„Dlaczego, kiedy przejeżdżasz obok wypadku samochodowego, zerkasz w jego kierunku, licząc skrycie, że zobaczysz trochę krwi? Ze wstydem przyznaję, że ja tak właśnie robię” – wyjawił Trent Reznor magazynowi „Rolling Stone” pytany o fenomen zespołu Nine Inch Nails.
Artysta stawiał na wyrazistość nie tylko podczas wywiadów. Zlecał teledyski tak drastyczne, że nie mogło ich pokazać MTV, wykrzykiwał teksty o przemocy, depresji i sadomasochizmie, a cyfrowo przetworzone przez niego gitary spowijające industrialny łomot trafiły na niesławną składankę, którą torturowano więźniów w Guantanamo. Mimo to drugi album Nine Inch Nails sprzedał się w czterech milionach egzemplarzy, media porównywały jego zespół do Nirvany, a szukający nowego pomysłu na siebie David Bowie obsadził Reznora w teledysku. Do współpracy zapraszali go też najgłośniejsi reżyserzy: Oliver Stone („Urodzeni mordercy”) czy David Lynch („Zagubiona autostrada”) .
Trent Reznor: bohater swoich czasów
Mając na uwadze nazwiska filmowców, trafne wydaje się rozpoznanie Martina Huxleya, autora książki „Nine Inch Nails” z 1997 roku, który kolosalnego sukcesu zespołu upatrywał w fascynacji amerykańskiej popkultury przemocą. Istotne było jednak nie tylko miejsce, ale także czas. Zachodnia popkultura lat 90. – dekady względnego spokoju i prosperity – odbijała świat w krzywym zwierciadle. Niezależnie od tego, czy były to filmy Lyncha, teledyski Chrisa Cunninghama, czy głośne powieści Breta Eastona Ellisa („American Psycho”) i Chucka Palahniuka („Podziemny krąg”).

Rozwalający scenę, wyzywający publiczność, a przy tym publicznie grzebiący w swoich najgłębszych lękach Reznor był bohaterem swoich czasów. Przy czym jego wściekłość i ból nie były na pokaz. To nie był kostium, który miał szokować, jak w przypadku Marilyna Masona, którego płyty produkował. Nic z tych rzeczy. Reznor przyznawał, że pisanie piosenek o depresji nie pomaga z niej wyjść, a zdaje się jedynie ją potęgować. W wywiadzie dla magazynu „Request” mówił wprost: „Cały czas mam lekką depresję, więc pewnie powinienem udać się na terapię, ale to zrujnowałoby moją karierę”.
A mimo to przez lata prowadził ze sobą tę niebezpieczną grę. Rozgrywkę, którą miliony słuchaczy śledziło z ekscytacją kierowcy mijającego wypadek.
Pogodny i przyjacielski dzieciak chwyta się muzyki
Tłumy na koncertach, decybele w powietrzu, emocjonalne rozedrganie i zespół prowadzony żelazną ręką – to wszystko wydaje się zupełnym przeciwieństwem scenerii, w jakiej dorastał Reznor: malutkiego Mercer położonego w rolniczej Pensylwanii. Jego rodzina szybko dostrzegła, że ciągnie go do muzyki. I że nie była to miłość nieodwzajemniona, bo podobno chłopiec miał zadatki na wirtuoza fortepianu. Próbował też swoich sił jako trębacz i saksofonista, na tym drugim instrumencie grał w szkolnych orkiestrach. Po latach kierownik jednej z nich wspominał go jako pogodnego i przyjacielskiego dzieciaka.
Wbrew późniejszemu wizerunkowi artysty takie opinie dominowały w wywiadach z bliższymi i dalszymi znajomymi z Mercer. Reznor nie prostował tych wypowiedzi. Przeciwnie, dodawał swoje trzy grosze do tej sielanki, przyznając na przykład, że jego najlepszym przyjacielem był ojciec, który nauczył go grać na gitarze, kupił mu elektryczne pianino i jako pierwszy poczęstował marihuaną. W wywiadzie udzielonym magazynowi „Spin” przyszły gwiazdor wyjawiał, że już wtedy czuł się niekomfortowo w otoczeniu rówieśników, ale muzyka dodawała mu pewności siebie – po prostu czuł, że jest w tym dobry. Nic więc dziwnego, że chwycił się jej ze wszystkich sił.
Kiedy wyjechał do college’u w Pittsburghu, uczył się w nim muzyki i informatyki, która pozostawała jego drugą miłością. Zaczął też grać w zespołach wykonujących przede wszystkim covery. Od czasu, gdy usłyszał Kiss, ciągnęło go w stronę ciężkiego rocka, co było o tyle kłopotliwe, że zamiast grać na gitarze, wolał grzebać przy syntezatorach, a później także sekwencerach, gdzie przydawało się jego programistyczne zaplecze. Dlatego duże wrażenie zrobiły na nim nagrania nowofalowych zespołów grających z automatem perkusyjnym. Przełomem okazała się jednak twórczość zespołów z kręgu rocka industrialnego (Ministry, Skinny Puppy), które wykorzystywały elektroniczne instrumenty, by nagrywać ciężką, mroczną muzykę. Nine Inch Nails sięgnęło po nią i zabrało na inny poziom.
„Pretty Hate Machine”: sukces pierwszej płyty Nine Inch Nails
Nie stało się to jednak od razu. Przez jakiś czas Reznor grywał w różnych zespołach, pracował w sklepie, kręcił się w kółko. Aż pewnego dnia obudził się z mocnym postanowieniem zmiany swojego życia. „Zawarłem ze sobą pakt. Trochę ćpałem i widziałem, że zmierzam w kierunku, który w ogóle mi nie pasuje. Postanowiłem więc przeprowadzić eksperyment: co by się stało, gdybym zaangażował w coś całą swoją energię?” – wspominał magazynowi „Spin”.
Od tej chwili Reznor podporządkował wszystko muzyce. Było to o tyle prostsze, że zatrudnił się w studio nagrań w Cleveland, a nad swoim debiutem pracował w pojedynkę. Nierzadko kończył swoją zmianę o drugiej w nocy, po czym zamiast wracać do domu, przez następne sześć godzin pracował nad własnym materiałem. Do wszystkiego dochodził sam, pracując metodą prób i błędów. Dotyczyło to nie tylko muzyki, ale także tekstów. Początkowo próbował pisać polityczne protest-songi w stylu The Clash, ale zupełnie sobie z tym nie radził. Wszystko zaskoczyło, gdy w piosenkach zwrócił się do wewnątrz, krzycząc o swoich lękach, bólach i frustracjach.
Z pomocą lokalnego menadżera Reznor rozesłał pierwsze demo do kilku wytwórni. Ku jego zaskoczeniu, odzew był natychmiastowy. Zamiast podpisać kontrakt z wydawcami swoich industrialowych ulubieńców, artysta związał się z niewielką nowojorską wytwórnią TVT. Jej szef, Steve Gottlieb, bardzo zaangażował się w prace przy debiutanckiej płycie Nine Inch Nails: umawiał Reznora z kolejnymi producentami, poleciał z nim do Londynu, bombardował media informacjami o nowym, ważnym zespole. I rzeczywiście, „Pretty Hate Machine” okazało się sukcesem – nie tylko sprzedażowym, ale także artystycznym. Ciężkie, ale zaskakująco przebojowe „Head Like a Hole” czy „Terrible Lie” miały potencjał, by porwać tłumy. Reznor przekonał się o tym, gdy wreszcie udało mu się zmontować zespół, który mógł zaprezentować ten materiał na scenie.
Wojna z wydawcą i anarchia na scenie
Rosnąca popularność oznaczała jednak również problemy. Na scenie Reznor radził sobie z nimi, rządząc żelazną ręką. Gorzej było z wytwórnią, której pomysły nie zawsze przypadały mu do gusty. Kiedy zaś zorientował się, że TVT ma nad nimi przewagę w postaci obowiązującego kontraktu, poszedł z nią na wojnę.
Nie widząc perspektywy dalszej współpracy z wydawcą, Nine Inch Nails skupiło się na koncertach, za sprawą których muzyka zespołu nabrała rockowego, a może nawet metalowego charakteru. Na koncertach był ogień, po koncertach również – Reznor udzielał wywiadów, w których notorycznie atakował wydawcę i lamentował, że to koniec jego fonograficznej kariery. Mocno się przy tym nakręcał. Ostatecznie nie był chyba do końca sprawiedliwy, skoro Gottlieb zamiast zniszczyć jego karierę latami procesów, sprzedał prawa do następnych płyt Nine Inch Nails wytwórni Interscope.
Konflikt z TVT zaowocował epką „Broken” – fenomenalną krótką płytą, która prezentowała nowe, wściekłe oblicze Nine Inch Nails znane z koncertów. W tym legendarnego występu na festiwalu Lollapalooza (1991). Ten jeden występ wystrzelił Reznora do innej ligi. O żadnym innym koncercie nie mówiło się z takim entuzjazmem; stanowiska z koszulkami Nine Inch Nails były bardziej oblegane niż te z ciuchami gwiazd imprezy typu Jane’s Addiction; a podekscytowany recenzent „Rolling Stone” pisał o gitarach grających tak głośno, że kiedy tylko przestawały, robiło się kilka stopni chłodniej.

Gorąco było nie tylko od wzmacniaczy. Koncerty wijącego się po scenie Reznora i spółki często kończyły się anarchistycznym zrywem, który zostawiał scenę w opłakanym stanie. Lider Nine Inch Nails mówił dziennikarzowi „Spin”: „Chodzi o to, by wytrącić ludzi ze stanu samozadowolenia. Dźwiękowo, tekstowo – twoi rodzice powinni tego nienawidzić”.
„The Downward Spiral”: kontrowersje i bezradność krytyków muzycznych
Reznor miał uznanie środowiska, oddanie fanów i wytwórnię, która wykazywała się cierpliwością. Pozostało tylko nagrać opus magnum. Lider Nine Inch Nails zaczął nad nim pracować w swojej nowej rezydencji w Los Angeles. Owianym złą sławą domu, gdzie sekta Charlesa Mansona zamordowała ciężarną Sharon Tate i czwórkę jej przyjaciół.
W wywiadach Reznor wyjątkowo mętnie odpowiadał na pytania o swój nowy dom: twierdził, że nie wiedział wiele o jego mrocznej historii, a zarazem swoje studio nazwał „Le Pig” i nagrał w nim dwa utwory z tym słowem w tytule [na ścianie domu krwią zamordowanej napisano „Pig” – JB]; twierdził, że czułby się okropnie, gdyby ktoś podejrzewał go o fascynację Charlesem Mansonem, a z drugiej strony rejestrował tu przecież utwory niejakiego Marilyna Mansona.
Z pewnością okoliczności powstawania „The Downward Spiral” podgrzewały tylko oczekiwania związane z nowym albumem. A Reznor się nie spieszył. Eksperymentował, słuchał „Low” Bowiego, nagrywał instrumenty i przetwarzał je na wszystkie sposoby, zaprosił też do studia Adriana Belewa z King Crimson, który improwizował do nagranych już demówek. W efekcie „The Downward Spiral” zacierało granice między brzmieniem elektroniki i żywych instrumentów. Bezradni krytycy w recenzjach pisali, że to muzyka rozpięta pomiędzy Slayerem, Depeche Mode, Ministry i Brianem Eno. Tego ostatniego przywoływano, bo Reznora bardziej interesowały nastrój i tekstura nowych utworów niż ich klasycznie piosenkowa struktura. Na płycie pojawiła się nawet ambientowa miniatura, a wokaliście zdarzało się szeptać i nucić, co sprawiało, że wybuchy furii zdawały się jeszcze donioślejsze i bardziej przerażające.
Jak można się spodziewać, media bardziej niż eksperymentalna produkcja interesowały teksty Reznora. W końcu Nine Inch Nails niezwykle umiejętnie generowali chwytliwe, obrazoburcze hasła. Tym razem liderowi zespołu udało się z nich ułożyć nihilistyczną odyseję, podróż tytułową spiralą w dół, której uczestnik odrzucał kolejne wartości i narzucane przez społeczeństwo rytuały, by dotrzeć do czegoś swojego, niewzruszonego, na czym mógłby budować. Tym fundamentem okazywał się ból – a utwór opiewający to objawienie („Hurt”) wielu przypisuje dziś Johnny’emu Cashowi, który nagrał jego przejmujący cover.
Wokół premiery albumu szybko zaczęły narastać niezdrowe mity. Jeden z nich głosił, że początkowo płyta miała kończyć się miniaturą, w której Reznor prowokował słuchacza do popełnienia samobójstwa („Just do it!”). Trudno jednak sobie wyobrazić, by na taki krok zdecydował się artysta, który przez lata był zalewany listami od fanów piszących, że jego muzyka to jedyne, co trzyma ich przy życiu. Niemniej takie opowieści budowały legendę „The Downward Spiral”.
„Fragile”: Reznor traci kontrolę nad Nine Inch Nails
Drugi album Nine Inch Nails sprzedał się w ponad czterech milionach egzemplarzy, a Reznor stał się niekwestionowaną gwiazdą popkultury. Nie wydaje się jednak, żeby był przez to szczęśliwszy. Wciąż wkładał wszystko w zespół i w zasadzie nie miał innego życia. Zaczął myśleć o terapii, ale zanim się na nią wybrał, spróbował sobie pomóc, pijąc, ćpając i pisząc nowy album. „The Fragile” miało być kontynuacją poprzedniczki. Ukazywać człowieka, który po odrzuceniu wszystkiego i dobiciu do dna próbuje zbudować się na nowo, ale ponosi porażkę. Jak wszystkie poprzednie płyty, i ta miała charakter autobiograficzny – tytułem utworu „I’m Looking Forward to Joining You, Finally” Reznor zwraca się do zmarłej babci, co znów uruchomiło spekulacje o myślach samobójczych artysty.
Od strony muzycznej mamy tu jednak do czynienia z pewną zmianą. Na „Fragile” znacznie więcej miejsca zajmują partie instrumentalne. Jeśli otwierające album „Somewhat Damaged” było kipiącą gniewem maszyną, którą dobrze znali fani zespołu, to dalej Reznor chętnie eksplorował lżejsze, bardziej melodyjne rejony. Pojawiły się tu ballady, podniosłe refreny, a nawet wiolonczela. Dostrzegli to recenzenci, którzy pisali o art-rockowym zwrocie w dyskografii Nine Inch Nails, porównując to potężnych rozmiarów dzieło do „The Wall” Pink Floydów.
Reznor niejednokrotnie mówił, że jego życie i zespół to właściwie to samo. Jeśli spojrzymy na jego karierę w ten sposób, nie powinny dziwić jego emocjonalne reakcje na to, że zaczął tracić kontrolę nad Nine Inch Nails. Nie chodzi mi przy tym o poziom artystyczny, nawet jeśli uważam „Fragile” za płytę znacznie mniej inspirującą niż jej poprzedniczka. Ten zespół stał się po prostu zbyt wielki.
Piosenki Reznora pojawiały się w miejscach, w których nie chciał, żeby się pojawiały; były słuchane przez ludzi, którzy nie rozumieli ich przesłania; a co gorsza, starzy fani zarzucali mu, że się sprzedał. Jak pisze Huxley: „Wizerunek i styl muzyczny Reznora stały się tak rozpoznawalne – i łatwe do powielenia – że w reklamie telewizyjnej Gatorade pojawił się sobowtór Trenta, a także podejrzanie znajomo brzmiąca melodia”. A przecież nawet po tym, kiedy „The Downward Spiral” pokryło się platyną, lider zespołu przekonywał, że w samej esencji stylu Nine Inch Nails wbudowane są ograniczenia w zakresie jego komercyjnej atrakcyjności.
Spiralą w dół, spiralą w górę: Trent Reznor układa sobie rzeczy w głowie
Moja historia jest dowodem na to, że nie były one dość silne. Nine Inch Nails poznałem w liceum, parę lat po premierze „The Fragile”. Nie usłyszałem ich na spotkaniu anarchistów, zlocie miłośników S&M czy choćby w studiu tatuażu. Kopię „The Downward Spiral” podrzuciła mi polonistka, z którą wymieniałem się płytami. Ten album na tyle namieszał mi w głowie, że kiedy kilka miesięcy później ukazało się „With Teeth”, byłem jednym z wielu fanów Reznora, którzy poczuli rozczarowanie. Artysta zapewne ma tego świadomość, bo w trakcie trasy, w ramach której 3 lipca zagra na Open’er Festival w Gdyni, wykonuje głównie utwory z wczesnego okresu grupy.

Choć i później Nine Inch Nails zdarzały się przyzwoite płyty, to już nigdy nie przekraczali granic, nie ekscytowali obrazoburczym refrenem czy eksperymentalną produkcją. Tak się składa, że ta zmiana zbiegła się z czasem, kiedy Reznor wziął się za swój dobrostan, udał się na odwyk, poukładał sobie pewne rzeczy w głowie.
Czy więc spełniła się przepowiednia Reznora, że terapia, której potrzebuje, będzie końcem Nine Inch Nails? Nie chciałbym się podpisywać pod taką teorią. Tym bardziej że terapia nie okazała się z pewnością końcem Reznora. Ten nie tylko założył rodzinę, ale też wraz ze swoim przyjacielem Atticusem Rossem skoncentrował się na komponowaniu muzyki filmowej. Wspólnie zdobyli już dwa Oscary, trzy Złote Globy, a także nagrody Emmy, Grammy i BAFTA.
W jednym z wywiadów Reznor przyznał, że pasuje mu ta zmiana, bo dzięki niej może spędzać więcej czasu z rodziną. Jak widać, ruch na spirali odbywa się jednak w obu kierunkach.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















