Boso, w dresie i skandalicznych szpilkach. Artystki, które rozsadzają koncertową etykietę

W sali koncertowej wciąż jesteśmy oceniane nie tylko w kategoriach rzemiosła muzycznego, ale też stosowności ubioru, fryzury i zachowania na estradzie.
Czyta się kilka minut
Barbara Hannigan na Praskiej Wiośnie wystąpiła jako śpiewaczka i dyrygentka, „Voix humaine” // Fot. Michal Fanta / Praska Wiosna
Barbara Hannigan na Praskiej Wiośnie wystąpiła jako śpiewaczka i dyrygentka, „Voix humaine” // Fot. Michal Fanta / Praska Wiosna

O Barbarze Hannigan recenzenci piszą, że w dziedzinie śpiewu solowego nie ma ograniczeń technicznych, jakich nie byłaby w stanie pokonać, a jako dyrygentka wkracza w rejony niedostępne dla większości jej kolegów po fachu. Kilka lat temu, przed koncertem w Krakowie, interpretacje Patricii Kopatchinskiej anonsowano jako przyprawiające purystów o ból głowy, nie omieszkując zaznaczyć, że skrzypaczka „daje czadu na bosaka”. 

Konserwatywni wielbiciele filharmonicznej klasyki omijają występy obu artystek szerokim łukiem, nie tylko ze względu na ich predylekcję do twórczości współczesnej, lecz i z przekonania, że swoimi ekstrawagancjami naruszają koncertową etykietę. No bo jakże traktować poważnie solistkę, która nie dość, że gra „Koncert skrzypcowy” Czajkowskiego boso, to jeszcze tupie? 

Jak zareagować na wielkie wejście Komendantki Gepopo z „Mysteries of the Macabre” Ligetiego na estradę Barbican, skoro ma włosy związane kokardką w kucyki, minispódniczkę w kratkę i lakierowane szpilki, a na dodatek żuje gumę, którą za chwilę wyciągnie z ust, ugniecie w kulkę i wciśnie w dłoń sir Simona Rattle’a? I dopiero wtedy zacznie śpiewać, a do tego sama dyrygować zespołem London Symphony Orchestra? 

Co w sali koncertowej wolno kobietom?

A przecież ani w jednym, ani w drugim przypadku nie mamy do czynienia z efekciarskim wygłupem, lecz z głęboko przemyślaną kreacją artystyczną. Owszem, często kontrowersyjną, wdzierającą się jednak szturmem w świat wąsko myślących zwolenników rzekomej tradycji. I zarazem przełamującą stereotypy tego, co w sali koncertowej wolno kobietom, ocenianym przez niektórych krytyków nie tylko w kategoriach rzemiosła muzycznego, ale też stosowności ubioru, fryzury i zachowania na estradzie. 

Wciąż nie brak poważnych z pozoru melomanów, którzy stoją na stanowisku, że kobiet nie należy w ogóle dopuszczać do pulpitu dyrygenckiego. Nie brak też reprezentantów środowisk muzycznych, którzy każdą solistkę, bez względu na wiek i warunki fizyczne, ubraliby w suknię z lamy i upięli jej włosy w schludny koczek.

Miałam prawdziwe szczęście, że w napiętym terminarzu majowym udało mi się uwzględnić dwa wieczory Praskiej Wiosny z udziałem artystek, których charyzma i umiejętność zjednywania publiczności do muzyki trudnej i mniej znanej zaowocowały zaproszeniami do Pragi w charakterze rezydentek festiwalu. 

Kopatchinskaja była gościem Pražskégo jara w ubiegłym roku – w tym sezonie powróciła na koncert Filharmoników Czeskich pod batutą ich przyszłego szefa Jakuba Hrůšy, który tymczasem kieruje orkiestrą Bamberger Symphoniker i pełni funkcję dyrektora muzycznego Royal Opera House w Londynie. 

Hannigan jako tegoroczna artist-in-residence wystąpiła ogółem na czterech koncertach: z francuskim pianistą Bertrandem Chamayou; z Belcea Quartet; oraz dwukrotnie – jako śpiewaczka i dyrygentka – z zespołem Českiej Filharmonie. Poprowadziła też warsztat dla studentów śpiewu. 

Kopatchinskaja: uczyłam się muzyki od deszczu, słońca i wiatru

Ani Kopatchinskiej, ani Hannigan bywalcom Praskiej Wiosny prezentować nie trzeba. Jeśli trzeba którąkolwiek z nich przedstawić polskim melomanom, zacznę od tego, że obie są kobietami w kwiecie wieku i u szczytu artystycznej kariery. 

Kopatchinskaja dobiega właśnie pięćdziesiątki. Przyszła na świat w radzieckim Kiszyniowie (dziś stolicy Mołdawii), w rodzinie muzyków, którzy wraz z córką wyemigrowali do Wiednia, gdzie młodziutka Patricia odebrała najbardziej formatywne wykształcenie, kontynuowane później w Szwajcarii. 

Pytana o pierwszych przewodników po świecie dźwięków, lubi odpowiadać prowokacyjnie. Że w dzieciństwie uczyła się muzyki od deszczu, słońca i wiatru. Że sztukę frazowania opanowała, wsłuchując się w ludzką mowę, a podstawy improwizacji – obserwując grę cieni w rozświetlonych płomieniami świec cerkwiach mołdawskich. 

Czasem wspomina też babcię podśpiewującą w rytm ściegu starej maszyny do szycia, trzask palącego się drewna i turkot kruszących asfalt młotów pneumatycznych. Czuje się przede wszystkim opowiadaczką muzycznych historii, które nie zawsze muszą być piękne. Czasem muszą też boleć, niepokoić, wzbudzać wstręt i odrazę.

Kopatchinskaja nie wierzy w muzykę absolutną. Dążenie do perfekcji kosztem zawartych w utworach treści porównuje z uprawą idealnych pomidorów na rynek masowy: krągłych i rumianych, ale pozbawionych aromatu. 

Sama lubi przebierać w odmianach i smakach. Występuje jako solistka i kameralistka, para się wykonawstwem historycznym, prowadzi zespoły na koncertach, komponuje sama i z zapałem promuje utwory innych kompozytorów współczesnych, aranżuje dzieła dawnych mistrzów. Czasem lubi sobie pogadać ze skrzypcami, na przykład w opracowanej przez siebie kadencji do „Koncertu” Ligetiego. I rzeczywiście gra boso, bo w trakcie gry chce mieć kontakt z ziemią, nie z wyimaginowanym niebem nieskazitelnego technicznie wykonania. 

Patricia Kopatchinskaja i dyrygent Jakub Hrůša, koncert z Filharmonikami Czeskimi // Fot. Petra Hajská / Praska Wiosna

Jednym słowem: wariatka. I tak ją odbiera część publiczności, z osłupieniem śledząc jej żywą mimikę i dziwny, jakby pierwotny taniec, w jaki wdaje się z własnym instrumentem. Niektórzy lamentują, że w Beethovenie i Czajkowskim nie da się jej słuchać. 

Od interpretacji szorstkiej, chłopskiej z ducha II Rapsodii Béli Bartóka na koncercie w Pradze – granej często brudnym, agresywnym, a mimo to bez reszty przekonującym dźwiękiem, nie sposób było uszu oderwać. Podobnie jak od „Koncertu skrzypcowego” Luboša Fišera, kompozycji niezwykle skondensowanej, opartej na wyraziście ukształtowanym materiale tematycznym i nagłych zderzeniach kontrastów. 

Do sukcesu Kopatchinskiej walnie przyczynił się także Jakub Hrůša: doborem programu, uzupełnionego suitami z opery „Osud” Leoša Janáčka i z baletu „Cudowny mandaryn” Bartóka, ale też sposobem prowadzenia Czeskich Filharmoników: różnobarwnie i przejrzyście, jakby miał do czynienia z ogromnym zespołem solistów, grających równie organicznie jak bosonoga skrzypaczka. 

W czym kryje się sekret głosu Hannigan

Barbara Hannigan pięćdziesiątkę już przekroczyła, w co doprawdy trudno uwierzyć, obserwując ją na estradzie i słuchając jej wciąż świeżego sopranu. Po raz pierwszy zetknęłam się z tą artystką blisko ćwierć wieku temu, w napisanej specjalnie dla niej operze multimedialnej „One” Michela van der Aa.

W Polsce przez chwilę było o niej głośno po premierze „Lulu” Albana Berga w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego w brukselskiej La Monnaie. Od tamtej pory kariera Hannigan potoczyła się tak burzliwie i w tylu kierunkach, że pozostaje nam tylko zazdrościć zagranicznym melomanom, którzy w przeciwieństwie do nas mogą śledzić ją na bieżąco. 

Początki swej edukacji muzycznej Hannigan wspomina z równą czułością jak Kopatchinskaja: dzieciństwo na kanadyjskiej wsi, wspólne śpiewanie z matką i rodzeństwem w samochodzie, coroczne wakacje na obozach chóralnych

Być może dlatego tak wcześnie pojęła, że głos nie rodzi się w krtani, lecz w całym ciele, że na jakość śpiewu wpływa nie tylko napięcie mięśniowe, ale też umiejętność kontrolowania oddechu, rozwijania koordynacji ruchów i zmysłu równowagi. Przede wszystkim jednak odkryła, że śpiew nie może wynikać z presji, tylko z potrzeby wewnętrznej. A tę można realizować również w milczeniu, wyobrażając sobie nierozkwitłe jeszcze melodie i nieopanowane w pełni techniki wokalne. 

W tym zapewne kryje się sekret świeżości jej głosu. Tą drogą można dojść do sedna jej sukcesu w dyrygenckim fachu. Hannigan nie zgadza się z opinią, że kobieta na estradzie musi się pilnować, że pewne gesty przystoją tylko mężczyźnie. Nie zależy jej na tym, żeby ładnie wypaść przed publicznością. Jedyne, co leży jej na sercu, to pomóc słuchaczom wniknąć w sens utworu.

Tak było na recitalu z udziałem Bertranda Chamayou, pianisty równie muzykalnego i wyczulonego na kulturę dźwięku jak ona sama. To dzięki ich idealnej współpracy zrozumieliśmy, skąd tyle światła i ojcowskiej dumy w „Chants de Terre et de Ciel” Oliviera Messiaena, a w cyklu „Jumalattaret” do fragmentów z „Kalevali” – tyle odcieni żeńskiej boskości. Wyśpiewanej, wykrzyczanej, wyćwierkanej i wyrechotanej głosami wymyślonymi przez Johna Zorna, których Hannigan wcześniej w sobie nie miała, które musiała dopiero w sobie stworzyć. 

Potrzeba nam więcej takich czarownic i kapłanek. Niech opowiadają swoje historie: muzyką bliższą naszym sercom niż ktokolwiek mógł przypuszczać. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 23/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Beethoven boso