Azerbejdżan odbudowuje Górski Karabach. Stawia nowe lotniska, burzy pamiątki po Ormianach

Jeszcze niedawno w Stepanakercie żyło 50 tysięcy ludzi. Dziś miasto nazywa się Chankedi, jest niemal bezludne i przypomina plac budowy. Życie wraca tu powoli, choć władze Azerbejdżanu robią, co mogą. Studenci dostaną nawet darmowe laptopy.
w cyklu Strona Świata
Czyta się kilka minut
Odbudowa Szuszy, którą rząd Azerbejdżanu ogłosił kulturalną stolicą kraju. Lipiec, 2023 r. // Fot. Erhan Sevenler / Anadolu Agency / ABACAPRESS / East News
Odbudowa Szuszy, którą rząd Azerbejdżanu ogłosił kulturalną stolicą kraju. Lipiec, 2023 r. // Fot. Erhan Sevenler / Anadolu Agency / ABACAPRESS / East News

Azerowie odebrali Ormianom Karabach we wrześniu zeszłego roku, po krótkiej, ledwie dwudniowej wojnie. Złamali ich wcześniej. Od grudnia 2022 roku utrzymywali Karabach w blokadzie, by chłodem, potem głodem, a na koniec strachem zmusić jego gospodarzy do ucieczki. Jeszcze wcześniej, jesienią 2020 roku, rozgromili Ormian w 44-dniowej wojnie, w której zginęło ponad 6 tys. ludzi.

Właściwie to wtedy Ormianie stracili Karabach, którym władali przez ostatnich 30 lat od czasów upadku Związku Radzieckiego. Wtedy Karabach, w którym Ormianie stanowili ponad trzy czwarte ludności, nie zamierzał dłużej pozostawać częścią Azerbejdżanu. Powstańcy, wspierani przez fedainów z Armenii i ormiańskiej diaspory, wygrali wojnę secesyjną (ponad 30 tys. zabitych) i ogłosili niepodległość samozwańczej republiki Arcachu, jak Ormianie nazywają Górski Karabach. Armenia nie zgodziła się na zjednoczenie, bo wtedy musiałaby anektować także azerskie ziemie dzielące terytorium kraju od spornej enklawy.

Azerowie długo czekali na okazję do odwetu. Bogacili się na kaspijskiej ropie, zbroili u kuzynów z Turcji. Ormianie zaś zawierzyli swoje bezpieczeństwo odwiecznej sojuszniczce, Rosji. Gorzko się rozczarowali, bo gdy wybiła godzina próby, Rosja, zajęta własną wojną w Ukrainie, nie przyszła im na ratunek.

Nikt nie wypędzał Ormian

Po azerskim zwycięstwie Republika Arcachu została rozwiązana. Według obrachunków przeprowadzonych przez władze Armenii zaraz po przegranej wojnie z Karabachu uciekło 100 632 tamtejszych Ormian. Szlak tułaczki wiódł przez góry, a uciekających było tak wielu, że aby pokonać niespełna 100-kilometrową drogę z karabachskiej stolicy, Stepanakertu, do Gorisu w Armenii, trzeba było spędzić w podróży nawet dwa dni.

Azerbejdżańskie władze oburzają się, kiedy dziś oskarża się je o etniczne czystki. „Nikt nie wypędzał Ormian” – odpowiada wówczas Hikmet Hadżijew, jeden z najbliższych zauszników prezydenta Ilhama Alijewa, który wygrywając wojnę o Karabach, został w Azerbejdżanie bohaterem jeszcze większym niż jego ojciec i poprzednik, Hejdar, założyciel współczesnego, niepodległego Azerbejdżanu. „Myśmy im tylko nie przeszkadzali w ucieczce. Mieli wolny wybór”.

W październiku 2023 r. Ilham Alijew ogłosił, że Karabach został włączony do azerbejdżańskiego państwa i będzie miał takie same prawa i przywileje jak inne prowincje. Zapowiedział też, że ci, którzy zdecydują się w Karabachu pozostać, będą traktowani tak samo jak pozostali azerbejdżańscy obywatele, ale nie mogą liczyć na żadne szczególne względy.

Rząd z Baku utrzymywał, że po wojnie została w Karabachu setka Ormian, ale Czerwony Krzyż twierdził, że było to najwyżej dwadzieścia osób, głównie samotnych, schorowanych i starych, zbyt słabych, by wszystko rzucić, ruszać w nieznane i zaczynać nowe życie. W kwietniu ze 150 tysięcy została już tylko dziesiątka. Azerowie zwieźli ich wszystkich do Stepanakertu i rozlokowali w dawnej restauracji Dgjak. Nie wiadomo, co się stało później, bo na polecenie władz z Baku działacze Czerwonego Krzyża wynieśli się z Karabachu i zastąpił ich tam Czerwony Półksiężyc.

Nie uciekli za to z Karabachu jego ostatni ormiańscy przywódcy. Prawie wszyscy zostali aresztowani przez azerskich żołnierzy. Uwięzieni w bakińskich aresztach i oskarżeni o działalność terrorystyczną, do dziś czekają na proces: prezydenci Araik Arutiunian, Bako Saakjan i Arkadij Gukasjan, przewodniczący karabachskiego parlamentu Dawid Iszchanjan i premier Ruben Wardanian, rosyjski bogacz, którego Kreml wyznaczył na namiestnika Karabachu w nadziei, że przejmie go na swój kaukaski protektorat.

Zasiedlanie spalonej ziemi

Stepanakert, stolica ormiańskiego Arcachu, nosi dziś azerskie imię Chankendi. Jeszcze niedawno żyło tu 50 tysięcy ludzi, dziś miasto jest niemal bezludne i przypomina plac budowy. Po zwycięskiej wojnie i wojskowej defiladzie w Chankendi Ilham Alijew ogłosił, że wydzieli z państwowego skarbca ponad 3 mld dolarów na odbudowę Karabachu i otaczających go azerskich powiatów, które Ormianie przemienili w spaloną ziemię.

Azerscy wygnańcy powoli wracają do Szuszy (w czerwcu mieszkało tam pół tysiąca przesiedleńców), Agdamu, Fizuli, Dżabrailu, Zangelanu, Gubadly, Kelbadżaru, Laczinu. Rząd buduje dla nich domy, kupuje meble, wyposażenie kuchni, łazienek, ale życie wraca powoli i jak na razie nieliczni mogą liczyć na pracę. Pół roku po wojennym zwycięstwie w Karabachu i sąsiednich powiatach osiedliło się dopiero kilka tysięcy osób. Alijew planuje, że za dwa lata w Karabachu znów żyć będzie ponad 150 tys. ludzi, najpewniej samych Azerów.

Powojenną odbudowę rząd z Baku postanowił zacząć od lotnisk w każdym powiatowym mieście. Na otwarcie inwestycji w Fizuli, jeszcze jesienią 2021 roku, zaproszony został turecki premier Recep Tayyip Erdoğan. Od tego czasu lotnisko stoi puste, nikt tu nie przylatuje, nikt nie odlatuje. Podobna cisza panuje na innym nowym pasie startowym w oddalonym o 70 km Zangelanie. Kolejny, w Laczinie, dopiero się buduje. Będą służyć za pomniki zwycięstwa i powiążą na dobre azerbejdżański Dziki Zachód z jego wielkomiejską i bogatą stolicą na kaspijskim brzegu.

W bezludnym Chankendi, na życzenie Ilhama Alijewa, robotnicy budują uniwersytet – nowoczesne sale wykładowe i miasteczko studenckie, jak z zagranicznego prospektu albo filmu. Roboty zaczęto w lutym, a już jesienią ma się rozpocząć nauka, na – jak na razie – kilku wydziałach, w tym ekonomii czy turystyki. W maju prezydent wyznaczył już nawet szanowanego w Baku profesora Sahina Bajramowa na rektora karabachskiego uniwersytetu. Aby zachęcić studentów, nauka ma być darmowa, a zajęcia będą prowadzić najlepsi uczeni, ściągnięci specjalnie z Baku. Studenci nie będą musieli również płacić za akademiki ani w stołówkach, a dodatkowo każdy z nich ma otrzymać darmowy laptop. Władze chcą w ten sposób skusić do przyjazdu do Karabachu co najmniej tysiąc studentów.

Odbudowa historycznych budowli w Azerbejdżańskiej Szuszy. 30 lipca 2023 r. // Fot. Selcuk Acar / Anadolu Agency/ ABACAPRESS / East News

Rząd odbudowuje także zniszczoną podczas wojny Szuszę, którą ogłosił kulturalną stolicą kraju. Do starej części miasta nie będzie się wpuszczało samochodów o napędzie spalinowym, a rolę parkingu, a także dworca kolejowego i autobusowego oraz centrum hotelowego pełnić ma przedmieście Daszalty, które wyrośnie w miejscu zrównanej z ziemią ormiańskiej wioski Karin Tak.

Jeszcze jesienią, podczas parady zwycięstwa, Alijew kazał zburzyć wzniesione przez Ormian gmachy karabachskiego parlamentu i urzędu wojennych weteranów. W marcu budynki legły w gruzach. Władze w Baku ogłosiły, że będą niszczyć w Karabachu wszystko, co nie będąc zabytkiem, przypominać lub kojarzyć się będzie z rządami ormiańskich separatystów. Na polecenie rządu zniesione zostały pomniki Stepana Szaumiana, ormiańskiego bolszewickiego komisarza, od którego imienia nazwano Stepanakert.

Azerbejdżańskie władze odrzucają jednak oskarżenia, że niszczą ormiańskie zabytki i świątynie, nad którymi troskę nakazują im międzynarodowe konwencje, a także listopadowy apel Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości. „Wyburzamy budynki, ulice, a nawet całe dzielnice, a ci, którzy stracą swoje nieruchomości, jeśli tylko będą obywatelami Azerbejdżanu, będą mogli ubiegać się o odszkodowania” – zapewnia rząd z Baku. „Nie tkniemy jednak niczego, co jest zabytkiem, a tym bardziej dziedzictwem ludzkości. Z pewnością nie są jednak nimi budynki czy świątynie wzniesione w czasie, gdy Karabach pozostawał poza kontrolą Azerbejdżanu”.

Ormianie twierdzą, że to tylko puste słowa, a Azerowie, którzy nie wpuszczają do Karabachu żadnych postronnych gości, wyburzają nowe świątynie, a stare zamykają i demontują, tłumacząc się pracami konserwatorskimi (tak postąpiono z kościołem świętego Jana Chrzciciela, Kanacz Żam i katedrą Chrystusa Zbawiciela Kazanczecoc w Szuszy, jednymi z najważniejszych ormiańskich świątyń). Zamykają też przejęte ormiańskie muzea i biblioteki, burzą stare cmentarze i niszczą kamienne obeliski, chaczkary, by usunąć wszelkie ślady obecności Ormian w Karabachu.

Ormiańska odyseja

Uciekinierzy z Karabachu szukali ratunku w Armenii, ale nie znaleźli tam nowego domu. Prędko odkryli, jak wiele ich dzieli od tamtejszych Ormian. Różnią się ich obyczaje, tradycja, nawyki, kuchnia, a nawet mowa, nie mówiąc już o poglądach na politykę i świat. Dzisiejszy premier Armenii Nikol Paszynian jest wrogiem dwóch poprzednich przywódców kraju, którzy wywodzili się z Karabachu. Karabachscy Ormianie mają go za zdrajcę, a wielu Ormian z Armenii uważa rodaków z Karabachu za kulę u nogi, bo z powodu wojny Armenia jest biedaczką, otoczoną przez wrogi Azerbejdżan i Turcję.

Mimo to Armenia przyjęła uciekinierów z otwartymi rękami. Nie wznosili obozowisk dla uchodźców, ale każdemu pomagali znaleźć dach nad głową. Klepiąc biedę, nie mieli jednak wiele, by dzielić się z przybyszami. Świat zaś, zajęty wojnami w Ukrainie i Strefie Gazy, nie miał głowy, by pomagać jeszcze Ormianom.

Uważając, że karabachscy uchodźcy pochodzą ze wsi, rodacy z Armenii próbowali ich osiedlać u siebie na wsiach. Owszem, życie było tam tanie, ale pracy żadnej, a ziemia kamienista, nieurodzajna, nie tak jak w Arcachu. Przybysze ruszali więc do stołecznego Erywania, w nadziei, że tam będzie łatwiej o zarobek. Znajdowali jednak przede wszystkim drożyznę, zwłaszcza na rynku nieruchomości, gdzie ceny wywindowali zamożni Rosjanie, którzy wcześniej tysiącami zjechali do Armenii, uciekając przed powołaniami na wojnę w Ukrainie i rodzimą tyranią.

Przyjmując uchodźców wojennych, Armenia zobowiązała się do udzielenia pomocy, ale odebrała im przywilej ubiegania się o uchodźczy status gdzie indziej na świecie. Do końca roku wypłacać będzie skromne (250 dolarów jednorazowo plus 150 dolarów miesięcznie na wynajem mieszkania i usługi komunalne), ale jedyne, na jakie ją stać (i tak zaciąga na nie kredyty na Zachodzie), zapomogi. Nie wystarczą one jednak na przyzwoite życie, więc coraz więcej ludzi myśli o wyjeździe z Armenii w świat, najchętniej na południe Rosji, do Stawropola czy Krasnodaru, gdzie mieszka liczna ormiańska diaspora. Po niespełna roku od ucieczki z Karabachu z Armenii wyjechało na dobre już kilkanaście tysięcy karabaskich Ormian.

Pozostali wciąż się wahają, sondaże mówią, że o wyjeździe zagranicę myśli jedna trzecia uchodźców. Jedynie półtora tysiąca zdecydowało się wystąpić o obywatelstwo Armenii. Reszta obawia się utraty uchodźczych zasiłków i tego, że jako obywatele innego państwa stracą ostatecznie prawo do Karabachu i wszystkiego, co w nim posiadali. „Jeśli wyjedziemy z Armenii, stracimy też prawo powrotu do Arcachu” – przekonują rodaków ich polityczni przywódcy na wygnaniu. Ale premier Paszynian, który spieszy się, by zawrzeć pokój z Azerbejdżanem i otworzyć wreszcie granicę z Turcją, nie pozwolił karabachskim politykom utworzyć w Erywaniu rządu na uchodźctwie. „W Armenii może być tylko jeden rząd” – zapowiedział im wiosną. Paszynian wciąż podejrzewa karabachskich polityków, że są w Armenii rosyjskim „koniem trojańskim”, który ma pozbawić go władzy i z powrotem wepchnąć kraj pod skrzydła Kremla.

Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości jeszcze jesienią orzekł, że karabachscy Ormianie mają prawo do powrotu do swoich domów, a Azerbejdżan ma obowiązek im ten powrót umożliwić. Karabachscy Ormianie żądają, by wpierw ONZ wziął Karabach w protektorat, posłał tam wojska pokojowe, które zapewniłyby im bezpieczeństwo i autonomię w granicach azerbejdżańskiego państwa. „To nierealne” – powątpiewa premier Armenii Paszynian. „Chcecie wracać? Proszę bardzo! – mówi prezydent Azerbejdżanu Ilham Alijew. – Ale wyłącznie jako dobrzy obywatele Azerbejdżanu”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”