Więcej niż wynik. Czy da się głosić wiarę na boisku?

Małgorzata Jacko, prezes Parafialnego Klubu Sportowego Jadwiga w Krakowie: To nielogiczne, że każdy miałby być najlepszy, najszybszy, najskuteczniejszy. To postawienie świata na głowie. Ilu może być Lewandowskich?
Czyta się kilka minut
Obóz piłkarski w Kamienicy PKS Jadwiga, 5 lipca 2025 r. // PKS Jadwiga
Obóz piłkarski w Kamienicy PKS Jadwiga, 5 lipca 2025 r. // PKS Jadwiga

Maciej Müller: Czy da się ewangelizować podczas gry w piłkę?

Małgorzata Jacko: Da się, ale nie wprost. Na boisku nie ma miejsca na kaznodziejstwo. Ksiądz Jan Bosco, założyciel zgromadzenia salezjanów, zauważył, że gra w piłkę odciąga od zła chłopaków, którymi opiekował się w parafii w Turynie. Lubił mawiać: „boisko żywe, diabeł martwy, boisko martwe, diabeł żywy”.

To byli chłopcy z ulicy, z biednych rodzin, którzy kradli i dokonywali innych przestępstw, żeby przeżyć. Nigdy by nie przyszli do kościoła, ale zagrać w piłkę – to co innego. Oczywiście samo boisko nie dokona cudów, potrzebna jest obecność dobrego wychowawcy. Ksiądz Bosco grał z nimi i przy tej okazji ich wychowywał. Sport był dla niego narzędziem.

Jak to robił?

Na przykład podczas treningu kogoś zaczepiał i pytał, czy był do spowiedzi. I taki chłopak mógł pójść do konfesjonału po prostu z sympatii do księdza. Pedagogika księdza Bosco polegała na budowaniu dobrej relacji. Nie dasz rady nikogo wychować, ewangelizować, nawrócić, zmienić, jeżeli go nie poznasz i się z nim nie zaprzyjaźnisz.

Od trzydziestu lat pracuję na uczelni i zauważyłam, że nigdy nie miałam problemów w relacjach ze studentami. Bo ja ich po prostu z założenia lubię. A ostatnio byłam wychowawczynią na półkoloniach dla dzieci. Opiekowałam się grupą dwunastu chłopaków, którzy mieli etykietkę „niegrzecznych”. I też nie miałam z nimi żadnego problemu. Wyczuli, że ich lubię, szanuję, nie oceniam. Siadaliśmy w kole i każdy opowiadał, jakie ma w domu zwierzątko, jakich lubi piłkarzy, kluby, kolory. Dzieci mają masę rzeczy do opowiedzenia. Poznajemy się, tworzy się zaufanie, powoli można wprowadzać wątki wychowawcze czy ewangelizacyjne.

A w klubie sportowym?

Często powtarzam trenerom, że muszą poznać dzieci, wiedzieć, jakie mają kłopoty, radości, jak jest u nich w domu. Dopiero wtedy będą mogli im towarzyszyć. W statucie mamy zapis, że jako cel stawiamy sobie wychowanie poprzez sport w duchu etyki katolickiej.

Co w praktyce z tego wynika?

Z założenia nadrzędnym celem nie jest wynik. We Włoszech w turniejach chłopców w ogóle nie ma miejsc: drużyny grają i nie wiedzą, kto wygrywa. Tymczasem w Polsce wszystko jest uzależnione od wyniku: dofinansowanie, prestiż, nagrody. Więc od szczebla podstawowego po kadrę narodową najważniejsze są tabele, wyniki, pozycje w ligach.

Czasem mojego podejścia nie rozumieją trenerzy: nieraz się złoszczą, że nie interesuje mnie specjalnie, jakie miejsce zajęły ich drużyny, że wygrały z Wisłą albo zremisowały z Cracovią. A ja uważam, że największym sukcesem jest to, kiedy nasi absolwenci idą na studia, zostają lekarzami, inżynierami, prawnikami i przez całe życie czerpią z tego, co tutaj otrzymali. Że pomogliśmy im w tym, by stali się ludźmi kompletnymi. Są i tacy, którzy rozpoczynają profesjonalną karierę sportową i grają w klubach w Polsce czy Holandii. Niemniej w klubie nie skupiamy się na zdobywaniu pucharów.

Jak dobiera Pani trenerów?

Żeby u nas pracować, nie wystarczy umieć korzystać z gwizdka. Najlepsi są studenci Akademii Kultury Fizycznej, którzy np. przeszli formację jakiejś grupy: oazy, wspólnoty lektorów, duszpasterstwa akademickiego, Odnowy w Duchu Świętym, Ruchu Focolari i innych. Trener musi interesować się nie tylko grą, ale przede wszystkim podopiecznymi. Niektórzy żyją życiem tych dzieciaków, wiedzą o nich wszystko; bywa, że dziecko mówi więcej trenerowi niż rodzicom. Oczywiście nie zawsze na treningach są warunki do dłuższych rozmów – od tego są wspólne wyjazdy, półkolonie, obozy.

Dzieci nie siedzą w smartfonach podczas takich wyjazdów?

Dzisiaj widzę sukces w tym, że ktoś odłoży na dwie godziny komórkę i przyjdzie pograć w piłkę. Ostatnio mieliśmy ósmoklasistę, który potrzebował zgromadzić jako wolontariusz dodatkowe punkty do rekrutacji do szkoły średniej. Pomagał podczas półkolonii. Jak każdy nastolatek miał różne problemy. I nagle musiał codziennie, od dziewiątej do szesnastej, bez dostępu do komórki, zajmować się dziećmi. To była terapia szokowa. Później pytał, czy może zostać na następny tydzień. Wyszedł ze swojej strefy komfortu i odkrył, że można żyć inaczej – w grupie, z innymi, dla innych, nawet jeśli to nie są rówieśnicy, tylko młodsze dzieci.

Często to tak wygląda, że rodzic zmusza dziecko: nie siedź przed ekranem, idź na trening. A ono potem odkrywa, że na boisku dzieje się coś ciekawego, jest grupa, jest życie, są emocje.

Dużo jest elementów religijnych podczas treningów?

Trzy razy w roku w kościele św. Jadwigi, w sali teatralnej, mamy spotkania: na rozpoczęcie, z okazji świętego Mikołaja i na zakończenie. Raz na miesiąc, jeśli to możliwe, jest msza święta. Przed grą robimy znak krzyża, na początku turnieju wspólnie się modlimy. Na półkoloniach wprowadziłam modlitwę przed jedzeniem.

Trenerzy wiedzą, że muszą poruszać aspekty gry fair play, koleżeństwa, wzajemnej pomocy. W każdej drużynie jeden z zawodników zostaje nominowany do statuetki „Nasi Najlepsi”, wręczanej na koniec roku. Nie chodzi o wyróżnienie najskuteczniejszych napastników czy obrońców, ale dzieci najbardziej koleżeńskich, sumiennych, zdyscyplinowanych. Starożytni Grecy mówili o kimś takim kalos kagathos: piękny i dobry – chodziło o połączenie w jednym człowieku ideałów piękna ciała, charakteru i ducha.

Jakie konkretne wartości wynikające z chrześcijaństwa można przekazać podczas gry w piłkę?

Wiadomo, że sport kształtuje charakter. Musisz wstać, przyjść, i to punktualnie, czy leje, czy wieje. Ale najważniejsza jest złota reguła: „nie rób drugiemu, co tobie niemiłe”. Albo, mówiąc bardziej ewangelicznie: „czyńcie tak, jakbyście chcieli, żeby wam inni czynili”. Złota reguła znajduje się właściwie w każdej religii, przyjmują ją także ludzie niewierzący. Na boisku ona oznacza: bądź dobry dla kolegi, solidarny wobec drużyny, graj uczciwie. Zasada fair play odnosi się zresztą do biblijnego nauczania o prawdzie i kłamstwie: nie mów fałszywego świadectwa. W sporcie zawodowym kłamstwo polega np. na stosowaniu dopingu.

A takie kwestie jak „faul taktyczny”?

W początkach działalności klubu przystąpiliśmy do rozgrywek organizowanych przez Małopolski Związek Piłki Nożnej. Powtarzałam trenerom: grajcie fair, żadnych faulów. Tymczasem jeden z piłkarzy drużyny przeciwnej zrobił naszemu bramkarzowi „nakładkę” i złamał mu nogę – była czerwona kartka, przyjechała karetka, dramat. Chłopaki przeżyli szok, że tak w ogóle można postąpić podczas gry. Potem trener powiedział mi: słuchaj, ja nie mogę tak dalej prowadzić drużyny. Muszę z nimi ćwiczyć tak, żeby potrafili się obronić. Tak więc dzieci podczas treningów są przygotowywane na to, że po drugiej stronie walka może być nie fair; są gotowe na ostrą grę kontaktową. Niemniej w naszym programie wychowawczym nie mieści się uczenie nieczystej gry i nie ćwiczy się faulów taktycznych.

Kolejna ważna rzecz, na którą zwracamy uwagę w klubie, to kultura przegranej. Żeby nie było przekonania, że jedynie ten, kto wygrywa, kto zbiera w sporcie medale, a w szkole szóstki, jest „kimś”.

Tylko że św. Paweł pisze w słynnym fragmencie Listu do Koryntian: „Czyż nie wiecie, że zawodnicy na stadionie wszyscy biegną, a tylko jeden zdobywa nagrodę? Tak biegnijcie, abyście ją zdobyli”.

Tak, ale istotne jest, za co się dostaje tę nagrodę. Może ona czeka nie tylko na tego pierwszego, ale na wszystkich, którzy ukończą bieg? W innym miejscu św. Paweł pisze: „bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem”. Ukończyłem – czyli starałem się, nie byłem bierny, poczyniłem wysiłek. Wracając do kultury przegranej, brakuje refleksji pedagogicznej na ten temat. A to przecież takie ważne, bo w wielu sytuacjach w życiu ktoś przegrywa. Tak jest w sporcie: choć np. sędziując podczas półkolonii, starałam się kończyć mecze na remisach, żeby pokazać dzieciom, że najważniejsza jest frajda z gry, a nie zwycięstwo.

Ale to wyjątek. Pytanie więc brzmi: czy jeśli przegrasz, potrafisz przekuć to na pozytyw? Zastanowić się, dlaczego doszło do przegranej, wziąć za to odpowiedzialność? Kiedy Iga Świątek przegra, nie zrzuca winy na wrzaski kibiców albo dziennikarzy, którzy oślepiali zawodników błyskami fleszy, tylko uznaje wyższość przeciwniczki. Przyjmuje, że to nie był jej dzień. To jedna strona medalu, druga to: jak zachować się wobec przeciwnika, który przegrał.

Jak?

Nie szydzić z niego, tylko potraktować z szacunkiem. Nasza klubowa drużyna grała kiedyś z młodzieżą ze Szwajcarii, która przygotowywała się w Polsce do bierzmowania. To byli amatorzy i „nasi” łatwo zwyciężyli – i jakże byli zdziwieni, kiedy Szwajcarzy dziękowali im za grę i obdarowali wielkimi czekoladami. Tłumaczyłam: widzicie, dla nich najważniejsze było spotkanie z wami, wspólna gra, dobra zabawa.

Następnego dnia grali mecz z pewną dość słabą drużyną, więc pociągnęłam temat: pewnie jutro wygracie. Pomyślcie wtedy, jak czują się ci, którzy przegrywają, jak chcieliby być potraktowani przez zwycięską drużynę. Czy fajniej jest wyśmiać przeciwnika, czy go obdarować, tak jak to zrobili Szwajcarzy? Proszę sobie wyobrazić, że oni wygrali i rozdali tamtym zawodnikom te szwajcarskie czekolady.

Było zaskoczenie?

Tak. Ale było dlatego, że w naszej kulturze kto przegrywa, ten jest nieudacznikiem, nikim. Przegrywem. Warto pracować nad zmianą tego podejścia. Tak, żeby porażka nie zniechęcała do dalszych starań, do pracy nad sobą.

Poza tym to nielogiczne, że każdy miałby być najlepszy, najszybszy, najskuteczniejszy. To postawienie świata na głowie. Ilu może być Lewandowskich? Nie jesteśmy sportową potęgą, niewielu mamy topowych sportowców – może także dlatego, że brakuje „kultury przegranej” i wielu dobrych zawodników po drodze się wykruszyło?

Nie warto myśleć o sporcie w kategoriach wyłącznie zawodowych. Dlatego uważam, że dofinansowanie powinno być przede wszystkim nie dla zespołu odnoszącego zwycięstwa, ale po prostu dla grupy dzieciaków grających w piłkę. Nie jest ważne, czy trening poszedł „dobrze”, czy byłeś przy piłce 50 razy i strzeliłeś dziesięć bramek. Ważne, czy była zabawa. Sport ma przynosić radość.

Dr MAŁGORZATA JACKO jest prezesem Parafialnego Klubu Sportowego Jadwiga w Krakowie. Wykłada na Akademii Kultury Fizycznej, zajmuje się m.in. historią katolickich stowarzyszeń sportowych. Klub powstał w 1992 r. z inicjatywy księży Antoniego Bednarza i Jana Dziaska (proboszcza), ze wsparciem m.in. bp. Tadeusza Pieronka. Duchowni wzorowali się na włoskiej organizacji sportowej Centro Sportivo Italiano, tworzącej ośrodki sportowe przy parafiach.


Papież, siłownia i Trójca Święta

„Jego ciało ma doskonały stosunek masy mięśniowej, kostnej i tłuszczowej” – tak scharakteryzował Leona XIV Valerio Masella, 26-letni trener z siłowni znajdującej się w pobliżu Watykanu. Przyszły papież ćwiczył w niej nawet kilka razy w tygodniu, od kiedy zamieszkał w Watykanie w 2023 r. – pod kierunkiem Maselli. Przychodził po cywilnemu, jako „Robert”, pracownicy ośrodka sądzili, że jest wykładowcą akademickim. Dopiero kiedy ich klient wyszedł na balkon bazyliki św. Piotra w białych szatach, zorientowali się, kto u nich tak dbał o tężyznę fizyczną. Masella zdradził, że plan treningów Roberta Prevosta „bardziej pasował do mężczyzn w wieku 50-55 lat” (papież ma obecnie 69), skupiał się na układzie krążenia i postawie.

Papież jest wielbicielem sportu, nie tylko go ogląda, ale i uprawia; w maju głośno było o jego spotkaniu z czołowym tenisistą Jannikiem Sinnerem. W połowie czerwca poprowadził w Watykanie Jubileusz Sportu (uczestniczyli w nim członkowie PKS Jadwiga z Krakowa). 

W homilii Leon XIV powiedział, że skojarzenie Trójcy Świętej i sportu nie jest oczywiste, ale „nie jest też nie na miejscu. Każda dobra działalność człowieka niesie bowiem w sobie odzwierciedlenie piękna Boga, a sport z pewnością należy do takich działań. Bóg nie jest statyczny, jest komunią, żywą relacją pomiędzy Ojcem, Synem i Duchem Świętym, która otwiera się na ludzkość i świat. Teologia nazywa tę rzeczywistość perychorezą, czyli »tańcem«: tańcem wzajemnej miłości”.

Według papieża w społeczeństwie naznaczonym samotnością, indywidualizmem i lekceważeniem drugiego człowieka sport „uczy wartości współpracy, podążania razem, dzielenia się, które leży w samym centrum życia Boga”.

MaM

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 31/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Więcej niż wynik