Chciała być jak ona. Najpierw ufarbowała włosy na blond, potem wydrukowała fotki koleżanki z mediów społecznościowych i poszła z nimi do kliniki medycyny estetycznej. Lekarz uważnie obejrzał zdjęcia i przyjrzał się Agnieszce. A potem powiedział, że to niemożliwe, bo mają zupełnie inne rysy. Na pocieszenie zaproponował, że wymodeluje jej usta tak, by przypominały te ze zdjęcia.
– Chwyciłam się tych ust, jakby miały go przy mnie zatrzymać. Ale on nawet nie za bardzo zauważył, że są większe. Mijał mnie niemal bez słowa. Pomyślałam, że może jak zrobię sobie full face, coś się zmieni – wspomina Agnieszka, znajoma urzędniczka z Warszawy.
Tym razem poszła nie do kliniki, ale do salonu kosmetycznego. Kosmetolożka „dopompowała usta” i podała kwas hialuronowy, żeby wymodelować linię żuchwy. Niestety, preparat zaczął przemieszczać się w inne miejsca twarzy, więc Agnieszka wróciła do salonu, poddała się hialuronidazie (rozpuszczenie kwasu), ale jej stan nie za bardzo się poprawił.
Twarz zaczęła ją piec, a w okolicach nosa i ust pojawiły się czerwone ziarniaki. Zaniepokojona poszła do lekarza, ale nie miała żadnej dokumentacji, nie umiała podać ani nazwy produktu, ani dawek, jakie jej zaaplikowała kosmetolożka. Z ziarniakami sobie poradziła, ale efekty zabiegów były ostatecznie, co tu kryć, kiepskie.
W pogoni za ideałem
– Zabiegi z użyciem kwasu hialuronowego niosą ryzyko powikłań, które mogą zdarzyć się także lekarzom – wyjaśnia dr Andrzej Ignaciuk. – Jeśli jednak dojdzie do wstrząsu anafilaktycznego czy reakcji alergicznej, lekarz będzie umiał sobie z takimi sytuacjami poradzić. Kosmetyczka nie ma takich możliwości, dlatego nie rozumiem fenomenu, który dziś obserwuję.
Kobiety, zanim pójdą do ginekologa czy endokrynologa, dokładnie czytają opinie i szukają najlepszego specjalisty, a jeśli chodzi o zabiegi medycyny estetycznej, często wybierają osoby bez wykształcenia w tej dziedzinie – dodaje lekarz.
Andrzej Ignaciuk jest prekursorem w dziedzinie medycyny estetycznej w Polsce. Po studiach medycznych w Lublinie szkolił się we Włoszech, a gdy wrócił do kraju w 1993 r., założył sekcję Medycyny Estetycznej Polskiego Towarzystwa Lekarskiego. Przez wiele lat był też prezesem Polskiego Towarzystwa Medycyny Estetycznej i Anti-Aging. W 2002 r. stworzył trzyletnią Podyplomową Szkołę Medycyny Estetycznej, w której do dziś uczy studentów.
– Na polskiej ulicy widuję kobiety oszpecone przez zabiegi „medycyny estetycznej” i wtedy złość mnie bierze, że przez takich partaczy całe środowisko okrywa się złą sławą. Tymczasem ta dziedzina może realnie poprawiać jakość życia człowieka i sprawić, że wygląd będzie odzwierciedleniem dobrze funkcjonującego organizmu. U nas jednak zwycięża pogoń za uniformizacją. Wiele kobiet chce wyglądać tak samo: duże usta, spiczasta broda i wystające kości policzkowe. Nie rozumiem tego – przyznaje dr Ignaciuk.
Usta w weekend
– Potrzebujesz nowych, pełnych ust. Marszczysz czoło i masz wyraźne kurze łapki, więc koniecznie trzeba podać ci botoks. No i bez wolumetrii, czyli poprawy konturów twarzy, efekt odmłodzenia będzie połowiczny – Justyna, właścicielka salonu kosmetycznego w Lublinie, mówi z przekonaniem, ogląda mnie krytycznym okiem, a ja wprost kurczę się w fotelu pod jej spojrzeniem.

Do tej pory byłam przekonana, że przynajmniej usta mam ładne, ale Justyna mówi, że trzeba „podkręcić” je wypełniaczem. Jeśli poddam się wszystkim zabiegom, odmłodzą mnie rzekomo o 10 lat. Faust potrzebowałby do takiego zadania diabła, a mnie wystarczy kosmetyczka po kursie stosowania toksyny botulinowej i kwasu hialuronowego (niektóre z takich szkoleń trwają tylko trzy dni).
Justyna wylicza również, że za „nową twarz” zapłacę w jej gabinecie nie więcej niż 6 tys. zł, a zabiegi rozłoży na trzy miesiące. Kiedy wychodzę z gabinetu, na korytarzu czekają dwie młode dziewczyny. Z ich rozmowy wynika, że przyszły zrobić sobie usta, wspominają coś o studniówce.
Badam rynek dalej i okazuje się, że zabiegi upiększające mogę zrobić jeszcze taniej, tylko nie w salonie kosmetycznym, ale u Wioli, która nie chce wynajmować lokalu, więc przyjmuje kobiety w domu swoich rodziców na przedmieściach Lublina. W mediach społecznościowych reklamuje się hasłem: „Podaruj sobie nowe usta”.
Wiola mówi mi, że studiowała pedagogikę, ale na wiosnę przestała chodzić na zajęcia; w zamian wybrała kurs wypełniania ust. Zaznacza jednak, że cały czas doszkala się też przez internet, gdzie ogląda filmiki, np. jak się dobrze wkłuwać. Dzięki temu może mi zaproponować usta włoskie i paryskie, ale może mnie też „ostrzyknąć na płasko” i na baby doll.
Choć zabiegi opisane przez Justynę i Wiolę powinni wykonywać lekarze, którzy zdobyli w tej dziedzinie wykształcenie, w Polsce nie ma specjalnych przeszkód, by robiły to osoby po kilkudniowym kursie. Branża beauty rośnie w szybkim tempie wraz z bogaceniem się społeczeństwa, a obietnica zysków przyciąga osoby, które widzą w wykonywaniu zabiegów szansę na szybkie wzbogacenie się i stabilną pracę. Gra toczy się więc nie tylko o zdrowie pacjentów, ale też o ogromne pieniądze.
Czy „lex szarlatan” pomoże w walce z patologiami?
Mimo że 8 lipca 2023 r. weszło w życie rozporządzenie uznające, że zabiegi medycyny estetycznej stanowią świadczenie zdrowotne, a ich udzielanie wymaga uprawnień, to wciąż nie ma przepisów wykonawczych, które wskazywałyby jednoznacznie, kto może podawać kwas hialuronowy czy stymulatory tkankowe.
Być może sprawę rozwiąże „lex szarlatan”, czyli konsultowany od czerwca projekt nowelizacji ustawy o ochronie pacjentów, ale dopóki nie zostanie zatwierdzony, kosmetyczki i kosmetolodzy nic nie zmieniają w zakresie swoich usług. Nadal wstrzykują toksynę botulinową, podają kwas hialuronowy, a nawet wprowadzają pod skórę nici liftingujące.
– Lekarz rozumie procesy, które zachodzą w organizmie pacjenta. Wie, że przyjmowanie niektórych leków i przebyte choroby mogą wykluczać pewne zabiegi. Dlatego dopiero po zrobieniu wywiadu decyduje o przebiegu leczenia. Kiedy jednak ktoś decyduje się na inwazyjne procedury w gabinecie kosmetycznym, z pacjenta staje się tylko klientem. Wygląda to tak, jakby wybrał się w podróż samolotem, ale zamiast wyspecjalizowanego pilota maszynę prowadził człowiek po kursie na szybowcach – uważa dr Ignaciuk.
Raport „Etyka i przyszłość medycyny estetycznej” z 2023 r. pokazuje, że zabiegi poprawiające urodę stały się niezwykle popularne i przestały być postrzegane jako usługi dostępne tylko dla celebrytów i ludzi zamożnych; rocznie poddaje się im w Polsce ok. 600 tys. osób, w zdecydowanej większości kobiet.
Wiedzę na ten temat czerpią najczęściej z portali internetowych (57 proc.), od kosmetyczek i kosmetolożek (również 57 proc.), rzadziej od lekarzy (42 proc.). Choć 98 proc. ankietowanych przyznało, że do wykonania zabiegów potrzebne są odpowiednie kwalifikacje, tylko 30 proc. z nich poddało się zabiegowi w gabinecie lekarskim.
– Wcale się temu nie dziwię, że kobiety wybierają kosmetyczki. U nas jest taniej, a mamy często większe doświadczenie niż lekarze. Ja już pięć lat działam na rynku i nigdy nie miałam wpadki. A jak kiedyś dziewczyna spuchła po wypełniaczu, rozpuściłyśmy go hialuronidazą i nie było śladu – zapewnia Justyna z gabinetu kosmetycznego w Lublinie.
I podkreśla, że na uniwersytecie medycznym skończyła studia z kosmetologii, więc nikt jej nie może zarzucić naskórkowego wykształcenia z weekendowych kursów. Kiedy jednak pytam, czy zgodzi się wystąpić w artykule pod nazwiskiem, stanowczo odmawia, bo mi nie ufa. Uważa, że na branżę beauty zaczęła się w mediach nagonka. Nie poda mi więc, skąd bierze toksynę botulinową, która jest na receptę, i gdzie kupuje kwas hialuronowy.
Uroda z mediów społecznościowych
– Mam nadzieję, że nie na AliExpress, choć i to jest możliwe – uważa Iwona Dembicka, lekarka stomatolożka, która w 2017 r. po studiach podyplomowych otworzyła gabinet medycyny estetycznej w Zamościu.
– Na rynku jest bardzo wiele preparatów z toksyną botulinową, każdy z nich inaczej się rozcieńcza i podaje. Kiedy zamawiam taki preparat w hurtowni internetowej, proszą mnie o numer prawa wykonywania zawodu. Nie korzystam z szemranych dostawców, bo wiem, że muszę mieć absolutną pewność, co podaję pacjentce. Kiedyś przyszła do mnie kobieta i poprosiła, bym wstrzyknęła jej to, co kupiła w sieci, ale nie chciałam o tym słyszeć – wyjaśnia Dembicka.
Lekarka podkreśla, że na przestrzeni ostatnich lat zabiegi medycyny estetycznej stały się dostępne także dla osób średniozamożnych, stąd do jej gabinetu przychodzą zarówno właścicielki lokalnych biznesów, jak też urzędniczki czy nauczycielki.
Czasem trafiają się też kobiety, które szukają pomocy po nieudanych zabiegach u kosmetyczek, widuje więc twarze zniekształcone przez wypełniacze lub zmienione przez reakcję alergiczną. Przychodzą również pacjentki, które zatraciły się w zabiegach i nie potrafią powiedzieć „stop”. Pragną jeszcze bardziej „dopompować usta”, choć na pierwszy rzut oka widać, że ich twarz zatraciła proporcje.
Dembicka wtedy odmawia, bo lekarz nie jest od spełniania absurdalnych życzeń i nie może działać na szkodę pacjenta.
– Powiększanie ust to najpopularniejszy zabieg, także wśród bardzo młodych kobiet. Czasem dziewczyna przychodzi z mamą, która obiecała jej taki prezent na osiemnaste urodziny. Nie zastanawiają się, czy wypełnianie ust w tak młodym wieku nie odbije się na późniejszym wyglądzie kobiety. Śluzówka przecież z wiekiem wiotczeje, a w tym wypadku jest dodatkowo nadwyrężana nadmiernym ciężarem – ostrzega lekarka.
Raport „Polska za filtrem 2025” ukazuje, jak silna jest presja wzorców kreowanych przez modę i internetowych influencerów.
Aż 66,7 proc. badanych przyznało, że decyzję o zabiegu podjęło pod wpływem mediów społecznościowych, a 50 proc. poprzez zabieg chciało się upodobnić do celebrytów i społecznościowych idoli.
Czasem pogoń za „ideałem” prowadzi do „snapchatowej dysmorfii”, czyli poczucia stałego niezadowolenia z własnego wyglądu, wyolbrzymiania drobnych defektów i ciągłych prób uzyskania „wyretuszowanego” wyglądu.
Poprawiła usta, żeby dostać pracę
– Wciąż żyjemy w czasach zdominowanych przez neoliberalizm. Perfekcyjny wygląd, nazywany kapitałem piękna, ma warunkować sukces zawodowy człowieka. Poprawiamy urodę, dyscyplinujemy ciało, a więc dbamy o to, „by stworzyć najlepszą wersję samych siebie”. Jeśli ktoś nie staje się „estetycznym przedsiębiorcą”, ignoruje kulturowe wymagania dotyczące wyglądu, może czuć się niepełnowartościowy i wyobcowany. Z kolei akceptując je, potwierdza narzucone standardy piękna. Dotyczy to głównie kobiet – wyjaśnia prof. Mariola Bieńko z Instytutu Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego.
– Podczas badań z przedstawicielami branży beauty poznałam historię dziewczyny, która skorzystała z zabiegów medycyny estetycznej, żeby zatrudnić się w amerykańskiej firmie. Tak mocno wierzyła w moc chirurgicznej metamorfozy, że mniejsze znaczenie miały w jej ocenie ograniczona znajomość języka angielskiego czy też brak wiedzy na temat obsługi potrzebnych jej programów komputerowych – przytacza ekspertka.
Kultura konsumpcyjna generuje w nas przekonanie, że musimy się zmienić i dopasować do obowiązującego modelu piękna, który ma być kapitałem na rynku pracy bądź na rynku matrymonialnym. Mają w tym swój udział również niektórzy lekarze, wykorzystujący media społecznościowe do budowania marki. Siadają przed kamerą idealnie wystylizowani, na tle pięknego wnętrza i pod pretekstem edukowania społeczeństwa opowiadają o zabiegach.
Dają nam często do zrozumienia, że dla lepszego życia powinniśmy poprawiać swe niedoskonałości. W ich wypowiedziach ciało jest „utowarowione”, a człowiek ma obowiązek je modelować i zmieniać. W takim świecie „nie wypada” się zestarzeć, lepiej już zaprzeczać własnej biologii.
Z rozmów, jakie prof. Bieńko prowadziła z lekarzami i lekarkami medycyny estetycznej, wynika, że jeszcze niedawno zgłaszały się do ich gabinetów dziewczyny z fotografiami gwiazd filmowych i prosiły o zrobienie takich samych ust. Dziś pacjentki przynoszą coraz częściej własne zdjęcia, „przepuszczone” przez filtry TikToka lub Instagrama – chcą być tak piękne, jak ich perfekcyjna wersja na ekranie smartfona.
Pokazuje to, jak wiele osób ma problemy osobowościowe, wynikające z głębokiej nieakceptacji siebie. Jednak ten lęk przed brzydotą nie przynosi satysfakcji, zwłaszcza „hiperestetycznym pacjentkom”, które kompulsywnie koncentrują się na wyimaginowanych defektach urody. Dlatego w renomowanych klinikach medycyny estetycznej można znaleźć również wizytówki psychoterapeutów, którzy mogą odnaleźć prawdziwe źródło problemów z samoakceptacją i zaradzić im bez często kontrproduktywnego zmieniania wyglądu.
Niepokojące statystyki i prawdziwa cena „piękna”
– Sfera publiczna jest na tyle wyestetyzowana i na tyle tworzy presję, by wpisywać się w obowiązujący kanon, że w zachodniej socjologii używa się już nawet pojęcia „faszyzm cielesny”. W przeszłości dziewczyny przeglądały się głównie w męskim spojrzeniu i to je inspirowało do poprawiania urody.
Dziś weryfikują swoją atrakcyjność fizyczną raczej w spojrzeniach i komentarzach kobiet spotykanych w sferze prywatnej, publicznej oraz w mediach społecznościowych. Tam zaś coraz mocniej obecne jest zjawisko body policing, odzwierciedlające nacisk społeczny lub wręcz przymus wywierany na jednostki, aby ich ciała spełniały określone normy estetyczne – twierdzi prof. Mariola Bieńko.
W efekcie ciągłej presji zabiegom poddają się coraz młodsze osoby (np. po to, by nie stać się ofiarą tzw. bodyshamingu). Raport „Polska za filtrem 2025” pokazuje, że wśród badanych, w grupie osób od 18. do 24. roku życia, aż 17 proc. miało wykonany zabieg medycyny estetycznej, a 30 proc. rozważało poddanie się takiej procedurze.
– Badania fokusowe, które przeprowadzałam wśród studentów w wieku 21-24 lata, pokazały, że młode kobiety i mężczyźni orientują się doskonale we współczesnym „przemyśle piękna”, rozpoznają 20 najbardziej popularnych zabiegów medycyny estetycznej i chirurgii plastycznej – podkreśla prof. Bieńko. – Bez problemu potrafią je nazwać i opisać, bo wiedza na ich temat jest powszechnie dostępna.
Niestety, rzadziej mówi się o fizycznym bólu, który towarzyszy wielu inwazyjnym procedurom, ale też o wysokich kosztach. Niektóre pacjentki zaciągają kredyty lub biorą „chwilówki” na kosztowne zabiegi upiększające, bowiem te dla utrzymania efektów trzeba systematycznie powtarzać. Zostają wiernymi klientkami przemysłu kosmetycznego i stałymi, kompulsywnymi poszukiwaczkami ideału, który wciąż im ucieka.
Wspomniana na początku Agnieszka i tak rozstała się z partnerem. Nie w wyglądzie tkwił problem. Wygasłych uczuć nie da się przywrócić żadnym kształtem ust.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















