lewicy nie przebija się do świadomości kogokolwiek. Kluczowe przesłanie tego środowiska można więc dziś opisać bez większego wysiłku – nie stracić tego, co już się udało uzyskać, wszak „lepszy wróbel w garści…”.
Notowania Nowej Lewicy ustabilizowały się w okolicach 6 proc. – w miarę bezpiecznie nad progiem, nawet jeśli wyraźnie niżej niż w 2023 r., kiedy to jednocyfrowy wynik był głębokim zawodem. Lecz przecież dalej nagrodą pocieszenia jest powrót do rządu i wszystkie frukta wynikające ze sprawowania władzy.
Problem w tym, że to sprawowanie władzy potrwać może niecałe dwa lata, jeśli nic się nie zmieni w sondażach.
Pomijając lewicę, paradoks sytuacji polega na tym, że – jeśli spojrzeć na średnią grudniowych partyjnych notowań – o tym, kto stworzy rząd, zdecyduje te 8 proc. wyborców, które dziś wybiera Razem, PSL bądź Polskę 2050.
Jeśli wyborcy ci zagłosowaliby na hipotetyczną wspólną listę, miałaby ona w Sejmie większość wraz z KO i Nową Lewicą. Jeśli cokolwiek z tych głosów się zmarnuje, spadając pod próg, większość zdobędzie potencjalna trójkoalicja PiS i dwóch Konfederacji.
Gdy PiS przegrywa, to pokornieje, gdy wygrywa, głupieje
Żyjemy w kraju, w którym zmiana zdania przez choćby co pięćdziesiątego obywatela przesądziłaby dziś o tym, która z obu rozgorączkowanych stron politycznej wojny mogłaby ogłosić, że „Polacy wybrali” właśnie ją.
To, że wszystko wisi na tak cienkim włosku, wynika jednak nie tylko z kłopotów koalicji rządzącej, ale też z sytuacji opozycji.
Wyborcy, którzy dali Karolowi Nawrockiemu ostateczne zwycięstwo, dzielą się na coraz bardziej wyrównane nurty. Niemal siedem lat minęło od czasów, gdy w sejmowych wyborach PiS miał prawie siedmiokrotnie więcej zwolenników niż ekipa Krzysztofa Bosaka, Grzegorza Brauna i Janusza Korwina-Mikkego.
W tegorocznej pierwszej turze wspierany przez PiS Nawrocki nie miał nawet o połowę więcej głosów od tych, które padły na dwójkę Mentzen-Braun. Dziś w sondażach PiS jest jeszcze słabszy. To największa niespodzianka drugiego półrocza 2025 r.

Trudno się nie zgodzić z Łukaszem Pawłowskim z Ogólnopolskiej Grupy Badawczej, iż polskim partiom najtrudniej jest wyciągać wnioski ze zwycięstw. Szczególnie wtedy, gdy o ich sukcesie zadecydowały błędy przeciwników, nie zaś własne genialne plany.
W przypadku PiS widać wyraźny mechanizm. Gdy partia przegrywa, to pokornieje – gdy wygrywa, głupieje.
Po porażce 2023 r., szczególnie zaś po rozmontowaniu przez koalicję 15 października pułapek naszykowanych przez PiS – trzeciego rządu Morawieckiego, TVP i prokuratury – partia spokorniała na wybory samorządowe i straciła na nich mniej, niż się obawiała, zachowując pozycję największej partii w sejmikach.
Jednak po tym sukcesie przestała być „jak do rany przyłóż”, co przyniosło porażkę w eurowyborach – pierwszą niekwestionowaną od 2015 r. (w 2023 r. PiS niby był pierwszy, ale nie miał z kim stworzyć koalicji).
Zapewne pod wpływem tego niepowodzenia prezes ominął pułapkę, jaką były prezydenckie ambicje Mateusza Morawieckiego i Przemysława Czarnka. Postawienie na kandydata, który nie opatrzył się w czasach rządów PiS i nie jest z nimi utożsamiany, było może i przejawem geniuszu Jarosława Kaczyńskiego, ale tylko w takim sensie, w jakim genialnym krokiem jest sięgnięcie po podręcznikowe rozwiązania.
Nawrocki start miał kiepski, trupów w szafie pełno, lecz jego atutem stało się to, że się nimi nie przejmował, tylko robił swoje. Tego zaś, że jego słabości zupełnie ogłupią drugą stronę i skłonią do samobójczych posunięć, nie dało się przewidzieć.
Co jednak najważniejsze, jego zwycięstwo znów wystawiło na próbę pokorę popierającej go partii.
Braun wielkim problemem Kaczyńskiego
Nawet jeśli prezes PiS na chłodno przypominał swoim szeregom, że do przejęcia władzy jeszcze daleko, to nie był w stanie zatrzymać tych, którzy już ekscytowali się obsadą przyszłych stanowisk – na czele z funkcją premiera.
Jego ekipa pogrążyła się w przepychankach o spodziewane zaszczyty, ale sam Kaczyński też zaczął przejawiać oznaki „poczucia mocy”, atakując bezsensownie Sławomira Mentzena.
W tej sytuacji zabrakło uwagi koniecznej, aby uniknąć dwóch nowych zagrożeń – Zbigniewa Ziobry i Grzegorza Brauna. Ucieczkę byłego ministra sprawiedliwości można do woli uzasadniać rzekomym upadkiem praworządności w kraju, lecz doświadczenia minionych lat nie obiecują sukcesów takiej strategii.
W latach 2015-2023 to nie uskarżanie się na łamanie konstytucji najmocniej podnosiło poparcie opozycji. Znacznie bardziej przemawiają do wyobraźni wyborców politycy uciekający od odpowiedzialności za nadużycia – co przecież przez lata wykorzystywał sam Ziobro, budując swoją pozycję „nieustraszonego szeryfa” tropiącego aferzystów.
Po jego ucieczce PiS znalazł się w pułapce, którą sam na siebie zastawił twierdząc, że nie ma swojej epoce zupełnie nic do zarzucenia; po ucieczce, a pewnie nawet wcześniej, gdy pozwolił politykom Solidarnej/Suwerennej Polski uwłaszczyć się na Funduszu Sprawiedliwości i zrobić z niego partyjny fundusz wyborczy.
PiS najwyraźniej przespał moment, gdy po sukcesie Nawrockiego można było dokonać personalnego resetu i wyznaczyć kandydata na premiera, który nie będzie ani Morawieckim, ani Czarnkiem, i który będzie w stanie zachować równowagę pomiędzy stojącymi za tą parą zwaśnionymi środowiskami, a także zapobiec zagrożeniu ze strony Brauna.
To przecież Nawrocki, z wszystkimi swoimi wadami, lecz też właśnie jako człowiek w zasadzie z zewnątrz, pokazuje, na kogo po prawej stronie jest niemały popyt. Braun jest tylko słabym odbiciem Nawrockiego, wyróżniającym się na tle PiS, który zajęty jest sobą i swoimi starymi problemami.
Wszystkie wzbudzane przez Brauna obawy czy pokładane w nim swoiste nadzieje (także ta, że wystraszy i zmobilizuje wyborców lewicowo-liberalnych, którzy znów postawią na Donalda Tuska i KO) mogą jednak nie mieć trwałych podstaw.
Bardzo podobne trajektorie były udziałem Hołowni przed pięciu laty, Ryszarda Petru przed dziesięciu czy lewicy po świetnym rezultacie „prezydenckim” Grzegorza Napieralskiego przed laty piętnastu. Przez jakiś czas po zaskakującym wyniku jest się w centrum uwagi i budzi nadzieję tych, co chcieliby „wywrócić stolik”, lecz trudno przez dwa lata utrzymać odium nowości.
Choć nigdy dość powtarzania, że małe partie żywią się błędami dużych – te ostatnie przecież na naszym podwórku rozsypują „karmy” całkiem sporo.
Ile głosów zmarnujemy w kolejnych wyborach
Osłabienie PiS na rzecz Korony Polskiej w niełatwym położeniu stawia dziś również narodowo-liberalną Konfederację. Zasiada w parlamencie już od 6 lat, więc ona też jako „glanc-nówka” się nie prezentuje. Sojusz wychowanków Młodzieży Wszechpolskiej i korwinistów do łatwych nigdy nie należał, może więc zacząć jeszcze mocniej trzeszczeć pod wpływem nowych napięć.
Można oczywiście liczyć, iż Konfederacja, ustabilizowana na politycznej scenie i będąca przed drugą turą obiektem zabiegów obu prezydenckich kandydatów, przekształci się w przewidywalne ugrupowanie o jakiej-takiej zdolności koalicyjnej. To jednak trudna operacja na tożsamości partii złożonej z dwóch odmiennych skrzydeł.
Konfederaci mają dodatkowo w pamięci lato 2023 r., kiedy to zbyt wcześnie ucieszyli się kilkunastoprocentowym poparciem i wizją kingmakera decydującego tym, kto zostanie premierem – niecałe dwa kwartały później znów byli najmniejszą partią w sejmowej opozycji.
Złota rybka korzystnych sondaży nie spełnia wszystkich życzeń. Nie wiadomo, czy Konfederacja ma jakiś ideowy i organizacyjny plan. Relatywny sukces Mentzena był w równej mierze efektem nowości, co pracowitości – dziesiątków objechanych miejscowości. Czy takie przedsięwzięcie jest do powtórzenia za kilkanaście miesięcy?
Podział opozycji spod prawicowych sztandarów na trzy osobne listy dodatkowo komplikuje im sytuację, gdy brać pod uwagę nasz system wyborczy i metodę D’Hondta. Partie „paktu senackiego”, walczące w 2019 i 2023 r. z PiS-em jako liderem sondaży, musiały uzyskać dodatkowe poparcie, by wyrównać premię, jaką druga strona dostała za swoją integrację.
Ale dziś, choć to PiS z potencjalnymi sojusznikami staje się trójgłowym smokiem, po przeciwnej stronie barykady liczba podmiotów wzrosła już do pięciu (nie licząc samorządowej Nowej Polski). Tymczasem w polskich wyborach sejmowych nad progiem jest w sumie miejsce nie dla ośmiu, ale tylko dla pięciu list (raz było ich cztery, raz sześć).
Jeśli więc nie dojdzie do jakiegoś przegrupowania, głosy wielu wyborców zmarnują się pod progiem wyborczym. W latach 2005 i 2015, gdy polska scena polityczna była najbardziej rozdrobniona, nawet co szósty głos poszedł na marne. Jeśli to się powtórzy, kluczowe będzie pytanie, czyje głosy spotka taki los. Zawsze jednak będzie to „zasługą” tych polityków, którzy przeszacowali swoje siły.
Tusk i Kaczyński zbyt zajęci sobą
Za porządkowanie swoich obozów mogliby się zabrać premier i prezydent, gdyby nie to, że są zbyt zajęci wbijaniem sobie szpil. I tak zresztą nie ma prostego wzoru, jak to zrobić. Marzenie, że dojdzie do zjednoczenia po którejś ze stron, jest nieustająco nierealne. Szkodliwe jest samo jego forsowanie, bo zwiększa nerwowość mniejszych środowisk. Nie jest zatem pewne, czy coś z tego przewodzenia całym obozom któremuś z nich wyjdzie, czy też zadowolą się graniem na macierzystą partię, w nadziei, że reszta jakoś się ułoży.
Wszystkie roztrząsane tu historie wpłyną mocno na rok 2026. W ramach prognoz warto wyciągnąć z nich wniosek, sformułowany przed dwu i pół tysiącem lat przez Konfucjusza: ludzie potykają się nie o góry, lecz o kretowiska. Ani niepowstrzymany ponoć wiatr sekularyzacji prowadzącej do oświecenia, ani nieuchronna podobno fala prawicowego ekstremizmu nie przesądzą o tym, w którą stronę popłynie w najbliższych latach nasza narodowa nawa.
Zależy to od ruchów partyjnym sterem, ustawienia żagli umożliwiającego łapanie korzystnych podmuchów zmieniającego się otoczenia, przede wszystkim zaś od ideowego kila, który tej nawie zapewnia stabilność i zapobiega dryfowi.
Wszystkie składowe żeglarskiej sztuki wymagają dogrania przez sprawną załogę, a to nie będzie łatwe ani dla rządzących, ani dla opozycji. W pierwszej kolejności o wyniku wyborów A.D. 2027 zadecyduje to, jak we wcześniejszym, nadchodzącym właśnie roku pogrupują się ci, którzy mają już dość i Kaczyńskiego, i Tuska.
Czy ci dwaj wyjadacze będą w stanie zapanować nad swoimi przyzwyczajeniami, wyobrażeniami i tendencjami do dominacji, by przystosować się do całkiem nowej dla nich sytuacji? A może zjawi się ktoś, kto ich do tego zmusi – choćby tylko do zmiany strategii, lecz może wręcz do odejścia na emeryturę?
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z 
- Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
- Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
- 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
Najniższa cena przed promocją 29,90 zł




















