Pośród żyjących to najsławniejszy obecnie Polak na planecie – znają go, w przeciwieństwie np. do Lecha Wałęsy, przedstawiciele wszystkich pokoleń na wszystkich kontynentach. To prawdopodobnie nasz najwybitniejszy piłkarz w historii. Jeden z polskich sportowców wszech czasów, idol milionów, ikona.
Gdy próbujemy lapidarnie przedstawić Lewandowskiego, nie unikniemy truizmów, ale pewna rzecz chyba nam umyka, w każdym razie nie całkiem ją sobie uświadamiamy. Otóż megagwiazdor Barcelony zajmuje wyjątkową pozycję wśród wszystkich poruszających masową wyobraźnię gigantów polskiego sportu, ponieważ fetowaliśmy jego wyczyny częściej i dłużej.
Byliśmy – jesteśmy – z Lewandowskim intensywniej niż z Adamem Małyszem czy Kamilem Stochem, Justyną Kowalczyk czy Igą Świątek – by pozostać w XXI wieku – i ze względu na naturę futbolowych rozgrywek, i z powodu jego bezwzględnej dla przeciwników regularności. W piłkę na szczytowym poziomie gra się przecież cały rok (wyjąwszy kilka mgnień wakacyjnych), w śniegu i skwierczącym upale, w morderczym rytmie przeładowanego do absurdu kalendarza.
Obłędne tempo Lewandowskiego bywało kłopotliwe
Kiedy kibicowi spadnie więc z nieba rozszalały łowca goli, który strzela w Lidze Mistrzów, w rywalizacji krajowej, a także w reprezentacji; który prawie nigdy nie choruje i rwie się do walki w każdym meczu, również mimo drobnych kontuzji i bólu; który wreszcie upodobał sobie długowieczność – to właściwie nie znika nam z oczu, stając się bohaterem życia codziennego, niemal domownikiem. Poniekąd bliższym niż ubóstwiani pisarze, reżyserzy, aktorzy, muzycy.
Kapitan reprezentacji Polski spełnia wszystkie przywołane warunki aż do przesady. W chwili powstawania artykułu rozegrał w profesjonalnej karierze 1098 oficjalnych meczów, nastrzelał 749 goli, uzbierał kolekcję 32 zespołowych trofeów.
I jeśli wolno pozwolić sobie na odrobinę prywaty – dla dziennikarza zobowiązanego na bieżąco relacjonować dokonania rodzimych sportowców to obłędne tempo, które narzucił sobie Lewandowski, bywało wręcz kłopotliwe. Ileż razy kronikarz może w zajmujący sposób obwieścić, że Robert wielkim poetą jest? Skąd wytrzasnąć śladową choćby oryginalność myśli, gdy superpiłkarz w ustanawianiu rekordów gna ku nieskończoności?
Lewandowski: niezniszczalny gladiator niedołężnieje
Po nieszczęśliwie przegranym przez Polaków barażu o mundial zatrzęsły się kibicowskie serca, bo kapitan drużyny narodowej opublikował na Instagramie fotografię, na której schodzi z boiska i podnosi dłoń, pożegnalnie pozdrawiając publiczność, a w tle leci śpiewana przez Andreę Bocellego i Sarah Brightman piosenka o wymownym, niepokojącym tytule „Time to Say Goodbye”.
Jedni usłyszeli w niej komunikat, że lider niechybnie porzuci reprezentację, inni wyraz smutku po utracie szansy na występ na mistrzostwach świata, dla niego zapewne ostatnich. Sam zainteresowany powiedział w telewizyjnym wywiadzie, że nie zamierza składać żadnych deklaracji dotyczących przyszłości.

W rozstanie z Lewandowskim trudno uwierzyć, podświadomie podejrzewaliśmy go raczej o nieśmiertelność i bycie futbolowym wcieleniem – skoro już krążymy ze skojarzeniami wokół estrady – Micka Jaggera, który w wieku 82 lat wciąż koncertuje i prawdopodobnie planuje umrzeć na scenie.
Ilekroć jednak spoglądamy na Barcelonę, w której gra polski napastnik, zauważamy, że niezniszczalny gladiator niedołężnieje. Wybaczcie brutalną dosadność sformułowania, wymaga jej uczciwe oddanie realiów wyczynowego sportu, który nikogo nie wynagradza za zasługi z przeszłości. Przeciwnie, widok konającego geniusza bywa doświadczeniem przygnębiającym, świadectwem naszej bezbronności wobec przemijania. Kto nie pogodzi się z losem wystarczająco wcześnie, często na boisku cierpi, a piłka potrafi go torturować tak, jakby chciała pozbawić godności.
Przeciętniacy grają dopóty, dopóki są w stanie wypocić jeszcze jeden kontrakt, ale dla wielkich mistrzów najtrudniejszym wyzwaniem bywa podjęcie decyzji, kiedy zdjąć korki na zawsze.
Tymczasem kibice są okrutni, najokrutniejsi. Im bardziej sądzą, że wartością ponad wszystkie lub wręcz jedyną pozostaje wynik, tym trudniej im ukryć irytację, gdy dostrzegą słabość idola. I tym śmielej nawołują, by „nie rozmieniał się na drobne”, raczej poszedł sobie precz.
Nawet Małysz, wielbiony jak chyba żaden polski sportowiec, w smudze cienia wielokrotnie słyszał pytanie, dlaczego nie przestanie męczyć siebie i publiczności. Pytanie zresztą nonsensowne – skoczek narciarski skacze, bo jest skoczkiem narciarskim, a kiedy wyląduje w konkursie Pucharu Świata w czwartej dziesiątce, nadal pozostaje w wąskiej elicie najznakomitszych w swojej dyscyplinie.
Wszystko, co najlepsze w futbolu, Lewy ma za sobą
Lewandowskiego obnaża dziś już nawet przedmeczowa rozgrzewka, podczas której rusza się sztywniej i wolniej niż inni barcelończycy (bywa, że drugi najstarszy zawodnik w składzie na mecz jest młodszy od niego o ponad dekadę!). A w trakcie gry coraz częściej nie nadąża, manewruje w zwolnionym tempie, strzela gole rzadziej niż kiedykolwiek w seniorskiej karierze.
Fenomenalny sukces odniósł jako piłkarz totalny – maniacko polerujący technikę, panujący nad emocjami, prowadzący patologicznie zdrowy tryb życia, bez wytchnienia rozwijający atletyczność i sprawność – ale właśnie bezpowrotnie gubi dziś ostatni atut, organizm przegrywa z upływem czasu.
Cóż, sportowcy umierają młodo. Już po trzydziestce przypomina im się, że nadciąga schyłek, a w pobliżu czterdziestki, jeśli wciąż pozostają wśród wyczynowców, traktuje się ich jak starców, choć w istocie kończą kariery w kwiecie wieku, w pełni sił witalnych, gdy niemal całe życie przed nimi.
Nie łudźmy się, wszystko, co najwspanialsze w futbolu, Lewandowski ma za sobą. Już nigdy nie przyłoży czterema bramkami Realowi Madryt, jak w półfinale Ligi Mistrzów w 2013 r.; nie wbije pięciu goli w dziewięć minut, jak w Bundeslidze w 2015 r.; nie poczuje zapachu polskiego medalu na imprezie mistrzowskiej rangi, jak podczas Euro 2016; nie pocałuje najcenniejszego pucharu w futbolu klubowym w glorii najjaśniejszej gwiazdy na stadionie, jak w 2020 r.; nie będzie paradował w czołówce plebiscytu Złota Piłka, jak w 2021 r.
Kibicowska ekstaza ustępuje powoli melancholii, trzeba się teraz ćwiczyć w docenianiu okruchów, wzlotów rzadszych i mniej spektakularnych. I nadal przeżywać jego hipnotyzującą podróż. Było, jest i będzie intrygująco – ta biografia nie zawiera rozdziałów do zapomnienia.
Będziemy się starzeć wspólnie z Lewandowskim
Patrzyliśmy zafascynowani, jak Lewandowski dojrzewa w Dortmundzie u fantastycznego wychowawcy Jürgena Kloppa. Jak przejmuje władzę w Bayernie Monachium, futbolowym przedsiębiorstwie wyrachowanym i bezlitośnie pozbywającym się postaci niewystarczająco wybitnych. Jak obala pomnik mitycznego Gerda Müllera. Jak błyskawicznie, bez okresu przejściowego, adaptuje się do specyficznego ekosystemu Barcelony, żądającej od piłkarzy nieskazitelnej maestrii. Jak staje się wzorem profesjonalizmu dla tamtejszej młodzieży – i jak akceptuje malejącą rolę w drużynie.
Teraz następuje epilog – niekoniecznie krótki, spodziewajmy się pożegnania rozciągniętego w czasie. Zobaczymy, jak Lewandowski się starzeje, będziemy starzeć się wspólnie.
Nigdy dość przypominania: Zbigniew Boniek w jego wieku od blisko sześciu sezonów odpoczywał na emeryturze. Nie trzeba zresztą zaglądać do starożytności sprzed powstania Ligi Mistrzów, narażając się na zarzut ahistorycznego porównywania nieporównywalnych epok. Na horyzoncie wciąż majaczą nam przecież sylwetki Cristiano Ronaldo i Leo Messiego, czyli bodaj jedynych współczesnych piłkarzy, których bez cienia wątpliwości wypada zaklasyfikować jako wybitniejszych od Polaka, kończącego w sierpniu 38 lat.
Tyle że Portugalczyk w tym samym momencie kariery ledwie powłóczył nogami w Manchesterze United, zresztą tonącym w studziennym kryzysie, i ewakuował się do ligi saudyjskiej. Natomiast Argentyńczyk już po 36. urodzinach poleciał do USA, gdzie uprawia się futbol na chyba jeszcze niższym poziomie. Obaj abdykowali z rywalizacji na szczytach dla spokojnego truchtania w egzotyce, a kontakt z elitą miewają już tylko w rozgrywkach drużyn narodowych.
Lewandowski tymczasem wciąż rzuca wyzwanie najlepszym z najlepszych. Wraz z Barceloną mknie ku obronie tytułu mistrzowskiego w lidze hiszpańskiej, ucieka Realowi Madryt, a ostrożnie gospodarujący jego siłami trener wystawia go w podstawowym składzie w niemal wszystkich najbardziej prestiżowych meczach, także w Lidze Mistrzów. To ostateczny dowód na utrzymującą się przynależność Polaka do ścisłej czołówki.
Prowadzący Barcelonę Hansi Flick ufa weteranowi właśnie w sytuacjach krytycznych, rozstrzygających, w zderzeniu z potentatami. Równocześnie propozycję kontraktu dla Lewego (ten kataloński wygasa w czerwcu) rozważają szefowie firm o statusie Juventusu czy Milanu. Wszystko to dzieje się w czasach, gdy pośród zatrudnianych przez renomowane kluby graczy ofensywnych tłoczą się wyłącznie młodzi lub nieprzyzwoicie młodzi zawodnicy.
Co szkodzi wizerunkowi Roberta Lewandowskiego
Nie jest Lewandowski herosem bez skazy. Z czasem jego pokaźny elektorat negatywny raczej się rozrastał, a sceptykom stale przybywało powodów, żeby wyrażać wątpliwości.
Wykładowczyni nieistniejącej już Wyższej Szkoły Edukacji i Nauk Społecznych w Łodzi publicznie zarzuciła mu, że kupił dyplom, i że „zdał” u niej egzaminy, choć nigdy do nich nie przystąpił. To poważne oskarżenie, a jednak minęły już dwa lata i do sądu nie wpłynął żaden pozew o zniesławienie.
To nie jedyna rysa. W ubiegłym roku kapitan reprezentacji wybierał sobie mecze, w których miał ochotę zagrać dla Polski. Wcześniej również wywołał furię rodaków, gdy najpierw pertraktował z premierem Morawieckim w sprawie osławionych rządowych premii za wyjście z grupy na katarskim mundialu, a następnie pogrążał się na konferencjach prasowych, podając sprzeczne ze sobą wersje. Wygłaszając kuriozalne oświadczenia, zwyczajnie ściemniał.
Wciąż trwa też niesmaczna szarpanina o pieniądze z Cezarym Kucharskim, byłym menedżerem piłkarza – i niezależnie od wyroku sądowego, który jeszcze nie zapadł, nie przynosi mu ona chluby. Potajemne nagrywanie rozmów z Kucharskim budzi okropne skojarzenia z obyczajami znanymi z brudnej politycznej walki.
Szkodzą wreszcie wizerunkowi Lewandowskiego epizody na dobrą sprawę niewinne, jak żonglowanie piłką w pałacu prezydenckim, w towarzystwie Andrzeja Dudy. Pamiętajmy jednak, że nadpiłkarz poza boiskiem nie jest nadczłowiekiem, ale jednym z nas, wpisującym się zarówno w stereotyp cwaniaka, jak i w trawiącą kraj wojnę polsko-polską, która nie pozwala na zachowanie neutralności w żadnych okolicznościach i prawie każdemu działaniu przypisuje wymiar partyjny. Zostaje nam więc czysty sport – wyprane z ideologii zmagania na murawie.
Najważniejszy dziadek wielkiego futbolu
Wspomnieliśmy już, że niewiele zjawisk w futbolu sprawia tyle przykrości, co obserwowanie udręki starych mistrzów, którzy odchodzą zbyt późno i przeobrażają się w karykaturę własnej legendy – ale Lewandowski trzyma fason. Nie starzeje się brzydko, lecz ładnie, a niewykluczone, że będzie kończył pięknie, nawet jeśli poleci do Arabii Saudyjskiej, gdzie stanie oko w oko z Ronaldo, lub do Stanów Zjednoczonych, gdzie ligę uświetnia Messi.
Gdyby natomiast pozostał w europejskiej elicie, powinniśmy chyba po raz kolejny zebrać się do patriotycznego zrywu – ulubiony polski sport, prawda? – i krzyknąć w stronę międzynarodowej opinii publicznej, że wśród bezliku rozdawanych piłkarzom wyróżnień brakuje hołdów składanych weteranom.
Skoro na każdym turnieju nagradza się młodych, skoro wymyślono statuetkę Golden Boya wręczaną najzdolniejszemu graczowi poniżej 21. roku życia, to wypada wreszcie uhonorować najbardziej wytrwałych. Np. podczas gali Złotej Piłki, FIFA czy UEFA wzywać na scenę najlepszego piłkarza z ukończonymi 35. latami, niegdyś wyznaczającymi granicę, po przekroczeniu której senior przemienia się w oldboya.
Nie dość, że idea wydaje się postępowa, zgodna z trendem zwalczania ejdżyzmu, to jeszcze może sprzyjać polskiemu interesowi narodowemu, którego nie zaneguje żadna strona politycznego sporu. Finałowa teza zabrzmi chyba niezbyt kontrowersyjnie – wyjąwszy bramkarzy, wiosną 2026 r. Lewandowski jest najbardziej znaczącym dziadkiem w wielkim futbolu.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















