Internetowy koktajl ze stereotypów: zabytkowa niebieska Skoda, na dachu dmuchany flaming. Para zabawnych Czechów jedzie przez Polskę, okraszając swoją podróż komentarzami na temat przewijających się widoków. Góry, jeziora, tunele! „Jak się u nas, w Czechach postarają, to i Grecy tędy do samej Szwecji dojadą”. Wreszcie docierają do celu, którym jest morze.
„Jaka piękna plaża. Taka mało chorwacka. Kamieni nie ma”, mówi bohaterka do partnera. „Bo to Bałtyk”, on odpowiada. „No i z Polakami zawsze się dogadasz”. A potem oboje pozdrawiają jakiegoś przypadkowego plażowicza, wołając do niego „Ahoj!”. I to jest chyba w internetowej reklamie polskiej trasy S3 najzabawniejsze: choć ani Czesi, ani Słowacy nigdy w swojej długiej historii nie mieli dostępu do morza, to pozdrawiają się jak marynarze.
Tłumy, panga i paragony grozy: jak Polacy widzą Bałtyk
Piękno leży w oku patrzącego – określenie „taka mało chorwacka” dla nas, Polaków, brzmi jak krytyka.
Chorwacja to przecież słońce, gęsta zupa słonego Adriatyku, z której nie trzeba wychodzić po kwadransie. To jeżowce i rozgwiazdy obserwowane pod wodą oraz owoce morza oglądane na talerzu. I południowosłowiański gospodarz, z którym zawsze jakoś się dogadasz, bo przecież „hvala”, czyli „dziękuję”, brzmi naprawdę znajomo.
Co innego Bałtyk – on jest zbyt swojski, by mógł być ekscytujący. Bałtycka plaża to nośnik zupełnie innych wspomnień. Dominują w nich ulewy i szkwały. Deszczowe lipce i zimne sierpnie. Tłumy schowane za parawanami. Panga z Mekongu w zbyt grubej panierce i gofry z bitą śmietaną tak słodkie, że aż mdli. A to wszystko podsumowane paragonem grozy.
Więc kiedy oczarowana Bałtykiem Hněvka z zabawnej reklamy rusza na północ, by delektować się urlopem nad naszym morzem, my uciekamy w przeciwną stronę. Oto wspólnotowe doświadczenie kilku pokoleń Polaków: nocleg w Mikulovie, obwodnica Wiednia, Graz i Maribor. Za Zagrzebiem w wiecznym korku, ale już jakby z górki, bo gdzieś tam chłodzi się półlitrowe Karlovačko.
Jak trzech słowackich poetów w 1964 roku wykąpało się w morzu
Wróćmy jednak myślami w bliższe nam geograficznie strony, bo chciałbym teraz przywołać jeszcze jedną relację z podróży. Jest ich trzech, mają po 20 lat, a swoją przyszłość widzą w poezji. Peter Repka, Ivan Laučík i Ivan Štrpka, założyciele grupy poetyckiej Samotni Biegacze, chcą iść pod prąd. Opublikowany przez nich manifest mówi o obojętności ludzi skłębionych w wygodnych samochodach, odizolowanych od świata i wyobcowanych, którzy całą masą prą w jednym kierunku. Oraz o poczuciu osamotnienia tego, który biegnie w przeciwną stronę, do nieznanego celu. Poza tym wszyscy trzej są zafascynowani opowieściami polarników i odkrywców. Marzą o karierach Amundsena albo Shackletona, ale jedyna Północ, jaka przychodzi im do głowy i na jaką ich stać, to Półwysep Helski.
Ludzie literatury miewają dziwne pomysły: wzorem bohaterów „Dżumy” Camusa, Słowacy postanawiają wykąpać się w morzu. Twierdzą, że ten gest scementuje ich przyjaźń. Spisana później przez Laučíka relacja z ich podróży jest jak „W drodze” Kerouaca w wersji zza żelaznej kurtyny.
Mamy sierpień 1964 r. Z zaproszeniami od polskich znajomych i niewielką ilością gotówki w kieszeniach, w Żylinie wsiadają do nocnego ekspresu. „Do Krakowa, żebyśmy mieli kran, bo stamtąd nad Bałtyk jest jeszcze dość daleko. Od Krakowa będziemy jak włóczędzy”, planuje wcześniej Štrpka w liście do Laučíka. Drogę do Krakowa przegadują, a rozmowa tak uwrażliwia ich na świat, że już z peronu widzą „Polskę kruchą, przewiewną i plastyczną; dziś powiedzielibyśmy – elastyczną”.
W Krakowie poznają dwie Polki, co trochę opóźnia start w dalszą drogę, ale nie wpływa na dalekosiężne plany. Kolejnym przystankiem jest Warszawa, wjeżdżają na taras widokowy Pałacu Kultury i Nauki, który nie ma jeszcze przecież nawet dziesięciu lat. „Krzyczeliśmy tam na wietrze i wszędzie, jak okiem sięgnąć, była Polska”.
Później idą do zoo, gdzie znów wpadają w zachwyt. Długo stoją przy basenie z fokami: „Piękno błyszczących ciał! Ach, Polska, kraj, który potrafi utrzymać przy życiu te delikatne stworzenia, karmiąc je śledziami bałtyckimi z dodatkiem witamin!”. Po paru dniach, przez Płońsk, Malbork i Elbląg docierają do Gdańska, gdzie widzą port. Znajdują jeszcze kilka zaskórniaków i wsiadają na statek wycieczkowy do Helu. Na łajbie dochodzi do wiekopomnego odkrycia: „Przepłynęliśmy zatokę, kolor wody zaczął się zmieniać, zalała nas fala. Morze było mokre”.
Wreszcie są na mecie i mogą zrobić to, po co tu przyjechali. Rytualnej kąpieli w Bałtyku towarzyszy euforia: „Panie Boże, Hel! Ta mierzeja, jej wschodni kraniec z latarnią morską! Pobiegliśmy przez wysoką trawę do otwartego morza i rzuciliśmy się wprost do wody. Štrpka chodził po piasku dostojnie niczym ibis, ale gdy zobaczył, że toniemy, zaczął nas ratować – przeprowadził nas przez wodorosty. Prawda jest taka, że po tej kąpieli trochę zamilkliśmy. Przed nami znajdowała się jeszcze jedna autostrada, absolutna, biorąc pod uwagę ziemskie możliwości. Czuliśmy jej puls, czuliśmy się nawzajem”.
Bałtyk: morze dla Niemców wschodnie, dla Litwinów zachodnie
A gdyby tak wziąć przykład z braci Czechów albo Słowaków i zamiast na gorące południe zwrócić się w stronę północy? Jako dziecko niemal każde lato spędzałem na bałtyckiej plaży – Jastarnia, Jurata, Władysławowo albo Rowy – a w mojej głowie rodziły się pytania. Czym jest horyzont? Co znajduje się za nim? Szwecja, mówili mi rodzice, ale była to odpowiedź pozbawiona jakiejkolwiek treści. Ze Szwecji znałem tylko paru przeciętnych piłkarzy, bo akurat trwało piłkarskie Euro 1992. Tamten widnokrąg mógł być równie dobrze horyzontem zdarzeń – sferą, która otacza czarną dziurę, i której zdaniem astronomów nie jest w stanie przekroczyć ani jeden foton.
Nie wiedziałem wtedy, że podobny dialog prowadził ze swoją córką Elisabeth Tomasz Mann, pisarz po uszy zakochany w Bałtyku. Podobno gdy pierwszy raz zobaczyła morze z brzegu wyspy Hiddensee, nie potrzebowała słów, by zrozumieć ojca. Jednocześnie natychmiast ogarnęła ją ta sama ciekawość. Tato, a co jest dalej? Tam, gdzie nie sięga wzrok? Horyzont, wyjaśnił tata. A za nim? Co znajduje się za horyzontem, dopytywała. Horyzont, jeszcze więcej horyzontu! Im dłużej wiosłujesz, tym dalej przed tobą ucieka, tłumaczył Mann. Aż wreszcie widzisz przed sobą ląd. Wtedy horyzont znika. Ale wystarczy się odwrócić i znowu go zobaczysz. Tym razem będzie za twoimi plecami.
Geografia jest bardziej jednoznaczna niż dywagacje na temat optycznego złudzenia. Z polskiego wybrzeża mamy o wiele bliżej do Szwecji niż choćby tylko do Mikulova. Musiało minąć kilka dekad, by na bazie szczenięcych dociekań w mojej głowie zrodziło się postanowienie: sprawdzę, co jest po drugiej stronie. Podróżom wokół swojskiego morza poświęciłem ponad sześć lat, a owocem tej drogi jest książka „Faronauci. Dookoła Bałtyku”. Skoro tak odkrywcza staje się dla nas perspektywa Czechów i Słowaków, to jak widzą nasze wspólne morze Litwini? Łotysze i Estończycy? A Rosjanie, Finowie, Szwedzi albo Duńczycy? No i Niemcy? Bo przecież nie ma wśród nas wszystkich zgody nawet co do nazwy akwenu, którego brzegi gromadnie obsiedliśmy.
Według Niemców zwie się on Ostsee, Morze Wschodnie. Estończycy mówią Läänemeri, Morze Zachodnie. Z kolei Finom wszystko się pomieszało: nazwa Itämeri wskazuje na wschód, choć z perspektywy linii brzegowej Finlandii Bałtyk leży na północy, zachodzie i południu. Ale że na wschodzie?
W sedno trafił więc szwedzki poeta Tomas Tranströmer, który bodaj najsłynniejszy ze swoich tomików zatytułował po prostu „Morza Bałtyckie”. Bałtyk jako multiwersum.
Czy Bałtyk jest morzem, czy jeziorem?
Najmłodsze morze świata jest jednym z niewielu, które da się okrążyć. Ze wszystkich stron otacza je ląd, a tam, gdzie go brakuje, wybudowano mosty. Taka trasa ma ponad pięć tysięcy kilometrów długości, a jej pokonanie samochodem zajęłoby kilka dni. Jako morze śródlądowe Bałtyk przypomina jezioro, bo parokrotnie nim był. Jego status uzależniony jest od kilku duńskich cieśnin, które zapewniają styczność z Morzem Północnym i Atlantykiem.
Powstał kilkanaście tysięcy lat temu jako jezioro lodowe, wskutek topnienia wycofującego się lądolodu. Potem jego wody przelały się do oceanu. Następnie to połączenie odciął podnoszący się ląd. Gdy poziomy wód ustabilizowały się, akwen jeszcze raz zbratał się z Atlantykiem. Gdybyśmy jakimś cudem mieli mapy sprzed pięciu tysięcy lat, zobaczylibyśmy linię brzegową zbliżoną do współczesnej.
Znajomy ornitolog zażartował kiedyś, że nawet dziś Bałtyk nie jest prawdziwym morzem. Opowiadał o mewach, które jednoznacznie kojarzymy z morzami, a przecież są one co najwyżej ptakami przybrzeżnymi, a nie pelagicznymi. W Polsce żyje ponad 20 gatunków mew, tłumaczył. W oblanej ze wszystkich stron oceanami Nowej Zelandii występują tylko trzy. Ale zamiast nich mają tam rurkonose, czyli np. albatrosy i burzyki, ptaki faktycznie morskie, bo ich dzioby są wyposażone w specjalne kanaliki służące do odprowadzania nadmiaru soli.
Można powiedzieć, że to właśnie sól – albo jej brak – definiuje dziś materialność Bałtyku. Sporadyczne wlewy słonej wody z Morza Północnego bronią jego statusu. Dawniej dochodziło do nich raz na kilka lat, obecnie – co dekadę lub kilkanaście lat. W efekcie jego północna część – Zatoka Botnicka oddzielająca Szwecję od Finlandii – jest niemal słodkowodna, a zimą zamarza jak pierwsze z brzegu mazurskie jezioro. Gdy nadchodzi grudzień, Finowie wytyczają na lodach północy efemeryczne drogi, zwane jäätie. Obowiązuje na nich normalny kodeks drogowy: ruch jest prawostronny, trzeba pilnować ograniczenia prędkości. Piratom grożą mandaty, za prowadzenie po alkoholu można stracić prawo jazdy. W podobny sposób między wyspami podróżują wtedy Estończycy.
Tam, gdzie z morza wyrastają góry: czym jest Höga Kusten
Estonia to zresztą dobre miejsce na pierwsze bałtyckie odkrycia. Najlepiej wybrać się tam latem. Zatoki są płytkie i pozbawione fal, a czerwcowe słońce tak uparte, że szybko nagrzewa wodę. Człowiek wchodzi do morza na długie godziny i zastanawia się, jak to możliwe, że kilkaset kilometrów dalej na południowy zachód, w Mielnie albo Świnoujściu, wciąż ma ono tylko 16 stopni.
Ale to, jak zmienną przestrzenią jest nasza najbliższa okolica, można też poczuć w skali geologicznej. W północnej Szwecji ruchy skorupy ziemskiej są widoczne niemal jak na dłoni. Ostatnia epoka glacjalna zakończyła się mniej więcej 10 tys. lat temu – w geologicznej skali czasu ledwie wczoraj. Lodowiec skandynawski, którego źródłem były obfite w opady tereny górskie, miejscami miał nawet trzy kilometry grubości. Gdy zwalił swoje podbrzusze na bezbronny kontynent, skorupa ziemska ugięła się pod jego ciężarem tak samo, jak to robi materac, gdy się na nim kładziemy.

Ale człowiek z czasem wstaje z łóżka, a materac, na którym leżał, zaczyna odzyskiwać pierwotny kształt. Gdy to samo dzieje się ze skorupą ziemską, mówimy o odbiciu izostatycznym. Części składowe litosfery dążą do stanu równowagi, a proces ten ma zróżnicowane tempo: początkowo przebiega bardzo szybko, a potem zwalnia. Szacuje się, że 10 tys. lat temu Höga Kusten, czyli Wysokie Wybrzeże Szwecji – to sześć godzin jazdy na północ ze Sztokholmu – rosło w tempie dziesięciu centymetrów rocznie. Dziś podnosi się trochę wolniej, ale niecały centymetr na rok to wciąż wartość, którą trzeba brać pod uwagę choćby przy budowie mostów.
Wędrując przez krajobraz, w którym góry wyrastają wprost z Bałtyku – bo toponim „Wysokie Wybrzeże” wcale nie jest marketingową ściemą – w środku sosnowego lasu natknąłem się któregoś razu na opuszczoną przyczepę kempingową. Wśród pozostałości po właścicielu znalazłem gazetę datowaną na październik 2001 r. Lektura takich archiwów to zawsze przygoda, ale tym razem moją uwagę zwróciła sama metryka. Bo przecież skoro Höga Kusten podnosi się w tempie ośmiu milimetrów na rok, to od chwili publikacji numeru dziennika, który miałem przed nosem, region dźwignął się o dobrych 17 centymetrów. W tym samym czasie ja, czterdziestolatek ze skłonnością do garbienia się, nie urosłem wcale.
Co zrobić z taką wiedzą? Jak przetworzyć informację o procesie geologicznym, który ilościowo da się zestawić z tempem wzrostu paznokcia na ludzkiej stopie? Albo jak pogodzić się z brakiem sensownej odpowiedzi na pytanie, dlaczego do Bałtyku wpływają czasem wieloryby, skoro ich wędrówka niemal na pewno zakończy się śmiercią? Przekonujemy się o tym niemal co roku. Ostatnio, gdy Niemcy na siłę próbowali odholować na głębsze wody humbaka, który utknął na mieliźnie u ich wybrzeży. Bijemy się wówczas z myślami, nie wiedząc, co począć z faktem, że świat zupełnie nie przystaje do naszych wyobrażeń.
Jak kapitalizm zmienił morza. Wyspy Palmowe i kempingi z gruzu
To wszystko może człowieka przerastać, i chyba dlatego wolimy myśleć o przestrzeniach, w których żyjemy, jak o fantazmatach. Niczym bohaterowie prac mistrza niemieckiego romantyzmu, Caspara Davida Friedricha, patrzeć na zaaranżowane przez naszą kulturę oswojone i zrozumiałe kadry. Wyglądać przez okna, które otworzył dla nas ktoś inny. Czujemy się wtedy bezpieczniej, bo wszystko staje się przewidywalne. Owszem, ryba na deptaku we Władysławowie ocieka olejem i kosztuje majątek, ale to nasza ryba i zawsze ją jedliśmy.
Jednym z ulubionym plenerów Friedricha była wyspa Rugia. Przenosząc tamtejsze pejzaże na płótno, łączył wiele rzeczywistych widoków w jeden, dokładnie taki, jaki był mu w danym momencie potrzebny. Inspirował publiczność wyspiarskimi krajobrazami i tym samym przyczyniał się do rozwoju turystyki na Rugii. Sam traktował ją jako azyl, podobnie malowane przez niego postaci, których myśli dryfowały w kierunku fal. Morze nie kojarzyło im się z fizyczną pracą, bo i nam dawno przestało się w ten sposób kojarzyć.
Australijski antropolog Michael Taussig dowodzi, że morza, jako przestrzenie fizyczne i dotykalne, przez wieki zajmowały w historii człowieka centralne miejsce. Ekonomiczna geografia metropolii opierała się na portach. Siatka połączeń morskich łączyła społeczności tak samo jak krwiobieg oplata poszczególne organy w ciele człowieka. Według Taussiga punkt zwrotny w naszej relacji z morzami nadszedł wraz z narodzinami kapitalizmu. Rozrastające się porty wyniosły się z miast; zarówno one, jak i statki obsługiwane były przez coraz skromniejsze załogi. Mniej ludzi wiązało się zawodowo z eksploatacją morza, została ona zmechanizowana i zautomatyzowana. Umarł zawód latarnika w jego dawnym rozumieniu.
Materialność morza zniknęła nam sprzed oczu, bo stało się ono częścią niewidzialnej ekonomii. Nie kojarzy się już z ciężką pracą, ale z relaksem. Ten trend widać choćby w cenach nieruchomości stawianych w bezpośrednim sąsiedztwie plaż. Współcześnie, gdy linia brzegowa morza nie jest w stanie pomieścić wszystkich chętnych, to nie człowiek dopasowuje się do przestrzeni – zamiast tego przebudowywane jest wybrzeże. Przykładem niech będą Wyspy Palmowe, sztuczne lądy budowane przez Dubajczyków na wodach Zatoki Perskiej. Albo puchnące na wsypywanym do Zatoki Puckiej gruzie kempingi w Chałupach. Wszystko po to, by każdy chętny mógł sobie pozwolić na mieszkanie z widokiem na morze.
I gdy to się dzieje, zamiast próbować zrozumieć, czym jest miejsce, w którym żyjemy, ruszamy w jakieś inne.
Piosenka o morzu, którą znało każde dziecko
A Słowacy? Ku swojemu zaskoczeniu, wieloletnią podróż dookoła Bałtyku zakończyłem w Bratysławie. Ivan Štrpka, jeden z dwóch żyjących jeszcze Samotnych Biegaczy, łatwo dał się namówić na wspomnienia. Opowiadał m.in. o grupie harcerzy, na którą jako dwudziestolatkowie natknęli się w Gdańsku. Ubrana w mundurki młodzież z dumą śpiewała coś o morzu. „Wyglądali, jakby robili to z potrzeby serca. Jakby nikt im nie kazał tak stać i śpiewać. W refrenie cały czas powtarzało się morze. Co to mogła być za piosenka?”, pytał mnie słowacki poeta. Od razu zrozumiałem, że chodzi mu o słowa, który znało wtedy na pamięć każde polskie dziecko: „Morze, nasze morze, będziem ciebie wiernie strzec”.
Nakładem Wydawnictwa Czarne ukazuje się właśnie książka Adama Robińskiego „Faronauci. Dookoła Bałtyku”.

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















