Między Bugiem a prawdą: czy jesteśmy bezpieczni? Czy NATO obroni Polskę?

Zła wiadomość: bezpieczeństwo Polski znów zależy dziś od splotu czynników, na które nie mamy wpływu. I dobra: bez względu na bieg wydarzeń, powinniśmy robić w tej sprawie dokładnie to, co teraz.

19.01.2024

Czyta się kilka minut

Ewakuacja rannego śmigłowcem Mi-2 podczas ćwiczeń 9. Braniewskiej Brygady Kawalerii Pancernej przed wyjazdem na 13. zmianę Polskiego Kontyngentu Wojskowego na Łotwie // Fot. Stanisław Bielski / REPORTER
Ewakuacja rannego śmigłowcem Mi-2 podczas ćwiczeń 9. Braniewskiej Brygady Kawalerii Pancernej przed wyjazdem na 13. zmianę Polskiego Kontyngentu Wojskowego na Łotwie // Fot. Stanisław Bielski / REPORTER

W przedwyborczej gorączce ta rocznica umknęła sporej części mediów i komentatorów. 17 września ubiegłego roku minęło 30 lat od chwili, gdy na dziedzińcu Belwederu generał pułkownik Leonid Kowaliow uroczyście zameldował prezydentowi Lechowi Wałęsie o zakończeniu operacji wycofywania wojsk sowieckich z Polski. Data nie była przypadkowa, bo ostatnia jednostka bojowa wyjechała na wschód jedenaście miesięcy wcześniej. Warszawie zależało jednak na spięciu symboliczną klamrą 54 lat niemal nieprzerwanej obecności Armii Czerwonej na ziemiach polskich, a strona rosyjska, choć postawiona w sytuacji wypraszanego, a do tego niechcianego gościa, o dziwo przystała na udział w tym happeningu.

Rzecz dzisiaj nie do pomyślenia. Osiem lat temu politolog Przemysław Żurawski vel Grajewski listę nierozwiązanych problemów w relacjach polsko-rosyjskich zamknął w 34 pozycjach. Takie samo zestawienie Anno Domini 2024 byłoby znacznie dłuższe. Z pewnością otwierałoby je kluczowe pytanie: czy Moskwa akceptuje jeszcze fakt, że na zachód od Bugu rozciągają się ziemie, do których nie ma żadnych praw?

Wojna blisko jak nigdy

Pracownia IBRiS w październiku ub. roku spytała Polaków, kto ich zdaniem stanowi największe zagrożenie dla naszej suwerenności. Ankietowani mieli do wyboru Niemcy, Rosję, Unię Europejską, NATO, Białoruś, Chiny, Ukrainę i USA. Mogli też odpowiedzieć, że nie dostrzegają żadnych zagrożeń. Aż 57,6 proc. badanych wskazało na Rosję. Tylko 10,6 proc. oceniło, że obecnie nikt nam nie zagraża.

Trudno o dokładniejszą mapę bieżących nastrojów. Choć wojnę mamy za wschodnią granicą już od dwóch lat, a na brutalne zdjęcia i nagrania z frontu oraz apele o pomoc dla uchodźców powoli obojętniejemy, to jednak trwale zagościło w nas poczucie, że nigdy w czasach III RP wojna nie była tak blisko.

W rosyjskiej telewizji propagandyści mówią otwarcie, że po wygranej w Ukrainie to Polska i kraje bałtyckie będą następne. Na ulicach Moskwy telebimy wyświetlają w tych dniach kuriozalną wypowiedź Władimira Putina, który mówi agencji TASS, że „granice Rosji nigdzie się nie kończą”. Po przełożeniu na język polityki otrzymamy jasny komunikat, że Moskwa stawia swoje interesy ponad prawem narodów do samostanowienia, fundamentu prawa międzynarodowego. To przekazy głównie na potrzeby wewnętrzne, ale poparte rakietami, które w tym samym czasie spadają na ukraińskie miasta, zyskują złowrogi kontekst. Poza tym Kreml zapowiada zwiększenie liczebności armii z 900 tysięcy do półtora miliona, i utworzenie nowych okręgów wojskowych przy granicy z państwami NATO.

Wszystko to dzieje się w momencie, gdy zbliżające się wybory prezydenckie w USA stawiają pod znakiem zapytania przyszłość amerykańskiej polityki wobec Ukrainy. Kongres wciąż nie jest w stanie odblokować kolejnej transzy pomocy dla Kijowa, a Donald Trump, faworyt wyścigu do Białego Domu, na wiecach wyborczych zarzuca Europie brak inwestycji w zbrojenia i nieustanne chowanie się za plecami USA. Otwarcie kwestionuje też sens artykułu piątego Traktatu Północnoatlantyckiego, na którym przez lata opierała się cała nasza strategia bezpieczeństwa.

„Wejdą? Nie wejdą?”. To pytanie, które przez stulecia budziło w Polakach lęk, ponownie zyskuje na aktualności. Wraz z nim wracają też wątpliwości, czy przypadkiem znów nie jesteśmy „silni, zwarci, gotowi”.

Wojsko fantomowe

W przyjętym właśnie przez Sejm budżecie na rok 2024 na obronność przeznaczono 118,14 mld zł, czyli równowartość 3,1 proc. prognozowanego PKB. Wraz z pieniędzmi z pozabudżetowego Funduszu Wsparcia Sił Zbrojnych będzie to już blisko 159 mld zł – i 4,2 proc. PKB. Nowy rząd po prostu przejął tu pałeczkę po poprzednikach, co większość ekspertów od bezpieczeństwa przyjęło z ulgą – wypowiedzi polityków ówczesnej opozycji podczas kampanii sugerowały, iż nowy gabinet, który będzie musiał zmierzyć się z rekordowo wysokim deficytem, może ściąć budżet na obronność. Zapowiedziana kontynuacja większości programów i zakupów uzbrojenia, które zapowiedział PiS, jest faktycznie wiadomością krzepiącą. Polska polityka przynajmniej w tej kwestii potrafi wznieść się ponad bieżącą agendę.

Korekta, jaką nowy rząd zamierza wprowadzić do planów po poprzednikach, polegać będzie zapewne na urealnieniu planów rozbudowy armii. Autorskim pomysłem Mariusza Błaszczaka była idea trzystutysięcznej armii zawodowej, wspieranej przez kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy Wojsk Obrony Terytorialnej. Z tymi ostatnimi Błaszczakowi oraz faworyzowanemu przezeń gen. Wiesławowi Kukule (awansowanemu w październiku na szefa sztabu generalnego) poszło świetnie. Liczebność WOT dobija już do 40 tysięcy.

Problemem pozostaje za to niska atrakcyjność służby zawodowej. Nawet po ostatnich podwyżkach pensja szeregowego oscyluje w granicach 5 tys. zł na rękę. Podoficer z kilkuletnim stażem może liczyć na około 1,2 tys. zł więcej. W porównaniu z płacami w cywilu armia wciąż nie jawi się więc młodym ludziom jako dobre miejsce pracy – zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę, że służba nierzadko wiąże się z koniecznością wyprowadzki w miejsca pozbawione komfortu, jaki zapewnia miasto. Pod kierownictwem Mariusza Błaszczaka resort obrony narodowej chwalił się szybkim przyrostem kadry mundurowej, jednak minister z lubością bawił się w kreatywną księgowość, zaliczając jako żołnierzy m.in. studentów szkół wojskowych czy… kelnerów z MON-owskich ośrodków wypoczynkowych, którym w miejsce cywilnych etatów proponowano kontrakty wojskowe.

Umowy wykonawcze na zakup uzbrojenia zawarte już po wyborach wskazują, że nowy rząd, przynajmniej na razie, zrywa z fantomem trzystu tysięcy, celując w armię wielkości około 150-170 tys. Niemal pewne jest wstrzymanie formowania powołanej w ub. roku 1. Dywizji Piechoty Legionów; celem do zrealizowania są cztery istniejące dywizje wyposażone w dużą ilość nowoczesnego uzbrojenia. Ale i to, oprócz pieniędzy, wymaga czasu.

Ilu mamy w tej chwili żołnierzy przeszkolonych do służby i zdolnych do działań zbrojnych? MON na swojej stronie wciąż chwali się liczbą 186 tysięcy. Nieoficjalne informacje z samej armii mówią jednak o 45-50 tysiącach. To mniej więcej tyle, ile ostatniego lata Ukraińcy skierowali do ofensywy na zaledwie kilkudziesięciu kilometrach frontu zaporoskiego. Łączna długość naszych granic z Białorusią i Obwodem Królewieckim przekracza tymczasem 600 kilometrów.

Przysięga żołnierzy 6. Mazowieckiej Brygady Obrony Terytorialnej im. rotmistrza Witolda Pileckiego, Garwolin, sierpień 2019 r. // Fot. Jakub Kamiński / East News

Klątwa artykułu piątego

Obecna kondycja polskiego wojska to „zasługa” niemal wszystkich ekip rządzących od wejścia naszego kraju do NATO. Gwarancje sojusznicze, na czele z miejscem pod parasolem nuklearnym USA, legły wtedy u podstaw polskiego myślenia o bezpieczeństwie. Od początku tego stulecia priorytetem MON stała się budowa armii o znacznych zdolnościach interwencyjnych, która, niczym renesansowi kondotierzy, będzie wypracowywać uznanie sojuszników, uczestnicząc w misjach z dala od Polski. Podstawowy wymiar funkcjonowania sił zbrojnych, czyli ochrona własnych granic, zszedł na plan dalszy, bo przecież „NATO nas obroni”. Uzawodowiona w 2009 r. armia ze stanu 128,4 tys. żołnierzy w 2008 r. stopniała w zaledwie trzy lata do 94,2 tys. (choć nigdy nie zmalała do 60 tysięcy – jak powtarzali przez lata politycy PiS).

Dla każdego, kto nadal wierzy, iż najważniejszym atutem polskiego wojska jest członkostwo w NATO, wydarzenia ostatnich tygodni musiały być kubłem zimnej wody. 10 stycznia serwis Politico opublikował artykuł cytujący komisarza UE do spraw rynku wewnętrznego Thierry'ego Bretona, z którego wynika, że Donald Trump miał trzy lata wcześniej powiedzieć szefowej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen, że nigdy nie przyjdzie z pomocą Europie w razie ataku, a NATO jest „martwe”. Potem, podczas spotkania wyborczego w stanie Iowa, Trump już osobiście stwierdził, że „to, czy wypełnimy swoje zobowiązania wobec NATO, zależy od tego, jak będą nas traktować”.

Wojna o istnienie Ukrainy trwa: mimo ofiar i zniszczeń, ukraińska armia i społeczeństwo stawiają opór Rosji. Jakie mają szanse? Co będzie dalej?

Czy zatem sojusz faktycznie „nas obroni”? Generał Keith Kellogg, były doradca do spraw bezpieczeństwa narodowego wiceprezydenta USA Mike'a Pence’a, w rozmowie z PAP uspokaja, że Donald Trump nie wycofa USA z tego paktu. „On jest biznesmenem i jego podejście do NATO opiera się na zasadzie: jeśli nie dotrzymujesz swojej części umowy, to nie ma umowy” – mówi Kellogg. Słowa Trumpa można więc rozumieć bardziej jako ostrzeżenie.

Z perspektywy Waszyngtonu NATO to rzeczywiście nie tylko zobowiązania. Jako fundament największego sojuszu obronnego świata, Stany Zjednoczone mogą w światowej polityce odgrywać rolę o wiele ważniejszą od tej, jaka przypadłaby im w udziale w pojedynkę. W tym sensie realizacja zobowiązań sojuszniczych wobec partnerów w Europie ma kluczowe znaczenie także dla postrzegania miejsca USA na Pacyfiku, czyli na arenie, którą wszystkie amerykańskie ekipy uważają za strategiczną dla przyszłości. Łatwo wyobrazić sobie, jak ewentualną rejteradę Ameryki z Europy przyjąłby Seul czy Tokio. Nie wspominając o Tajpej, które podobnie jak Warszawa strategię bezpieczeństwa oparło na partnerstwie z Waszyngtonem.

Koniec jazdy na gapę

Możliwe więc, że to, co opacznie odbieramy dziś jako śmierć NATO, w istocie jest jego tzw. momentem hamiltonowskim. Tak jak wojna o niepodległość uświadomiła przedstawicielom poszczególnych stanów Ameryki konieczność zawarcia sojuszu i zaciągnięcia wspólnego długu, tak agresja Rosji na Ukrainę uzmysłowiła europejskim członkom NATO, że w sprawach bezpieczeństwa kończą się możliwości dalszej jazdy na gapę, a raczej na rachunek USA. W 2022 r. budżety wojskowe na całym świecie wzrosły o 3,7 proc., do 2,2 biliona dolarów, ale w Europie zanotowano skok aż o 13 proc. Liderami były kraje położone najbliżej Rosji. Budżet wojskowy Finlandii wzrósł o 36 proc., Litwy o 27 proc., Szwecji o 12 proc., a Polski – o 11 proc.

Jednocześnie, jak podkreśla Justyna Gotkowska, wicedyrektorka Ośrodka Studiów Wschodnich, na poziomie taktycznym przyspieszyły prace nad planami obronnymi. – Sojusz ma już gotowy plan odpowiedzi na potencjalną rosyjską agresję dla właściwie każdego wycinka swojej wschodniej granicy. Wyznaczono zadania, trwa przyporządkowywanie do nich określonych sił. Nadal jesteśmy daleko od stanu gotowości operacyjnej, ale to i tak olbrzymi postęp – podkreśla Gotkowska.

W 2023 r. spośród 30 ówczesnych krajów NATO tylko 10 przeznaczało na obronność powyżej 2 proc. swego PKB, czyli minimum ustalonego wspólnie podczas walijskiego szczytu sojuszu w 2014 r. Bezsprzecznym liderem jest Polska, która na ten cel wydała w zeszłym roku 3,9 proc. PKB. Na drugim miejscu plasowały się USA (3,49 proc.); podium zamykała Grecja z 3,1 proc. PKB.

Nie brak jednak krajów, które ledwie przekraczają poziom 1 proc. (Hiszpania 1,26 proc., Słowenia 1,35 proc.). Symboliczne pod tym względem są Niemcy, najludniejszy i najzamożniejszy kraj Europy, który na obronność wydał w zeszłym roku ledwie 1,57 proc. PKB. W efekcie, jak pisał w grudniu tygodnik „Der Spiegel”, wyposażenie niemieckich wojsk lądowych w różny sprzęt, „od systemów artyleryjskich po namioty”, oscyluje dziś na poziomie 60 proc. ich zapotrzebowania.

Czas nagli, gdyż Rosja już właściwie zaatakowała NATO. Jej agenci przeprowadzili kilka skrytobójczych zamachów w Wielkiej Brytanii, do tego dopisać trzeba hybrydowe działania, które, jak wiemy dzisiaj, walnie przyczyniły się do referendalnej decyzji o brexicie. Na terenie Czech doszło do wybuchu magazynu amunicji, który tamtejsza policja wiąże z aktywnością rosyjskiej agentury. Niemal każdego dnia mamy też do czynienia z prowokacjami rosyjskiego lotnictwa, które z wyłączonymi transponderami zbliża się do natowskiej przestrzeni powietrznej i zmusza sojuszników do poderwania maszyn. W 2015 r. tureckie lotnictwo zestrzeliło nawet rosyjski bombowiec SU-24, który naruszył przestrzeń tego kraju. Dlatego NATO jako całość i Polska jako jego członek musi – podkreśla Justyna Gotkowska – szykować się na różne scenariusze. Od dywersji, przez hybrydowe ataki „zielonych ludzików” na pograniczu z Białorusią, po pełnoskalowy konflikt.

– Ten ostatni wydaje mi się obecnie najmniej realny, ale Rosja pokazała już, że gra tak, jak pozwala jej przeciwnik. Wiele przemawia za tym, że w ciągu najbliższych dwóch-trzech lat Kreml nie zdąży odbudować zdolności militarnych, które stracił w Ukrainie. To czas, który Polska musi wykorzystać dla wzmocnienia swojej armii oraz naszej pozycji międzynarodowej. Jeśli tego nie zrobimy, może się okazać, że Rosja kolejny raz zagra w ciemno i postanowi sprawdzić, z jak silnym przeciwnikiem ma do czynienia – mówi Gotkowska.

Para bellum

W ramach tych przygotowań nie może zabraknąć pracy nad zmianą naszego stosunku do obronności. Żyjemy w kraju, który w poprzedniej wojnie stracił niemal 6 mln obywateli, a zburzeniu uległo 180 tys. budynków. Społeczeństwo nawet kilka pokoleń później nosi w sobie zaszytą wojenną traumę, ale nie przekłada się to na poczucie, że warto być przygotowanym na najgorsze. Mamy raczej niechęć do posiadania broni palnej, lekceważenie szkoleń z bezpieczeństwa i pierwszej pomocy albo przyzwolenie, by samorządy nie inwestowały w miejskie schrony.

Polacy faktycznie nie palą się też do walki – tak wynika z badania IBRiS przeprowadzonego w grudniu na zlecenie „Rzeczpospolitej”. Na pytanie, co zrobilibyśmy w przypadku ataku zbrojnego Rosji na Polskę, 29 proc. ankietowanych zadeklarowało gotowość pomocy, np. jako wolontariusz w szpitalu. 15,7 proc. badanych odpowiedziało, że zaciągnie się na ochotnika do wojska. Jednak aż 37,4 proc. chciałoby się ewakuować z kraju, a co piąty Polak (22 proc.) w obliczu obcej agresji nie zrobiłby nic.

Mniej problemów nastręcza nam odpowiedź na pytanie, czy Polska, wzorem niektórych krajów NATO, powinna przywrócić zawieszony 15 lat temu pobór. W badaniu przeprowadzonym jesienią ub. roku na zlecenie Akademii Sztuki Wojennej aż 60 proc. respondentów odpowiedziało, że nie wierzy, iż kolejny rząd odważy się wprowadzić obowiązkową zasadniczą służbę wojskową dla wszystkich obywateli. Granice dopuszczalnej dla Polaków kohabitacji armii ze społeczeństwem wyznacza, jak pokazało to samo badanie, pomysł cyklicznych ćwiczeń wojskowych dla mężczyzn do 35. roku życia.

Generał Mirosław Różański, były dowódca generalny naszej armii, a obecnie przewodniczący senackiej komisji do spraw obrony narodowej, nie wydaje się być takimi nastrojami zaniepokojony. Owszem, w kontekście planów budowy trzystutysięcznej armii powszechna niechęć do służby zasadniczej budzi uzasadnione obawy o szanse ich realizacji.

– Zadajmy sobie jednak pytanie, czy na pewno tak dużej armii potrzebujemy – podkreśla Różański. – Moim zdaniem rozmowa o liczebności sił zbrojnych w oderwaniu od umiejętności, jakimi powinny one dysponować, nie ma sensu. Uważam, że potrzebujemy wojska zdolnego do skutecznego wykrywania, identyfikacji i zwalczania zagrożeń, zanim jeszcze dotrą do naszych granic. To oznacza, że powinniśmy budować armię doskonale wyszkolonych profesjonalistów, wyposażonych w nowoczesny sprzęt, który pozwoli zniwelować przewagę liczebną przeciwnika.

Zdaniem Różańskiego więcej nowoczesnego sprzętu to mniejsze zapotrzebowanie na ludzi do ich obsługi, bo także do technologii militarnych wkracza robotyzacja. A mniej żołnierzy to niższe koszty bieżącego funkcjonowania armii, a więc więcej pieniędzy na szkolenie ludzi będących w służbie i zakup nowego uzbrojenia. Koło się zamyka.

Jako przykład Różański podaje amerykańskie wyrzutnie rakietowe M142 Himars, które zamówiono już dla polskiego wojska. Pozwalają one razić precyzyjnie cele oddalone nawet o 300 kilometrów. Do ich obsługi potrzeba trzech żołnierzy. Przestarzałe polskie wyrzutnie WR-40 Langusta obsługuje tymczasem aż pięciu ludzi, ich maksymalny zasięg ognia zaś to tylko 40 kilometrów.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Historyk starożytności, który od badań nad dziejami społeczno–gospodarczymi miast południa Italii przeszedł do studiów nad mechanizmami globalizacji. Interesuje się zwłaszcza relacjami ekonomicznymi tzw. Zachodu i Azji oraz wpływem globalizacji na życie… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 4/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Między Bugiem a prawdą