Matki na peryferiach. Dlaczego powiatowe porodówki znikają z mapy

Szpitale powiatowe pozbywają się oddziałów ginekologiczno-położniczych, bo są nierentowne. Droga kobiet do najbliższej placówki w niektórych miejscach Polski trwa więc dziś nawet dwie godziny. To wstyd dla rozwiniętego kraju.
Czyta się kilka minut
Oddział ginekologiczno-położniczy w jednym z warszawskich szpitali. 25 czerwca 2024 r. // fot. Wojciech Olkuśnik / East News
Oddział ginekologiczno-położniczy w jednym z warszawskich szpitali. 25 czerwca 2024 r. // fot. Wojciech Olkuśnik / East News

Janka czuła, że poród zacznie się lada moment, bo skurcze były coraz mocniejsze. Spakowała torbę, zostawiła synów pod opieką dziadków, bo mąż pracował w Niemczech, i poszła na przystanek autobusowy w Zahoczewiu. Był luty 1992 roku, bieszczadzkie drogi zasypał śnieg, Janka szła z trudem po oblodzonej ulicy. Nie chciała dzwonić po karetkę; we wsi był wtedy jeden telefon. A co jak właścicieli nie ma w domu? Straci tylko czas, a czuła, że nie ma go zbyt wiele. Kierowca autobusu wysadził ją pod szpitalem w Lesku. Janka szybko trafiła na stół operacyjny, bo okazało się, że dziecku zanika tętno.

– Lekarze w Lesku uratowali mi życie. Zrobili mamie cesarskie cięcie i dzięki temu mogę pomagać pacjentkom jako pielęgniarka. Niestety, nasz szpital boryka się z kłopotami finansowymi, a władze centralne, choć zapewniały o pomocy, nie wywiązują się z obietnic. Oddział położniczo-ginekologiczny został zawieszony. Gdyby dzisiaj jakaś kobieta w zagrożonej ciąży przyjechała do naszego szpitala, odesłano by ją do Brzozowa albo do Rzeszowa. Nie wiadomo, czy urodziłaby zdrowe dziecko – mówi Magdalena Dąbrowska, przewodnicząca zakładowej organizacji  Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych w Lesku.

Porodówka w Lesku do końca czerwca obsługiwała pacjentki z trzech powiatów: leskiego, sanockiego oraz bieszczadzkiego, i była jedyną placówką w tej części regionu. Wcześniej kobiety mogły rodzić również w innych szpitalach, ale w 2020 r. został zamknięty oddział położniczo-ginekologiczny w Ustrzykach Dolnych, a w 2017 r. w Sanoku. Na początku lipca oddział w Lesku też zniknął z mapy (został czasowo zawieszony), więc odległość z niektórych wsi do najbliższego szpitala położniczego zwiększyła się do 100 kilometrów.

– W naszym regionie przejazd takiej odległości zabiera ponad dwie godziny, bo po bieszczadzkich pętlach nie da się prowadzić auta szybko, a w zimie taka jazda to już prawdziwe wyzwanie. Jeśli kobieta dostanie krwotoku lub akcja porodowa zacznie się wcześniej, nie zdąży dotrzeć do szpitala. Jako kobiety czujemy się wykluczone medycznie, a trzeba też dodać, że od lat mierzymy się z wykluczeniem komunikacyjnym. Jeśli nie ma się w Bieszczadach samochodu, nie da się do szpitala dotrzeć autobusem – opisuje Magdalena Dąbrowska.

Nie każcie kobietom rodzić w karetkach

1 lipca 2025 r. pod Ministerstwem Zdrowia w Warszawie odbył się protest mieszkańców Leska. Przywieźli transparenty, na których można było przeczytać: „Nie każcie kobietom rodzić w karetkach”, „Rodzić po ludzku także w Bieszczadach”. Szpital w Lesku boryka się z zadłużeniem, które przekroczyło 111 mln zł, więc eksperci z ministerialnego zespołu do spraw reformy ochrony zdrowia zaproponowali zmniejszenie zatrudnienia o 100 osób (obecnie pracuje tam ich 345) oraz restrukturyzację placówki. Zmiany te uniemożliwiały zapewnienie bazowych potrzeb mieszkańców i właściwe funkcjonowanie placówki, dlatego zostały oprotestowane przez dyrektorkę i władze powiatu. Podczas demonstracji do mieszkańców Leska wyszła ówczesna minister zdrowia, Izabela Leszczyna, i zapewniła: „Ustaliliśmy dzisiaj, że porodówka w Lesku będzie funkcjonować. Chodzi o ostatni oddział ginekologiczno-położniczy w tej części województwa, który miał być zlikwidowany. Dla pacjentek oznaczałoby to konieczność udania się po pomoc nawet 100 kilometrów”. Uczestnicy protestu nagrali słowa pani minister, bo do władz centralnych mają małe zaufanie. Nic to nie dało, nie ma dziś ani oddziału w Lesku, ani minister Leszczyny. Odeszła ze stanowiska; pomocy placówce nie załatwiła.

– Musi zmienić się rodzaj finansowania szpitali powiatowych, gdyż procedury związane z porodem czy zabiegami ginekologicznymi są niedoszacowane. Potrzebne są też rozwiązania systemowe, które pozwolą na zatrudnianie specjalistów w takich małych placówkach jak nasza. Tu nie przyjdzie do pracy neonatolog za pieniądze, które mogę mu zaproponować. No i kolejna sprawa: musiałam utrzymywać oddział położniczo-ginekologiczny w pełnej gotowości, choć zdarzały się dni, kiedy nie było porodu, to zaś generowało zadłużenie – wyjaśnia dyrektorka Szpitala Powiatowego w Lesku, Małgorzata Bryndza.

W 2024 r. w szpitalu w Lesku odbyło się 197 porodów i ponad 700 zabiegów ginekologicznych, takich jak usuwanie mięśniaków macicy. Według GUS wspomniane trzy powiaty zamieszkuje 136 tysięcy mieszkańców, w tym 70 tysięcy kobiet – dziś zostały bez pomocy.

– Nie można „wycinać” wszystkich oddziałów ginekologiczno-położniczych w Polsce tylko dlatego, że nie przynoszą zysków. Obowiązuje nas elementarna solidarność społeczna wobec osób, które żyją w trudnych warunkach, więc nie możemy patrzeć tylko na aspekt ekonomiczny. Takie oddziały jak ten w Lesku powinno obejmować bezpośrednie finansowanie rządowe, one są potrzebne w tym miejscu, bo mogą uratować życie kobiety i dziecka. Zamykając go, nie zwiększymy dzietności w Polsce, a tylko pogłębimy poczucie frustracji w kolejnej grupie wykluczonych z opieki medycznej kobiet – tłumaczy Krystyna Ptok, przewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych.

Szpitale toną w długach, więc zamykają porodówki

Szpitale powiatowe od lat borykają się z problemami finansowymi. Raport Związku Powiatów Polskich za rok 2024 pokazuje, że na 219 analizowanych placówek tylko 39 wykazało zyski. Środki z NFZ stanowią dla nich podstawę istnienia, jednak, jak wynika z wyliczeń, jest ich w systemie za mało. Dyrektorzy dużych szpitali dzięki oddziałom, na których badania i zabiegi są wysoko wyceniane, zarabiają na oddziały przynoszące straty i w ten sposób bilansują budżet, nie tracąc płynności finansowej.

Szpitale powiatowe zapewniają tylko bazowe potrzeby obywateli, nie mają kontraktów na operacje bardziej zaawansowane, nie zatrudniają też takich specjalistów. W 2024 r. placówki te wydały łącznie 333 mln zł na spłatę odsetek od zaciągniętych kredytów, a 29 jednostek zanotowało dług powyżej 10 mln zł. Zadłużenie sprawia, że dyrektorzy szukają oszczędności i zamykają oddziały, które przynoszą straty. – Z perspektywy zysków dla szpitala bardziej mi się opłaca przyjąć alkoholika przywiezionego z ulicy i podać mu kroplówkę, niż kobietę w ciąży, bo zwrot, jaki za obie procedury uzyskam z NFZ, jest podobny, a zaangażowanie personelu i środków medycznych nieporównywalnie mniejsze – powiedział mi anonimowo jeden z dyrektorów.

Jednak głównym „winowajcą” odpowiadającym za znikanie porodówek jest demografia. Liczby mówią same za siebie – w 2017 r. urodziło się w Polsce 397 tysięcy dzieci, tymczasem w 2024 r. zarejestrowano jedynie 252 tysięcy porodów. Dla przykładu: szpital w Biskupcu w województwie warmińsko-mazurskim w 2022 r. przyjął 80 porodów, a w 2024 – tylko jeden.

– W Polsce rodzi się mniej dzieci, ale nie zmniejsza się liczba kobiet, które potrzebują opieki ginekologicznej, dlatego szpitale powiatowe powinny przekształcić swoje oddziały tak, by odpowiadały populacji na danym terenie. Można przecież zrezygnować z położnictwa i kontraktować ginekologię – tłumaczy Rafał Janiszewski, ekspert w zakresie ochrony zdrowia i doradca specjalizujący się w usługach wspierających rozliczenia z NFZ. – Kobiety w średnim wieku borykają się z licznymi problemami, takimi jak mięśniaki, polipy, nowotwory szyjki macicy. W szpitalach powiatowych mogłyby liczyć na szybką pomoc i diagnostykę, bo w przypadku zmian nowotworowych czas ma ogromne znaczenie.

„Decydują mężczyźni, co ich obchodzą nasze mięśniaki”

Niestety, w wielu miejscach Polski wraz z położnictwem przestaje funkcjonować także ginekologia. Przykładem jest szpital w Szczebrzeszynie, który wygasił oddział ginekologiczny z końcem sierpnia 2025 r., mimo że ten cieszył się w środowisku bardzo dobrą opinią. Na zabiegi usuwania mięśniaków przyjeżdżały tu kobiety z Zamościa, Lublina, Biłgoraja, bo w swoich ośrodkach musiały czekać w długiej kolejce, a kameralny oddział w Szczebrzeszynie zapewniał profesjonalną i komfortową opiekę. Przede wszystkim jednak leczył kobiety z okolicznych gmin.

O zamknięciu oddziału rozmawiam z kobietami w przychodni w Szczebrzeszynie – nie zostawiają suchej nitki ani na dyrektorze, ani na staroście. „Wiadomo, to mężczyźni, co ich obchodzą wypadające macice starszych kobiet czy nasze problemy z mięśniakami”. Opowiadają, jak zbierały podpisy po mszy w kościele pod petycją w obronie oddziału i prawa do opieki zdrowotnej. Jest wśród nich Anna, która czeka w kolejce do kontroli po zabiegu abrazji z wynikiem histopatologicznym w ręce. Mieszka na wsi, prowadzi z mężem małe gospodarstwo i dorabia w sklepie. Lipiec to nie był dobry moment na operację, bo żniwa na głowie i trójka dzieci w domu, ale przez trzy tygodnie Anna miała krwotoki i nie mogła ustać za ladą. Hemoglobina spadła jej tak bardzo, że nie miała siły krowy wydoić. Lekarz skierował ją do szpitala, a zabieg odbył się po dwóch dniach.

– Bardzo nam zależało na utrzymaniu oddziału ginekologicznego, zaprosiliśmy na Radę Miasta starostę i dyrektora szpitala, przedstawiliśmy program naprawczy, ale bez rezultatu – mówi z goryczą Marek Pawlak, przewodniczący Rady Miasta w Szczebrzeszynie. – Teraz kobiety w naszej gminie zostały bez pomocy. Niektórych nie będzie stać na leczenie w dużym mieście. Region wyludnia się, nie ma za bardzo pracy, nie ma opieki medycznej, więc nie ma czego tu szukać.

Oddział ginekologiczny w Powiatowym Szpitalu w Szczebrzeszynie liczył dziewięć łóżek i wykonywał zabiegi planowe. Generował o wiele mniejsze straty niż chirurgia czy interna. Pracownicy wyszli z pomysłem cięcia kosztów, bo uważali, że skoro NFZ od 1 lipca zwiększył stawki wycen, zaczną na siebie zarabiać. W ramach oszczędności zrezygnowano też z nocnych dyżurów lekarskich, położne bardzo dobrze radziły sobie z opieką nad pacjentkami po zabiegu. Nic to nie dało.

To dopiero początek armagedonu

Założenia dotyczące restrukturyzacji szpitali i likwidacji porodówek przyjęte w 2024 r. przez Ministerstwo Zdrowia zakładają, że na rynku pozostaną placówki, w których odbywa się w skali roku minimum czterysta porodów. Według ekspertów resortu taka liczba urodzeń sprawia, że oddział działa prężnie, nie ma przestojów, jest za to dostateczna liczba specjalistów, która daje kobietom poczucie bezpieczeństwa.

Szpitale powiatowe od lat borykają się z małą liczbą porodów i z pozyskaniem do pracy lekarzy o specjalizacji neonatologicznej, pediatrycznej czy anestezjologicznej, nie stać ich też na koszty nocnych dyżurów. W jednej z placówek dyrektor narzekał, że cztery nocne dyżury jednego lekarza kosztują go tyle, ile pensja położnej. Jeśli przyjmiemy, że czterysta porodów stanowi o być albo nie być porodówki, z mapy Polski znikną 172 odziały. I tak dla przykładu, w województwie podlaskim zostanie zamkniętych dziesięć oddziałów, w województwach: warmińsko-mazurskim, lubelskim, łódzkim i dolnośląskim – po jedenaście porodówek. Stabilna sytuacja jest w Małopolsce, na Śląsku i województwie pomorskim. W Wielkopolsce, gdzie na 32 oddziały zagrożonych jest siedem, władze powiatowe w porozumieniu z dyrekcją szpitali próbują wykorzystać wolną rękę, jaką pozostawiło im ministerstwo, i przymierzają się do zamknięcia także tych porodówek, które spełniają kryterium czterystu urodzeń! Taka sytuacja ma miejsce w Jarocinie, gdzie w 2024 r. przyjęto 440 porody, dlatego 28 lipca mieszkańcy miasta wyszli na ulice i domagali się zachowania szpitala w obecnym kształcie.

– Oddział ginekologiczno-położniczy w Jarocinie mieści się na dwóch poziomach, jest nowoczesny, świetnie wyposażony i zapewnia najwyższy poziom opieki pacjentkom i noworodkom. Przez długi czas procedury położnicze i ginekologiczne były niedoszacowane przez NFZ, a to generowało długi, bo nie otrzymywaliśmy pełnego zwrotu kosztów za wykonane usługi. Bronimy nie tylko oddziału i miejsc pracy, ale także prawa kobiet do porodu blisko domu. Zamykanie porodówek nie sprzyja demografii, która, jak widać po liczbie urodzeń, i tak jest dużym problemem – uważa Iga Bambrowicz, położna oddziałowa w szpitalu w Jarocinie.

Jarocin, Szczebrzeszyn, Nisko, Lubaczów, Pyskowice. Tam położne idą na bruk

W  szpitalu powiatowym w Leżajsku oddział położniczo-ginekologiczny będzie pracował tylko do 1 grudnia 2025 r. Dwadzieścia jeden położnych już dostało wypowiedzenia. Podobnie jak w innych placówkach, władze tłumaczą swą decyzję długami, które generuje oddział.

–„Karta Praw Kobiety Rodzącej” gwarantuje opiekę i szczególną ochronę zarówno matce, jak i jej dziecku. Tymczasem w Polsce nikt na to nie patrzy, rozmawiamy tylko o pieniądzach. Nasi przodkowie walczyli, umierali, zostawali kalekami w obronie ojczyzny, domów, kobiet i dzieci, a współcześni mężczyźni-decydenci skazują matki, żony, córki i wnuczki na brak dostępu do podstawowej opieki medycznej. Nie mogę tego zrozumieć, to upadek człowieczeństwa – mówi Elżbieta Banach, przewodnicząca związku w szpitalu w Leżajsku.

Położne w jej placówce dodają, że władze powiatu nie mają pomysłu na konstruktywną politykę prorodzinną, nastawiają się na opiekę geriatryczną i rozbudowę oddziałów, które przyniosą zysk placówce. „Czy zdrowie i życie kobiet powiatu leżajskiego jest mniej warte niż życie kobiet wielkich aglomeracji?” – pytają retorycznie. I z obawą patrzą na ustawę o działalności leczniczej, zmienioną przez Sejm w sierpniu. Pozwala ona na elastyczne przekształcanie oddziałów i łączenie placówek przez samorządy.

Umożliwione przepisami likwidacje kolejnych oddziałów położniczo-ginekologicznych nie tylko wydłużą drogę kobiet ciężarnych do szpitala, zwiększą kolejki na zabiegi, opóźnią diagnozę i leczenie pacjentek, ale będą także poważnym problemem społecznym. Szpitale powiatowe umiejscowione w małych ośrodkach są bardzo często największym zakładem pracy w danej gminie. Zwolnienia spowodują jeszcze większe zubożenie, frustrację i przyczynią się do migracji.

Dla przykładu w Jarocinie pracę może stracić 16 kobiet, w Szczebrzeszynie 4, a w Lesku 28. Już dziś na rynku jest wiele położnych, które nie znalazły zatrudnienia po zamknięciu oddziałów w Nisku, Iłży, Lubaczowie, Nowym Mieście Lubawskim i Pyskowicach.

– Pierwsze sygnały od osób, które są zagrożone utratą pracy, przyszły z Podkarpacia, potem zaczęły dzwonić położne z Podlasia i Lubelszczyzny, ostatnio odbieram telefony także z Wielkopolski. Jeśli zamierzało się zamknąć w całym kraju tyle oddziałów, należało zmierzyć się z problemem odpowiednio wcześniej – denerwuje się Krystyna Ptok. – Od dwóch lat toczą się rozmowy w  Ministerstwie Zdrowia w sprawie kursu, który zwalnianym położnym dałby szansę zatrudnienia na dodatkowych oddziałach. W Polsce brakuje pielęgniarek, więc położne zagrożone utratą pracy wnioskowały o szybką ścieżkę, czyli kurs uzupełniający w zakresie określonych obszarów pielęgniarstwa, umożliwiający uzupełnienie wiedzy np. w opiece długoterminowej, hospicyjnej. Niestety, projekt kursu utknął w Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego, a już mógłby być realizowany.

Czego nie widzą urzędnicy z Warszawy

Wykonywanie zawodu położnej wiąże się z działaniami profilaktycznymi, diagnostycznymi, terapeutycznymi, edukacyjnymi oraz opieką nad dwiema grupami pacjentów: kobietą oraz noworodkiem do 1,5 miesiąca życia. Projekt kursu, który uzupełni kształcenie i pozwoli na zdobycie umiejętności pielęgniarskich, ma obejmować 280 godzin. Położne, z którymi rozmawiałam, oburzały się, że czas upływa, a wciąż nie ma w ministerstwie decyzji w tej sprawie. I podkreślały, że podczas epidemii covid, kiedy brakowało rąk do pracy, w wielu szpitalach przekierowano je do zadań na innych oddziałach. Nikt wówczas nie wymagał od nich kursu i dyplomu pielęgniarki, a dziś tracą pracę.

– W Polsce o zdrowiu kobiet i ich dostępie do leczenia decydują urzędnicy z Warszawy, którzy mają co krok szpital i mogą przebierać w usługach medycznych jak w ulęgałkach. Dla nich liczy się tylko ekonomia, nie zdają sobie sprawy, jak tu żyjemy, z jakimi trudnościami musimy się mierzyć. Zamykanie szpitali takich jak nasz jeszcze mocniej utrwala podział na bogate ośrodki i regiony biedy, na Polskę A, w której żyje się na wysokim poziomie, i Polskę B, gdzie po podwórkach „biegają wilki i niedźwiedzie”, a kobiety chodzą do znachorów, bo szpital jest za daleko. Dlatego nie ustąpimy i będziemy walczyć o odwieszenie oddziału ginekologiczno-położniczego – deklaruje z uporem w głosie Magdalena Dąbrowska, pielęgniarka w Lesku.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 38/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Matki gorszego sortu