Black Sabbath, niekwestionowani ojcowie chrzestni heavy metalu, postanowili pożegnać się ze sceną tam, gdzie wszystko się zaczęło: w rodzinnym Birmingham. To miasto, niegdyś symbol industrialnej potęgi, stało się miejscem ich narodzin i świadkiem ich odejścia. Ostatni koncert, przejmujący i dostojny, nie tylko zamknął pewien rozdział w historii muzyki, ale też pokazał, że nawet najcięższy, najbardziej surowy dźwięk może mieć godne i wzruszające zwieńczenie. Był to finał z klasą i z pełną świadomością dziedzictwa przekazanego następnym pokoleniom muzyków.
Kiedy nieco dwa tygodnie później, 22 lipca, nadeszła wiadomość o śmierci Ozzy’ego Osbourne’a, muzyczny świat spod znaku czerni i łomotu zamarzł niczym piekło. Ostatnie dźwięki zagrane ze stadionowej sceny nabrały niemal mistycznego znaczenia – jakby Osbourne przeczuwał, że tym razem pożegnanie jest naprawdę.
„Back to the Beginning”: czwórka z Birmingham zamyka epokę
W sobotni wieczór, 5 lipca 2025 r., na stadionie Villa Park w Birmingham zakończyła się historia, której początków należy szukać ponad pięćdziesiąt lat temu w zakurzonym garażu na przedmieściach robotniczego miasta. Członkowie oryginalnego składu – Tony Iommi, Geezer Butler, Bill Ward i Ozzy Osbourne – po raz ostatni, a zarazem pierwszy od ponad dwóch dekad, stanęli razem na scenie. To było jak spotkanie starych przyjaciół po długiej rozłące, tyle że ich sceną był stadion wypełniony po brzegi, a nie lokalny pub.
Towarzyszyli im wykonawcy, którzy wielokrotnie powoływali się na dziedzictwo czwórki z Birmingham. W hołdzie często nagrywali na swoje płyty własne interpretacje utworów Black Sabbath. Przy ojcach założycielach na scenie stanęli m.in. Metallica, Pantera, Anthrax, Lamb of God, Slayer, Alice in Chains czy Zakk Wylde, grający przez wiele lat na solowych płytach Ozzy’ego.
Symboliczny tytuł koncertu „Back to the Beginning” zamknął nie tylko historię zespołu, ale wręcz całą epokę w muzyce rockowej. Był też pożegnaniem czasów, w których rock i heavy metal miały realną siłę oddziaływania, potrafiły burzyć porządek świata, prowokować, inspirować i niepokoić. Dziś ten gatunek stracił swój buntowniczy impet – nie szokuje, nie porusza, nie porywa nowych pokoleń.
Klasyczny heavy metal wszedł w swoją fazę schyłkową. Świadczą o tym nie tylko spadające nakłady płyt, co w dzisiejszych czasach jest zjawiskiem powszechnym bez względu na rodzaj muzyki, ale też coraz rzadsza obecność na listach przebojów czy starzejąca się baza fanów. I co chyba najważniejsze – brak nowych ikon z potencjałem na legendę, którą opowiadać się będzie przez kolejne pokolenia.
Metalowy smok nie ma już zębów, nie zieje ogniem. Zanurzony we wtórności i anachronicznych dekoracjach zjada własny ogon. I choć oczywiście publiczność wciąż wypełnia stadiony wielopokoleniowym tłumem, to jednak więcej w tym sentymentu, realizacji młodzieńczych marzeń czy – dla najmłodszego pokolenia – próby zmierzenia się z legendą, której uroki i czar zachwalał nawet dziadek.
Na stadionie w Birmingham swoją legendę przyszło pożegnać ponad 40 tys. osób, a blisko 6 milionów fanów śledziło wydarzenie przed monitorami w swoich domach na całym świecie. Czy ktokolwiek z nich spodziewał się, że będzie to też ostateczne pożegnanie z Księciem Ciemności, jak fani i branżowe media zwykły nazywać Ozzy’ego Osbourne’a?
Scenografia odwoływała się do estetyki pierwszych koncertów Black Sabbath: surowo, ciemno, z minimalizmem, który podkreślał esencję ich muzyki. Ozzy, zmagający się od dawna z chorobą Parkinsona i mnóstwem innych schorzeń, siedział na tronie zwieńczonym głową i skrzydłami nietoperza. Przykuty do siedziska wyśpiewywał wersy utworów, które ukształtowały brzmienie całego gatunku.
Jego głos, choć naznaczony latami życia i burzliwą karierą, wciąż emanował charakterystycznym, przenikliwym lamentem. „To mój ostatni bis. Nie mogłem zagrać mojego ostatniego koncertu nigdzie indziej. Musiałem wrócić do początku” – powiedział w wywiadzie dla magazynu „Classic Rock” na kilka dni przed finałowym występem. Jak się okazało – były to słowa prorocze.
Dzwon, deszcz i nowy gatunek
Black Sabbath powstał w 1968 r. jako Earth. Jednak jego członkowie, pod wpływem filmu z Borisem Karloffem z 1962 r., właśnie o tytule „Black Sabbath”, zmienili nazwę na bardziej złowieszczą. Tony Iommi (gitara), Geezer Butler (bas), John „Ozzy” Osbourne (wokal) i Bill Ward (perkusja) połączyli blues rocka z przesterowanym, potężnym brzmieniem i mrocznymi, refleksyjnymi tekstami.
Ich debiutancki album wydany 13 lutego 1970 r., z utworem tytułowym rozpoczynającym się słynnym dźwiękiem dzwonu i ulewnego deszczu, wprowadził nową jakość do świata muzyki rockowej. Powolne, transowe riffy, monumentalny ciężar, który rezonował ze społecznym niepokojem i nastrojami ówczesnego świata, naznaczonego zimną wojną i napięciami społecznymi. Kolejne albumy, takie jak „Paranoid” czy „Master of Reality”, ugruntowały ich pozycję jako pionierów nowego gatunku.
W 1979 r., po słabo przyjętej płycie „Never Say Die!”, a także ze względu na problemy Ozzy’ego z alkoholem i narkotykami, koledzy pożegnali się z wokalistą. I chociaż wówczas wielu przepowiadało koniec kariery zarówno jego samego, jak i czwórki z Birmingham, tytuł płyty okazał się znaczący.
Zespół, choć przez lata zmieniał skład i eksperymentował z instrumentami elektronicznymi, zawsze powracał do korzeni, a jego duch – ten pierwotny, mroczny, ciężki duch Sabbath – trwał niezmienny. Przez dekady grupa zmagała się z problemami, które są niemalże nieodłącznym elementem życia rockowych legend: uzależnieniami, wewnętrznymi konfliktami, presją branży muzycznej.
„Sabbath Bloody Sabbath”: gdzie ten diabeł?
Od samego początku Black Sabbath był niesłusznie oskarżany o promowanie satanizmu. Ich nazwa, brzmienie, a nawet okładki płyt – jak ta z samotną, enigmatyczną postacią wśród drzew na debiutanckim albumie, czy obrazek z narodzin szatana na płycie „Sabbath Bloody Sabbath” (1973) – budziły oburzenie konserwatywnych środowisk.
Media chętnie podsycały te zarzuty. Ozzy i Iommi występujący na scenie z dużym krzyżami na szyjach, teksty o piekle, a nawet utwory takie jak „N.I.B.” (czyli „Nativity in Black”, choć często interpretowano to jako „Narodziny w piekle”) ze słynnym fragmentem tekstu „My name is Lucifer, please take my hand” – wszystko to składało się na medialny obraz złego zespołu, który sprowadza młodzież na manowce.
„Nigdy nie byliśmy satanistami. To wymysł mediów, szukających taniej sensacji, aby sprzedać gazety” – dementował wiele razy w wywiadach Tony Iommi. Geezer Butler, autor tekstów, dodawał: „Pisaliśmy o ciemności, ale to była przestroga, jak lustro odbijające lęki ludzkości, a nie apoteoza”. Również Ozzy podkreślał wielokrotnie, że ich muzyka była raczej formą ekspresji lęków i obaw, a nie afirmacji ciemności i zła. Ich teksty często poruszały tematy społeczne, wojenne, egzystencjalne, a mroczna otoczka była raczej wyborem estetycznym niż ideologicznym. Ten styl chętnie przejęły późniejsze zespoły.
Warto pamiętać, że do świata muzyki metalowej Ozzy i spółka wnieśli nie tylko ciężkie riffy, ale też wiele tematów: od biedy, wojny, wykluczenia, politycznych manipulacji, poprzez okultyzm, magię, aż po transcendencję i rozważania wokół najważniejszych pytań dotyczących tego, co spotka nas po drugiej stronie. Realia życia klasy robotniczej, strach przed wojną nuklearną i koszmar konfliktu, samotność i wyobcowanie – to wokół takich tematów koncentrują się do dziś teksty muzyków tworzących w tym nurcie przez kolejne dekady.
Trasa „The End” i inne nieudane pożegnania
Tradycja powtarzanych co kilka lat przez zespoły „tras pożegnalnych”, które za każdym razem mają być już tą naprawdę ostatnią, jest mocno wpisana w marketingową historię muzyki rockowej. Black Sabbath też miał już swoje „ostatnie tango”. Po nagraniu albumu „13”, który stał się ich pierwszym od 35 lat studyjnym albumem z Ozzym na wokalu, zespół wyruszył w trasę nazwaną „The End”. Była to oficjalnie pożegnalna seria występów, podczas której wystąpili również w Krakowie.
Niestety trasa ta wywołała sporo kontrowersji wśród fanów i zespołu. Zabrakło na niej oryginalnego perkusisty, Billa Warda, którego na czas koncertów zastąpił Tommy Clufetos. Bill nie zagrał też na finałowej płycie „13” – tam zastąpił go Brad Wilk, znany m.in. z zespołu Rage Against The Machine. Ozzy tłumaczył dziennikarzom, że Bill jest zbyt słaby fizycznie, że nie dałby rady wziąć na siebie trudów trasy koncertowej. Zmagający się z chorobą serca muzyk wielokrotnie podkreślał jednak, że dużo ćwiczył i kondycyjnie był gotowy wziąć udział w koncertach. Miał żal do kolegów, że został pominięty. Oczywiście oficjalnie przyczyny kondycyjne to jedno, a spory kontraktowe i finansowe – drugie. Tym większe znaczenie miało więc pojawienie się całej oryginalnej czwórki na scenie w Birmingham. Nadało to wydarzeniu status autentycznego, pełnego domknięcia – z rozmachem, wzruszeniem i godnością.
Nie każdemu z wielkich udało się odejść w takim stylu. Led Zeppelin zamilkł po tragicznej śmierci perkusisty Johna Bonhama w 1980 r. Bez pożegnania, z nagłą ciszą, która co parę lat przerywana była okazjonalnymi występami pozostałych muzyków z Jasonem Bonhamem, synem Johna, w roli perkusisty. Pojawiające się co jakiś czas plotki o możliwym stałym powrocie Led Zeppelin na sceny i do studia ostro dementowali Jimmy Page i Robert Plant. Czy sami też te plotki podsycali? A czemuż by nie!
Deep Purple funkcjonuje do dziś niczym objazdowy cyrk z licznymi zmianami składu i stylistyki, nieustannie, choć nie zawsze z sukcesem, próbując redefiniować swoje brzmienie i miejsce w rockowym panteonie. Nagrywają nowe płyty, grają koncerty, ale coraz bliżej im do parodii samych siebie sprzed lat niż do autentycznej siły, którą stanowili w złotej erze hard rocka. Szans na odejście w stylu Black Sabbath nie mają żadnych – jeden z założycieli, gitarzysta Ritchie Blackmore, za żadne skarby nie chce stanąć na scenie z dawnymi kolegami, a drugi – klawiszowiec, Jon Lord, zmarł w 2012 r.
Black Sabbath, w przeciwieństwie do kolegów, zrobił coś, co rzadko udaje się w muzyce, zwłaszcza dziś, kiedy kultura popularna eksploatuje artystów do granic możliwości. Powiedział „dość” we właściwym momencie, nie czekając, aż zgaśnie pamięć fanów. I, co nie bez znaczenia, kiedy wszyscy założyciele zespołu byli jeszcze żywi.
Dzieci Księcia Ciemności
Wpływ Black Sabbath na muzykę jest niezaprzeczalny. Nie byłoby metalu w takiej formie, jaką znamy, ani thrashu, grunge’u czy stoner rocka, bez ich pionierskiego brzmienia. Lars Ulrich z Metalliki, sam będący ikoną ciężkich brzmień, powiedział wprost: „Black Sabbath to ojcowie metalu. Zrobili wszystko pierwsi. I lepiej niż ktokolwiek inny mógłby to sobie wyobrazić”. James Hetfield, również z Metalliki: „Bez Sabbath nie byłoby Metalliki. To proste. Ich riffy to nasza biblia”. Tom Morello z Rage Against the Machine przyznał, że „pierwszy raz w życiu poczuł gniew i transcendencję naraz”, słuchając „Into the Void”, co pokazuje, jak głęboko ich muzyka oddziaływała na emocje muzyków młodszych o pokolenie. Bez Black Sabbath nie byłoby też Slayera, Soundgarden, Iron Maiden, Judas Priest, Sepultury – wszyscy oni (i dziesiątki innych) wymieniali grupę z Birmingham jako tych, którzy zainspirowali ich do wzięcia instrumentów do ręki.
Dziedzictwo Sabbathów to także duch niezależności, odwagi w eksplorowaniu mroku i umiejętności przekształcania „brudu” w coś, co stało się formą piękna. To oni ustanowili ciężar jako sposób na wyrażanie skomplikowanych uczuć i refleksji. Riffy grane przez Tony’ego Iommiego to dziś kanon dla każdego, kto chce zgłębiać tajniki ciężkich brzmień. Na ironię zakrawa fakt, że „człowiek, który wymyślił heavy metal”, w młodości stracił końcówki palców w wypadku przy pracy w fabryce. Grał dzięki specjalnym, stworzonym przez siebie gumowym nakładkom, a obniżony strój gitary sprawiał, że była ona bardziej „miękka” – i właśnie ten przymusowy kompromis techniczny w dużej mierze ukształtował unikalne brzmienie grupy.
Kropka w biografii. I 200 milionów dolarów dla życia
Pożegnalny występ Black Sabbath miał jeszcze jeden wymiar, który może się stać odpowiedzią wszystkim tym, którzy w muzyce metalowej czuli jedynie oddech diabła. Koncert w Birmingham przyniósł dochód w wysokości około 200 mln dolarów, który zostanie przekazany na cele charytatywne. Pieniądze mają być podzielone między organizacje zajmujące się badaniami nad chorobami neurodegeneracyjnymi, wsparciem dla zdrowia psychicznego oraz pomocą dla muzyków w trudnej sytuacji.
W świetle śmierci Osbourne’a wydarzenie to było starannie postawioną kropką – nie tylko w biografii zespołu, ale i w całym rozdziale muzyki, który Black Sabbath przez dekady współtworzył i definiował.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















