Maja Chwalińska nie wygrała wielkoszlemowego Roland Garros 2026, ale dla polskich kibiców jest zwyciężczynią – piszę to zdanie z pełnym przekonaniem i z wciąż drżącym kibicowskim sercem. Zapisała się w historii polskiego sportu i kobiecego tenisa: jest najniżej notowaną tenisistką w finale Rolanda Garrosa od czasów, kiedy w ogóle wprowadzono rankingi; pierwszą kwalifikantką, która dotarła do finału tego turnieju (a drugą w całej historii damskich rozgrywek).
Jest od dziś czwartą Polką, która zagrała w finale Wielkiego Szlema: obok Igi Świątek (z którą wspólnie szły przez karierę juniorską), Agnieszki Radwańskiej i Jadwigi Jędrzejowskiej. Gdy wchodziła na swój mecz finałowy, wciąż była tenisistką notowaną na miejscu 114 w rankingu WTA. Dzień po finale będzie 21. tenisistką na świecie.
W turnieju Roland Garros Chwalińska startowała od kwalifikacji. Przez trzy tygodnie w Paryżu na korcie spędziła ponad piętnaście godzin, rozegrała dziesięć spotkań: dziewięć wygrała w doskonałym stylu, rozkochując świat w swoim tenisie i w sobie. W finale rywalka, Mirra Andriejewa, rozpędzona w tym sezonie niespełna dwudziestoletnia Rosjanka, ósma zawodniczka świata, była od niej silniejsza i lepsza.
Ale Maja Chwalińska nie została pokochana tylko za osiągnięcia czy samą grę. Jej historię kibice i media na całym świecie opowiadają sobie jak piękną baśń.
Historia Mai Chwalińskiej: tenisowe początki
Wychowuje się w Dąbrowie Górniczej. Jest mała i drobna; często słyszy, że nie nadaje się do tego sportu i że marzenia o byciu w najlepszej setce zawodniczek powinna zostawić na boku. W tenisa zaczyna grać w zasadzie przez przypadek, dzięki akcji Talentiada.
Nie jest z grupy tych dzieci, których na korty wysyłają rodzice; tata pracuje jako elektryk w kopalni, mama jest recepcjonistką w ośrodku sportowym. Maja czuje tenis, na start dostaje sportowe stypendium, trenerzy potwierdzają talent. Sport wciąga ją absolutnie; na jednej z paryskich pomeczowych konferencji nazwie się „tenisową świruską”. Idol? Roger Federer.
W prostej i naiwnej baśni moglibyśmy od tego płynnie przejść na kort Rolanda Garrosa, gdzie prowadzona ciężką pracą zawodniczka trafia, wygrywa i unosi błyszczący puchar. I nie tylko w tym finale nie udało się Mai Chwalińskiej wygrać puchary, ale opowiada baśń jest jedną z tych trudniejszych.
Czy tenis gwarantuje wielkie pieniądze? Finansowe zmagania Mai Chwalińskiej
Są tu zmagania finansowe i logistyczne. Bo w Polsce warunki do uprawiania zawodowego tenisa są bardzo zróżnicowane. Różnicuje je głównie to, czy pochodzisz z bogatego domu.
Maja Chwalińska urzeka nie tylko przezwyciężeniem tych kwestii, ale także tym, jak o nich opowiada. Podkreśla, że zawsze mogła liczyć na duże wsparcie swojego klubu tenisowego Advantage Bielsko-Biała (jego sposób prowadzenia zawodników wybija się na tle całej Polski).
Do tego dochodzili prywatni sponsorzy oraz pomoc z Polskiego Związku Tenisowego. W rozmowie z Sarą Kalisz dla sport.pl mówiła: „Grzechem byłoby więc narzekanie na cokolwiek”. Podobne zdanie powtórzyła w pomeczowej rozmowie po jednym z sukcesów na paryskim korcie, kiedy żartowała, że musi jakoś zorganizować pieniądze na przedłużenie hotelowej rezerwacji.
Piotr Szczypka, menadżer tenisistki, po meczu półfinałowym o problemach finansowych mówił w rozmowie z Eurosportem już z porażającą szczerością. O tym, jak bardzo zależało im, by Maja wygrała choćby dwie rundy w Paryżu, by mogli jakoś dalej funkcjonować: nie szarpać się codziennie i prosić o pieniądze. Po sieci zaczęły wtedy też krążyć screeny z mediów społecznościowych, na których Piotr Szczypka szuka kogoś, kto zaoferuje Mai i jej trenerowi nocleg w trakcie kwalifikacji do Australian Open w 2022 roku.
Ciemna strona sportu i walka z depresją
Są jednak w tej baśni trudy znacznie większe, bo Maja Chwalińska od lat opowiada otwarcie o swojej walce z depresją. Najtrudniejszy był dla niej przełom 2020 i 2021 roku. We wspomnianej już rozmowie z Sarą Klisz mówiła, że ciągle wtedy czuła, że robi i trenuje za mało. Pracowała z psychologiem sportowym, ale problem okazał się znacznie poważniejszy i wymagał innego rodzaju pomocy. Chwalińska mówiła wtedy, że nie pamiętała, kiedy ostatni raz była szczęśliwa. Dziś podkreśla, że bardzo trudne rzeczy są za nią, czuje się dobrze, ale wie, że nie jest to walka wygrana raz na zawsze i stale pracuje nad sobą, pilnując uważnie tego, jak się czuje.
Depresja w sportowym świecie, także tym tenisowym, nie jest nowym tematem. A wciąż nie dość podkreślania, jak ważne jest, kiedy osoby publiczne, z kolejnych pokoleń, mówią wprost o cierpieniu psychicznym, szukaniu profesjonalnej pomocy, leczeniu. Głos 24-letniej zawodniczki, wzmocniony dziś jej spektakularny sukcesem niesie społeczne korzyści nie do policzenia.
Finał Wielkiego Szlema: skąd się tu wzięła Maja Chwalińska
Wiele osób wchodzących teraz w tenisowy świat zadaje pytanie: gdzie do tej pory była Maja Chwalińska, skoro ma tenis, który doprowadził ją do finału wielkiego szlema?

W opowiadanej tu baśni ciężka praca przeplata się z konsekwencją. W karierze Chwalińskiej jest bardzo długie, przerywane kontuzjami, operacjami i bólem pukanie do drzwi tenisowej setki rankingu WTA. Setki, która zapewnia starty w wysoko punktowanych i premiowanych finansowo turniejach, także tych wielkoszlemowych. Setki, od której, jak mówią i zawodnicy ATP, i zawodniczki WTA, zaczyna się możliwość życia z tenisa, stabilizacja finansowa, konkretne kontrakty sponsorskie. Bo na Roland Garros Maja Chwalińska grała w tym i tym, co sama kupiła.
Ostatni raz na żywo widziałam ją w kwietniu tego roku w Gliwicach. Była w świetnej formie: grała wtedy w meczu gry podwójnej w rozgrywkach Billie Jean King Cup pomiędzy kobiecymi reprezentacjami Polski i Ukrainy. W parze z Martyną Kubką rozegrały jeden z najdłuższych meczów deblowych w historii, walcząc dzielnie do końca, ostatecznie przegrywając jednak spotkanie. Po tym spotkaniu poleciała prosto do portugalskiego Oeiras na turniej rangi WTA125. Na portugalskiej mączce triumfowała. Tak rozpędzona pojechała do Paryża.
Jaki tenis gra Maja Chwalińska
Długo w tej baśni czekaliśmy na moment, kiedy spotkają się wreszcie świetny tenis. doskonała forma fizyczna i większy spokój w głowie, o którym tenisistka często mówi. Dużo mówi też o wdzięczności: po konferencjach i pomeczowych wywiadach można odnieść wrażenie, że to jedno z jej ulubionych słów.
My jako kibice i wszyscy wierzący w ważną społeczno twórczą rolę sportu kochamy wielkie finały i szczęśliwe zakończenia, ale zgodnie chcemy, żeby paryska historia Mai Chwalińskiej była tylko jednym z rozdziałów pięknej, dalszej opowieści o tenisie i życiu.
Prestiżowy magazyn L’Equipe nazwał półfinał z udziałem Chwalińskiej „widowiskiem, które było cudem dla turnieju Roland Garros, który szukał opowieści. Podobnie jak kobiecy tenis. (…) To był tenis na styku przeszłości i teraźniejszości, smakowite połączenie finezji z lekkością, siły i mocy, inteligencji oraz determinacji”.
Bo Maja Chwalińska gra tenis, jakiego mało widzimy teraz w kobiecych rozgrywkach, w których wirtuozerie przygniotła siła. Wielu mówi, że gra tenis prawdziwy. Tenis, za jakim wielu tęskni: finezyjny, taktyczny, z całym bukietem czarujących tenisowych zagrań.
Marek Bieńczyk kilka lat temu, żegnając na naszych łamach odchodzącą z zawodowego sportu Serenę Williams, przekornie zaczął swój artykuł od opisu tenisa… Mai Chwalińskiej.
„Szczerze? Kochać, to kocham tenis Mai Chwalińskiej. Patrzenie na jej grę podczas turnieju na Wimbledonie było czystą estetyczną rozkoszą. Nawet gdy przegrywała. Coś hipnotycznego; zauważyłem po wpisach, że magii uległo paru komentatorów na całym świecie. Ta elegancja ruchów, te piłki wysyłane z precyzyjną gracją, ten dziwny, urokliwy forehand, ten pieszczotliwy slice z połowy kortu zamiast atomowego drive’a. Tenis w dużej mierze taneczny czy pantomimiczny, szkoda, że liczy się przy nim punkty. Tenis obronny, bezszelestny, melancholijny, od czasu do czasu wypuszczający jakby ironiczne żądło. Efektowny, piękny, nieco marginalny, niczym Choromański przy Żeromskim. Szczerze do końca: więcej Choromańskiego!”.
I nie sposób się nie zgodzić: więcej Mai Chwalińskiej!
Tej wdzięcznej, ujmującej nas zawodniczki, która podczas uroczystej finałowej dekoracji, po podziękowaniach dla wszystkich, mówiła, że na pewno nie zapomni tych trzech tygodni. Mam wrażenie, że nie tylko ona.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















