Trzy lata od inwazji na Ukrainę. Tak żyją ludzie, którzy zostali w ukochanym Charkowie

Ksiusza wygląda na 12 lat, ale oczy ma poważne. Widziała wiele. Mimo walk na przedmieściach wiosną 2022 roku, mimo ostrzałów, które trwają do dziś, nie opuściła Charkowa. Jej tata jest strażakiem, a ona i mama chcą z nim być. I tak od trzech lat.
z Charkowa
Czyta się kilka minut
Sałtiwka, kiedyś 400-tysięczne osiedle mieszkaniowe, złożone z kilkunastopiętrowych bloków. Dziś trudno znaleźć taki, który nie nosiłby ran: osmaleń, śladów uderzeń i pożarów. Niektóre są całkiem zrujnowane. Charków, 2 lutego 2025 r. // Fot. Antonina Palarczyk
Sałtiwka, kiedyś 400-tysięczne osiedle mieszkaniowe, złożone z kilkunastopiętrowych bloków. Dziś trudno znaleźć taki, który nie nosiłby ran: osmaleń, śladów uderzeń i pożarów. Niektóre są całkiem zrujnowane. Charków, 2 lutego 2025 r. // Fot. Antonina Palarczyk

W tym roku wiosna chyba nie przyjdzie na Charkowszczyznę. Po raz pierwszy od 21 lat w biostacji, którą prowadzi charkowski Uniwersytet Karazina (bodaj największa z tutejszych uczelni, a na pewno najbardziej nobliwa: powstała w 1804 r.), świstak nie przepowiadał pogody w Dniu Świstaka.

Święto to, spopularyzowane w Stanach, ma korzenie w starożytności: Rzymianie prognozowali pogodę z pomocą jeża. Pod Charkowem zaś obyczaj był dotąd taki: 2 lutego naukowcy budzili świstaka imieniem Timko (szczęśliwie przetrwał rosyjską okupację biostacji wiosną 2022 r.) i wyjmowali go z norki, by zapytać, kiedy przyjdzie wiosna.

Wygląda to tak: jeśli świstak nie może zobaczyć swego cienia z powodu pochmurnego dnia, ma to oznaczać, iż wiosna nadejdzie wcześniej. Jeśli świeci zaś słońce - zima potrwa jeszcze przynajmniej sześć tygodni. Jednak w tym roku rytuał został zaburzony. Uniwersytet poinformował, że z powodu ciepłej zimy i wstrząsów ziemi spowodowanych eksplozjami gryzonie nie zapadły w sen zimowy.

Opowieść o Charkowie to opowieść o przywykaniu

Do szumu bomby lotniczej, drażniącego warkotu drona typu „szahed”. Zwłaszcza na Sałtiwce, dzielnicy w północno-wschodniej części miasta – kiedyś drugiego co do wielkości i liczby ludności na Ukrainie po stołecznym Kijowie.

Nad dachami Sałtiwki słychać wszystko, co leci zza bliskiej rosyjskiej granicy – w  stronę innych dzielnic lub w głąb Ukrainy. Albo żeby uderzyć w Sałtiwkę. Według mera Charkowa w Sałtiwce nie ma przedszkola, szpitala lub szkoły, które nie byłyby choćby uszkodzone.

Podobnie budynki mieszkalne. Sałtiwka to osiedle wielkie, kiedyś 400-tysięczne, złożone z kilkunastopiętrowych bloków. Dziś trudno znaleźć taki, który nie nosiłby ran: osmaleń, śladów uderzeń i pożarów. Niektóre są całkiem zrujnowane.

Z początku pełnoskalowej wojny, trzy lata temu, Rosjanie doszli na obrzeża miasta – sałtiwskie bloki znalazły się w zasięgu wszystkiego, co tylko było w ich arsenale, nawet armat czołgowych.

Na osiedlu Sałtiwka w Charkowie, 2 lutego 2025 r. // Fot. Antonina Palarczyk

W Charkowie wciąż pozostaje kilkadziesiąt tysięcy dzieci

Woda niespiesznie spływa po osmalonej ścianie. Mural na ogrodzeniu (wygląda, jakby malowały go dziecięce ręce) poznaczyły pociski. Wśród gruzu i okruchów szkła, które wypełniają budynek przedszkola trafiony rakietą, walają się zabawki.

Echo kroków biegnie po wnętrzu. Z otworu na parterze, który kiedyś był oknem (wyleciało wraz z futryną), zeskakują w błoto trzy dziewczyny, na oko dwunastoletnie. Z plecakami wyglądają, jakby wracały ze szkoły, klucząc po ulubionych miejscówkach, zanim zabiorą się za zadania domowe.

Ale przecież szkoły w Charkowie są zamknięte, dzieci – jest ich tu kilkadziesiąt tysięcy w wieku szkolnym – uczą się zdalnie od trzech lat. Stacjonarnie pracuje tylko szkoła umieszczona głęboko w trzewiach metra.

Okazuje się, że dziewczyny szukają kota jednej z nich, Maszy. – Ma na imię Puchlik, zerwał się nam ze smyczy – wyjaśnia Ksiusza, w dżinsach i czapce naciągniętej na zmarznięte uszy, spod której wystają rude włosy.

12-letnia Ksiusza: „Mój tato gasi pożary, ratuje ludzi”

Czy często tu przychodzą? – Często. To przedszkole stoi w takim miejscu, że każdej z nas jest blisko z domu. Ja mieszkam tam – Masza pokazuje nieodległy blok. W oknach, niemal bez wyjątku, wstawiona jest paździerzowa płyta w miejsce wybitego szkła. – Gdy wróciliśmy do mieszkania z piwnicy, było mocno uszkodzone. Ale teraz da się w nim mieszkać.

– Przywykłyśmy – trzecia dziewczynka wzrusza chudymi ramionami, wszak to już trzy lata. – No i mamy miejscówkę do włóczęgi. Fajnie się tu łazi.

– Jak rakieta przyleciała w nasz blok, byliśmy w piwnicy. Codziennie było tak głośno. Musiałam brać tabletki na stres – Ksiusza ma spokojny głos i poważne oczy.

Widziała wiele: – Nie wyjeżdżałam stąd ani razu, nawet na początku. Mojego tatę trzymała w Charkowie praca. On ratuje ludzi i gasi pożary. Gdy ostrzały miasta były częstsze, wracał do domu dopiero nad ranem, zmordowany. Od strażackiego toporka stracił palec. Teraz już nie jeździ na akcje, awansował. A mama robi paznokcie. Ale chciałaby się zajmować czymś innym.

Sąsiedzka wspólnota świętuje na Sałtiwce

Wspinając się po błotnistej skarpie naprzeciw przedszkola, wychodzi się na betonowy podjazd przed kolejnym blokiem. Także on w wielu miejscach jest osmalony, a paździerz wstawiono w większość okien.

Blok różni się tym szczegółem, że na podjeździe, z widokiem na poranione ściany sąsiednich budynków, spoczywa masywny samowar z czajnikiem. Ustawiono go na krześle pociągniętym fioletową farbą.

Wokół w półokręgu stoi kilkoro dorosłych. Rozmawiają pogodnie. Towarzysząca im garstka dzieci nie umie ustać w bezruchu, z piskiem krąży wokół rodziców. Przebiera ile sił w małych nogach, odzianych w ocieplane kalosze. Śmigają plastikowe hulajnogi.

– Wesoło u was – zauważam rzecz oczywistą.

– Trzeba było nas zobaczyć z szaszłykiem, jak latem rozkręcamy grilla! – odpowiada ze śmiechem rumiany facet w dresie. Zakręca kurek samowaru i podaje parujący kubek. – Słodzisz? Proszę nic sobie nie myśleć, u nas w mieszkaniach są i czajniki, i światło, i wszystko. Po prostu lubimy wyjść i pogadać z sąsiadami. Dziś świętujemy powieszenie lustra w windzie, którą uruchomili nam tydzień temu. Trzeba to oblać herbatą!

Sałtiwka, kiedyś 400-tysięczne osiedle mieszkaniowe, złożone z kilkunastopiętrowych bloków. Charków, 2 lutego 2025 r. // Fot. Antonina Palarczyk

Charkowianin kocha swoje miasto

Wcześniej świętowali remont ściany. – Eksplozja oderwała ją od reszty budynku. Teraz jest już pięknie zreperowana – czarnowłosa kobieta w puchówce wskazuje narożnik bloku. Odstępuje kolorem od reszty budynku i okolicy. Nieskazitelnie pomarańczowy. – Za część prac w okolicy odpowiada miejska władza, za część mieszkańcy, którzy włożyli w to swój wysiłek i pieniądze.

– Sałtiwka to dzielnica-sypialnia, zawsze było tu cicho. Dzieci można było puszczać bez strachu, żeby bawiły się na świeżym powietrzu. Nie ma ruchliwych ulic, gdzie można wpaść pod auto – dodaje ktoś inny.

Mówią, że bycie mieszkańcami Północnej Sałtiwki to ich życie, ich tożsamość: – Choć przede wszystkim jesteśmy charkowianami. A każdy charkowianin kocha swoje miasto, tak po prostu. Jak można nie darzyć go uczuciem, nie mam pojęcia. To nie chodzi też o samo miasto, ale przede wszystkim o ludzi. O silne więzi między nimi i wsparcie.

Rozmowa co i rusz ginie w wybuchach śmiechu, sąsiedzi mają wyśmienite humory. Ktoś zachęca przechodniów, zaprasza w stronę samowara.

Trzy paroletnie dziewczynki zeskakują w końcu z hulajnóg i wdrapują się na ławkę. Tulą się do siebie jak trzy małe sowy. Któryś z ojców przykrywa je kocem w kratę. Mimo ciepłej atmosfery, zimno przeszywa do kości.

Jak to jest brać prysznic podczas nalotu

– W roku 2022, w trakcie największej zawieruchy, części z nas nie było na Sałtiwce. Niektórzy wyjechali na jakiś czas, inni zostali. Większość mieszkańców dzielnicy nie wróciła. Nie mają do czego. Wiele tych bloków nie nadaje się do życia.

– W naszej klatce mieszka teraz sześć rodzin, większość teraz stoi z nami – kobieta w puchówce toczy wzrokiem po zebranych. – W tamtym czasie piwnica pod naszą klatką była najcieplejsza, tu gromadzili się mieszkańcy całego bloku, którzy nie opuścili Sałtiwki. Nasi mężowie przytargali rozkładane łóżka, zadbali o prąd. Ktoś zniósł do piwnicy stół, ktoś inny czajnik. Każdy przychodził z tym, co miał. Z chlebem, papierosami, konserwami i wódką.

– A w szkolnej piwnicy, naprzeciwko, chowało się 25 osób. Wszyscy byli na miejscu, kiedy pierwszy raz rakieta uderzyła w szkołę. Wszyscy przeżyli, piwnica była mocna – kolejny sąsiad włącza się we wspomnienia z wiosny 2022 r. – A tam dalej, pamiętam, czołgi stały. Do tych naszych czołgistów Oksana biegała z pierogami dla chłopaków.

– Kto się spodziewał tej wojny... Tutaj nikt. Myślałam, że to grzmot, jak wyglądnęłam przez okno, gdy się zaczynało. Mąż na to krzyknął: „Jaki grzmot, to wojna! Natasza, pakuj rzeczy!”. Biegałam po mieszkaniu, nie wiedząc, w co włożyć ręce i co zabrać. Zaczęłam pakować losowe przedmioty, do niczego nieprzydatne.

– Pamiętam, jak wbiegałam z piwnicy na nasze drugie piętro, żeby wziąć prysznic. I towarzyszyła mi natrętna myśl, że rakieta trafi w nasz blok wtedy, gdy będę pod prysznicem, goła. I że umrę goła.

– No właśnie, jak by to było zginąć w brzydkich majtkach? – wtóruje sąsiadce Natasza. Obie zanoszą się śmiechem. – Teraz bawią nas te wspomnienia, i dobrze. Ale wówczas nie było nam do śmiechu ani trochę.

Zbombardowane mieszkanie na Sałtiwce. Charków, 2 lutego 2025 r. // Fot. Antonina Palarczyk

Ludzie z Sałtiwki mówią, że nie opuszczą Charkowa

– Och, pamiętam moment, jak po tym najcięższym okresie wróciliśmy z mężem w 2023 r. Zaczęliśmy rozgaszczać się, rozpakowywać rzeczy. Było już w okolicy zdecydowanie spokojniej, ale akurat wówczas rakieta trafiła w sąsiedni blok. Ludzie zaczęli się znowu wyprowadzać. Powiedziałam do męża: „Siergiej, ja nie mogę, ja nie chcę znowu uciekać. Zrób mi prezent na urodziny. Ja chcę po prostu być w domu”.

– Co by nie gadali, w domu najlepiej. Nie ruszam się już nigdy i nigdzie. W przyszłość patrzę optymistycznie. Kupiliśmy nowe łóżko. Wielkie, przepiękne i białe. Wówczas nie było jeszcze windy, ludzie z całej naszej klatki pomagali je zataszczyć na nasze dziewiąte piętro.

– Przed wojną też się tak spotykaliście, na wspólną herbatę? – pytam.

– Nie zdarzało się – przyznaje Luda. – To wojna nas do siebie zbliżyła. I w piwnicy, i sąsiedzi sprowadzili się z powrotem. Dzieci zaczęły biegać, piszczeć, zrobiło się tak radośnie.

– O siebie się nie martwię, mam 40 lat – dodaje. – Ale mam dwoje malutkich dzieci. Martwię się o dzieci, którym odebrano normalne dzieciństwo. I o tych ludzi, którym odebrano spokojną starość. Mogliby wyjść przed swój blok i pospacerować z wnukami.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 8/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Charkowski Dzień Świstaka