Po co nam dobre festiwale muzyczne? Odpowiedzi szukałem w Katowicach

Festiwalowe lato rozpoczęło się na dobre w katowickiej Strefie Kultury imprezą, która daje prawdziwe poczucie wolności. Łącznie z wolnością wymknięcia się bądź odmowy uczestnictwa.
Czyta się kilka minut
Tauron Nowa Muzyka – koncert Richiego Hawtina. Katowice, 21 czerwca 2025 r. // Fot. MicPaw // materiały prasowe organizatora
Tauron Nowa Muzyka – koncert Richiego Hawtina. Katowice, 21 czerwca 2025 r. // Fot. MicPaw // materiały prasowe organizatora

Między 19 a 22 czerwca, gdy na irańskim, izraelskim i ukraińskim niebie rakiety wypisywały kolejne realne puenty podniosłej opowieści o wielkiej wspólnocie, w Katowicach odbywało się radosne święto wielości – festiwal Tauron Nowa Muzyka (TNM). Zdaję sobie sprawę, że to zestawienie może wydać się szokujące, ale oddaje proporcje między monumentalnym aparatem wytwarzającym przekonanie o potrzebie jedności a rozproszonymi i miękkimi, nieco ukrytymi praktykami mnogości.

Rzeczywistość jest pięknie różnorodna w swoich przejawach. I choć nie da się stale żyć wielością, to choćby czasowe jej praktykowanie stanowi doświadczenie pozytywne i pożyteczne. Chroni przed rosnącymi w siłę bojowymi politykami i pedagogikami jedności, których nieuchronnymi owocami są wojna, zniszczenie i śmierć. 

Tauron Nowa Muzyka: 20 lat innowacyjnej muzyki

Tegoroczna edycja festiwalu Tauron Nowa Muzyka była już dwudziestą, jubileuszową. Po raz pierwszy zorganizowano festiwal w roku 2006, w dawnym szybie katowickiej kopalni Wieczorek, przebudowanym na galerię. Od początku imprezie przyświecała idea oparta na dwóch filarach: prezentacji innowacyjnej muzyki wymykającej się jednoznacznym definicjom i promowanym masowo konwencjom popularności oraz lokowaniu festiwalu w miejscach naznaczonych śląską historią przemysłową.

Nic dziwnego, że gdy w roku 2015 na terenach dawnej kopalni Katowice otwarto nową siedzibę Muzeum Śląskiego, tam właśnie przeniósł się festiwal. Stopniowo objął on całą katowicką Strefę Kultury, łącznie z ogromnym gmachem Międzynarodowego Centrum Kongresowego, a nawet siedzibą Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia. W rezultacie tej ekspansji TNM od kilku lat dysponuje sześcioma, a nawet siedmioma scenami rozrzuconymi na rozległym terenie znajdującym się w samym centrum Katowic, w miejscu wręcz definiującym nową, poprzemysłową tożsamość.

Lokalizacja i topografia festiwalu mają ogromne znaczenie praktyczne i przyczyniają się do wytwarzania bardzo specyficznych praktyk jego uczestników. By dobrze to zrozumieć, warto go zestawić z takimi modelowymi imprezami muzycznymi, jak Jarocin czy Pol’and’Rock Festival (dawny Przystanek Woodstock). 

Te „rockowiska” z zasady odbywają się poza wielkimi ośrodkami, na polach oddalonych od siedzib ludzkich. By wziąć w nich udział, trzeba zerwać z powszednim życiem i stworzyć wyjątkową sytuację świątecznej i alternatywnej wspólnoty, która stanowi deklarowany cel ich twórców i uczestników, apoteozowany jako wielka wartość. Choć w obrębie wielotysięcznej „festiwalowej rodziny” działa cała sieć napięć i mechanizmów konkurencji, a różnorodność oczekiwań i pragnień skutkuje pojawianiem się kolejnych organizujących je ośrodków, to nadal celebruje się tu jedność ponad podziałami. Ikoną tych wydarzeń jest zaś zdjęcie tłumów wspólnie bawiących się przed ogromną sceną główną.

Festiwalowe zabawy w podgrupach

Na TNM takiego zdjęcia zrobić się nie da. Ze względu na ukształtowanie terenu nigdzie i nigdy na tym festiwalu nie ma możliwości zgromadzenia wszystkich jego uczestników w jednym, dającym się ogarnąć spojrzeniem miejscu. Katowicka Strefa Kultury to zasadniczo wielki miejski park, podzielony na liczne podstrefy i subprzestrzenie. Trzy największe festiwalowe sceny znajdują się w budynkach (dwie w MCK, jedna w głównej sali NOSPR), a w przestrzeni otwartej nie ma żadnej sceny centralnej – plenerowe miejsca występów są zasadniczo ulokowane na obrzeżach terenu, którego środek zajmuje strefa gastronomiczno-towarzyska. 

Dokładnie tak: centrum wydarzenia będącego festiwalem muzycznym wypełnia przestrzeń imprezowa niezorientowana na żaden główny punkt. Owszem, tuż obok tej strefy jest scena nazwana znamiennie „tajemną” (Secret Stage), ale bez wielkiego ryzyka powiedzieć można, że pełni ona funkcję towarzyszącą rozmowom i „zabawom w podgrupach”, na które niemal natychmiast dzieli się festiwalowa publiczność. Jeśli dodać do tego, że mniejsze oficjalne sceny niemal nie różnią się od kilku stanowisk didżejskich zorganizowanych przy poszczególnych strefach sponsorskich i komercyjnych, to otrzymamy zarys tej dynamicznej, policentrycznej konstelacji, jaką tworzy TNM.

Nie bez znaczenia jest też i to, że do miejskiego parku zamienionego na wielosalowy klub muzyczny można z centrum miasta dojść piechotą. Wielu uczestników w trakcie festiwalowych nocy wychodzi na czas jakiś do okolicznych sklepów, lokali, a nawet do pobliskich hoteli, w których nocują, by potem wrócić na teren i do programu wydarzenia. 

Oznacza to, że wielość praktyk festiwalowych obejmuje i takie, które de facto oznaczają wymknięcie się temu, co przygotowali organizatorzy. To wbrew pozorom bardzo ważny i wyjątkowy element. Nawet na celebrującym liberalną wielość festiwalu Open’er nie da się uzyskać takiej swobody, ze względu na odległości i czas konieczny na dotarcie do oddalonego od centrum Gdyni miejsca festiwalu. 

W efekcie czasem zniewolenie przez cudze zasady i wybory odczuwa się wręcz boleśnie. Na TNM poczucie wolności, łącznie z wolnością wymknięcia się lub całkowitego wyjścia możliwego w każdej chwili, jest wręcz dominujące i ma decydujący wpływ na swoisty luz panujący na tej imprezie.

Tauron Nowa Muzyka – publiczność na koncercie Eli Minus. Katowice, 20 czerwca 2025 r. // Fot. Stanisław Wadas / materiały prasowe organizatora

Ela Minus i Szczyl na plus

Równie silne jest poczucie różnorodności muzycznej. Formuła „nowa muzyka”, precyzowana w dawnych autorskich opisach festiwalu jako „pogranicze jazzu, elektroniki i tanecznych rytmów”, w ostatnich latach obejmuje niezwykle szeroką panoramę zjawisk. 

Jeśli na jej jednym biegunie postawić wymagające skupienia koncerty współczesnej muzyki eksperymentalnej odbywającej się w filharmonicznych wnętrzach NOSPR, a na drugim oparte na mocnych i powtarzalnych bitach didżejskie sety służące niemal wyłącznie do transowego tańca, to jeszcze nie będzie to wystarczające. 

Poza tak rozrysowaną skalą znajdą się wszak występy zespołów indie rockowych (w tym roku TV On the Radio), popowych piosenkarek, raperów i hip-hopowców. Na dodatek w programie TNM prym wiodą osoby i zespoły zupełnie nieprzejmujące się granicami gatunków i czystością kategorii opisowych. Konia z rzędem temu, kto bez dziwacznej ekwilibrystyki słownej opisze na przykład muzykę prezentowaną przez Elę Minus, pochodzącą z Kolumbii wykonawczynię, której występ był dla mnie jedną z największych niespodzianek tegorocznego festiwalu. 

Elektronika – tak, oczywiście. Ale bez użycia kluczowego w wielu opisach zwrotu „łączona z” (w tym przypadku popem, elementami rapu, techno, dance i czego tam jeszcze, łącznie z echami muzyki latynoskiej) nie da się nawet przybliżyć do tego, czym był ten znakomity koncert.

Wykonawcy dodatkowo utrudniają to zadanie, przygotowując często na festiwal specjalne wersje swojej „normalnej” twórczości. Pamiętam, jakie wrażenie wywarł na mnie w roku 2022 występ Szczyla z rockowym składem muzycznym. Takich ewenementów jest w historii TNM o wiele więcej, co oczywiście wynika w dużej mierze z charakteru znacznej części prezentowanej tu muzyki, opartej wszak na remiksach i swobodnie posługującej się wariacjami i improwizacjami. 

Uderzenie basu w splot słoneczny

Słuchając kolejnych setów, coraz lepiej rozumie się kulturę, w której oryginalność i kreatywność nie odwołują się do (fałszywego w dużej mierze) wyobrażenia o całkowitej nowości tego, co się tworzy, ale do inwencji w przetwarzaniu, kombinowaniu i komponowaniu wciąż nowych zestawień, sprawiających, że znane brzmi dźwiękami, rytmami i tonacjami, o jakie by się go nie podejrzewało. 

Gdybym miał w całej tej różnorodności szukać jakiegoś elementu wspólnego, to zgodnie z moim generalnym nastawieniem dostrzegałbym go w tym, co określa się – wciąż dla wielu obcym i zbyt „uczonym” – przymiotnikiem „performatywny”. 

Słuchając występów tak odmiennych jak koncert izraelskiego pianisty Yehezkela Raza, politycznie krytyczny, silnie teatralizowany show kenijskiego artysty o pseudonimie Kabeaushé czy powalający wręcz mocą rytmu i energii set Underworld, głównej gwiazdy TNM 2025, miałem wrażenie, że wszyscy oni nie chcą, bym pozostał jedynie słuchaczem, ale starają się mnie wciągnąć w całościowe, organiczne doświadczanie i przeżywanie muzyki, będące odmiennym sposobem percypowania rzeczywistości. 

To muzyczne poznanie nie odbywa się przez znaki i emocje. Odbywa się przez wcielone, zmysłowe i energetyczne doświadczenie bezpośrednie. Najsilniej i najprościej doznać go można, gdy przesterowany bas uderza w splot słoneczny, a zintegrowany z jasnym światłem rytm wprowadza tańczące ciała w oczekiwany trans. Ale można go doświadczyć także w trakcie rozlewających się kontemplacyjnie muzycznych medytacji elektronicznych i akustycznych, nawet tak wymagających jak te, które w tym roku zaproponowała szwedzka kompozytorka Ellen Arkbro.

Performatywność „nowej muzyki” dąży do zdetronizowania pracującej w nas cały czas maszyny mózgowej, deszyfrującej i przerabiającej doświadczenie bezpośrednie na słowa. Nie do jej zatrzymania (bo to niemożliwe), ale do maksymalnego zrównania zapewnianego przez nią poznania z innym, którego źródłem są zmysły, cielesność i organiczność. „Nowej muzyki” nie zadowala słuchanie (nawet najbardziej uważne), chce być wcielana i przeżywana w największej możliwej pełni.

Słuchanie muzyki nieobowiązkowe

Można w tym momencie zacząć się obawiać, że wielość i swoboda wyboru, których świętowanie widzę jako istotną wartość katowickiego festiwalu, są zagrożone przez to, co stanowi jego podstawę. Dążenie do maksymalnej performatywnej sprawczości oznacza wszak pragnienie przejęcia kontroli, całkowitego wciągnięcia publiczności w świat rytmów, bitów, dźwięków i hałasów. Jak wiadomo nie od dziś, stan „transowego” uniesienia jest mocno ambiwalentny – łączy się z ekstazą, ale i utratą panowania nad sobą, co zwykle oznacza poddanie się cudzej woli i cudzym pragnieniom.

Zabezpieczeniem przeciwko temu niebezpieczeństwu jest na TNM właśnie różnorodność i brak narzuconego, obowiązującego wzorca zachowań. Nawet takiego, jaki wydaje się wręcz oczywisty dla festiwalu muzycznego: że osoby, które zdecydowały się w nim uczestniczyć, będą słuchać tworzących go występów. Pamiętam dobrze, jak w czasie pierwszych wizyt na katowickim festiwalu zdziwiło mnie, że w trakcie koncertów największych gwiazd tak wiele osób w ogóle nie wydaje się nimi interesować.

Nawet w tym roku, choć Underworld niemal wypełnił największą festiwalową salę, wydzieloną w ogromnej przestrzeni Międzynarodowego Centrum Kongresowego, to na zewnątrz nadal pozostał spory tłumek spokojnie raczący się piwem, wesoło rozmawiający i nie sprawiający wrażenia, że kulminacja festiwalu, występ oczekiwanego „headlinera”, była dla nich specjalnie interesującym wydarzeniem. 

W racjonalnym i pragmatycznym pojmowaniu sensu uczestnictwa w festiwalu niemal nie mieści się to, że można kupić nietani wszak karnet, a następnie omijać największe atrakcje programu muzycznego. Ale swobodna akceptacja wielości i różnorodności będąca podstawą TNM nie wyklucza ani nie odbiera znaczenia i takim postawom. 

Wspólnota, która nadchodzi, czyli Giorgio Agamben na imprezie

Na katowickim festiwalu spotykają się i współistnieją postawy skrajnie różne, zwykle niemal się wykluczające i zwalczające. Dobrze to widać w czasie koncertów w sali NOSPR. Statusowo prestiżowa przestrzeń, narzucająca swym wyrafinowaniem specjalne konwencje zachowań, zostaje na tę jedną „noc Walpurgi” opanowana przez różnorodny tłum. Konwencje i konwenanse filharmoniczne neguje nie tyle jego wygląd, ile zachowania, obejmujące (zgodnie z regułami festiwalowymi) swobodne wchodzenie i wychodzenie w trakcie koncertu. Ba, są ludzie, którzy wchodzą do sali NOSPR nie wiedząc, co to za przestrzeń. Taka obrazoburcza wręcz negacja kulturowego statusu sąsiaduje z pełną oddania postawą świadomych melomanów i (rzadkimi co prawda, ale jednak zdarzającymi się) pokazami kulturowego snobizmu. 

I choć obsługa sali sprawia wrażenie nieco zszokowanej, to nie protestuje, nie zamyka drzwi, nie ucisza. Nawet jeśli kroki wchodzących i wychodzących przeszkadzają tym, którzy słuchają w skupieniu, to w pewnym momencie akceptacja tych dodatkowych dźwięków pozwala na nadanie muzyce nowego znaczenia. Uwalnia ją spod dyktatury własnego monopolu, otwiera zamkniętą przestrzeń audiofilskiego rezerwatu i czyni tym, czym wszak zawsze chciała być – częścią żyjącego świata.

W myśli współczesnej, na przykład u Giorgia Agambena czy Jeana-Luca Nancy’ego, ważną rolę odgrywają projekty „nowej wspólnoty”, nie opartej na polityce jedności, przymusie dzielenia tych samych przekonań, akceptacji tych samych zasad czy robienia razem tego samego. Mówiąc najogólniej, zakładają one możliwość powołania wspólnoty zachowującej mnogość i wielość dzięki rezygnacji z jakichkolwiek warunków przynależności.

Nie sądzę wprawdzie, by było to celem organizatorów festiwalu, ale przez specyfikę zapraszanych artystów i wyjątkowość miejsca powołali sytuację, w której za cenę karnetu można w skali mikro doświadczyć „wspólnoty, która nadchodzi”. Czy ostatecznie nadejdzie? Nie wiadomo. 

Rakiety lecą i nad nami wszystkimi wisi groźba jedności w walce na śmierć i życie. Przeciwstawianie jej dni z muzyką i mnogością wydać się może słabe, ale nie raz już okazywało się, że słabość ma niespodziewanie wielką moc. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 27/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Muzyka taka jak my