Czy to może wyglądać tak? W mroźny poranek, późną wiosną, granicę polsko-ukraińską przekroczy ich pierwszy rzut: siły specjalne, łączność, logistycy. Wyposażeni na razie w sprzęt lekki. Wyruszą jako sześć zgrupowań: „Kursk”, „Charków”, „Kupiańsk”, „Donbas”, „Zaporoże” i „Chersoń”. W każdym – żołnierze z jednego z większych krajów Europy (Brytyjczycy, Francuzi, Hiszpanie, Niemcy, Włosi, Polacy), zasileni przez mniejsze kontyngenty narodowe. Oraz komponent amerykański. Skromny, lecz będący „ekspozyturą odstraszania”, tj. odgrywający taką rolę jak przed 1989 r. żołnierze USA w Berlinie Zachodnim: gwarantów tego, gdzie jest „czerwona linia”.
Umowa pokojowa w sprawie Ukrainy powinna mieć solidne gwarancje
Ukraina ma dwie główne drogi komunikacyjne biegnące równoleżnikowo: północną (przez Żytomierz, Kijów i dalej na Charków) i południową. Niemcy, Polacy i Włosi ruszą tą drugą: przez Lwów do Humania, gdzie Włosi skręcą na południe, na Chersoń. Niemcy i Polacy pożegnają się w Dnieprze: pierwsi skierują się do Donbasu, a drudzy na południe, na odcinek zaporoski. Lub może na odwrót?
Na miejscu zacznie się zwykła robota. Podobna do tej, jakiej polskie wojsko uczyło się na Bałkanach, a potem w Afganistanie i Iraku (dokąd pojechaliśmy na prośbę Amerykanów, traktując to jak sojuszniczą solidarność – bez traktatowego musu). Rozpoznanie terenu; nawiązanie kontaktów z ukraińskimi dowódcami i władzami cywilnymi. Oraz planowanie dyslokacji dla tych, którzy przybędą w następnych rzutach – piechoty, saperów, obrony przeciwlotniczej itd.
Słowem: dla polskiej dywizyjnej grupy taktycznej, współtworzącej siły pokojowe. Te mające gwarantować, że umowa pokojowa – wynegocjowana przez USA z Rosją, a zaakceptowana przez Ukrainę i Europę – nie skończy się tak jak porozumienia mińskie z 2014 i 2015 r., które miały zatrzymać rosyjską agresję w Donbasie, a skończyły się w 2022 r. agresją pełnoskalową.
Do zabezpieczenia pokoju potrzeba będzie kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy
Wystawienie tych sił byłoby dla Europy wysiłkiem (30 lat temu pokój w Bośni nadzorowało 60 tys. żołnierzy, z których co trzeci był Amerykaninem). Byłby to też wysiłek polityczny: politycy europejscy musieliby zbudować spójne stanowisko. Musieliby też wytłumaczyć obywatelom, że posłanie ich synów i córek to nie akt altruizmu wobec Ukraińców, lecz interes – Polski, Europy. Że lepiej, by linia styczności była pod Pokrowskiem, a nie Przemyślem. Byłoby to też ryzyko; takie chwile zawsze są obarczone ryzykiem. Dla tych, którzy pojadą, i dla tych, którzy wezmą za nich odpowiedzialność.
Ale to także szansa. Nie tylko dla Ukrainy – na koniec cierpień i zachowanie wolności. Także szansa na moment założycielski nowej Europy: tej scementowanej, jak to ujął na tych łamach Olaf Osica, konsensusem strategicznym, wzmocnionej i mądrzejszej. Czyli takiej, jaką chcą widzieć elity z USA, zresztą nie od dziś i nie tylko Republikanie: Europy biorącej za siebie odpowiedzialność.
Czy tak to może wyglądać? Tego dowiemy się wkrótce. Na razie niektórzy polscy politycy sugerują, że lepiej, by pojechali inni, bo my robimy już dość. Naprawdę? Jeśli pojadą Czesi, Litwini i Niemcy, my mielibyśmy stać z tyłu i dostarczać im konserwy?
Chaos i paternalizm na linii Europa-USA
Rozmowy na gościnnym gruncie Arabii Saudyjskiej z udziałem Amerykanów i Rosjan już ruszają (Ukraina ponoć na razie wstrzyma się z wysłaniem negocjatorów). A Europejczycy? Keith Kellogg – jeden z ludzi tworzących wąską grupę wokół Trumpa, odpowiadającą za te rozmowy – podczas konferencji w Monachium argumentował, iż lepiej, by krąg negocjatorów był wąski. Z kolei sekretarz stanu Marco Rubio mówił europejskim politykom, którzy zjechali w miniony weekend do stolicy Bawarii, że wszystko odbędzie się we współpracy z sojusznikami.
Niemniej chaos, jaki zapanował na linii USA-Europa, to nie tylko skutek postawy niektórych ludzi z ekipy Trumpa i jego samego – butnej, wobec Europejczyków paternalistycznej. To też efekt uboczny dynamiki, którą uruchomił telefon Trumpa do Putina. Bo jakkolwiek oceniać tu Trumpa (że ta „szklanka” jest do połowy pusta lub pełna), otwiera on nowy nieznany etap: politycznej gry, jakiej Zachód doświadczył ostatnio 35 lat temu, gdy walił się Związek Sowiecki. Tylko dziś jest trudniej: po drugiej stronie nie jest upadłe imperium, lecz Putin, który – nawet jeśli pójdzie na ustępstwa – musi ogłosić się zwycięzcą.
Zachodnia pomoc dla Ukrainy: za dużo, by przegrać, za mało, by wygrać
Trzy lata mijają od początku inwazji. Przez te trzy lata Zachód ratował i uratował Ukrainę. Spójrzmy jednak prawdzie w oczy: przez cały czas pomoc Zachodu była wprawdzie dość duża, by Ukraina nie upadła, ale za mała, by mogła wygrać – jeśli rozumieć pod tym nie tylko ocalenie niepodległości, ale też wyzwolenie okupowanej ziemi. Kontynuowanie dziś przez Zachód tej strategii (o ile można to nazwać strategią) to dalsze wyniszczenie kraju, bez żadnej pozytywnej perspektywy.
Można krytykować metody Trumpa (pochlebstwa wobec zbrodniarza, próba przejęcia ukraińskich surowców jako „zapłaty”). Jednak to, co robi, jest szansą na wyjście ze schematu „pomocy dla przetrwania” i na podjęcie gry z Putinem. Rzecz tylko w tym, by ta gra nie skończyła się dla USA z chwilą podpisania umowy, choćby najlepszej, zapewniającej wolność Ukrainy – zakładając, że Putin ustąpi z celów maksimum – lecz także by Stany włączyły się w etap kolejny: gwarantowania jej realizacji swym potencjałem odstraszania. Podpis Putina nic nie znaczy. Dlatego tak istotne, by w misji pokojowej byli Amerykanie. Choćby tylko tylu, co kiedyś w Berlinie Zachodnim.
Inna rzecz, że choć kilka dekad temu różnie bywało z „chemią” między Ronaldem Reaganem i George’em Bushem seniorem z jednej strony a politykami z Europy Zachodniej z drugiej, to szanowali się wzajemnie – i we wspólnych sprawach, tych dla Zachodu egzystencjalnych, sobie ufali.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















