W ósmej dekadzie życia uchodzi za jednego z najbardziej wszechstronnych i nieprzewidywalnych twórców współczesnego kina. Swobodnie przeskakuje między gatunkami, miejscami, stylami, dotykając tematów najbardziej zapalnych i zbijając z tropu każdym kolejnym tytułem. Do niedawna taka zmiennokształtność byłaby atutem, dziś tu i ówdzie zarzuca mu się, że jest znającym się na wszystkim „dziadersem”. Poznajmy bliżej Jacques’a Audiarda – reżysera, który niedawno rozbił bank z oscarowymi nominacjami. I równocześnie, w czasach ostrych wojen tożsamościowych, stał się ulubionym chłopcem do bicia.
Francuski Scorsese
Jest nieodrodnym dzieckiem francuskiego kina. Jego ojciec, Michel Audiard, był przez całe dekady cenionym za błyskotliwe dialogi scenarzystą i czasami reżyserem, dużo bliższym „kinu papy” niż nowofalowym poszukiwaniom. Przyszły twórca „Proroka” z nouvelle vague wziął przynajmniej jedno – namiętną kinofilię, bo na pewno nie tak zwaną „politykę autorską”, stawiającą na rozpoznawalność i wyjątkowość reżyserskiego charakteru pisma.
Twórca „Emilii Pérez” wypracował ich wiele, po ojcu zaś odziedziczył niewątpliwe zdolności pisarskie. Stąd przez pierwsze dwie dekady zaznaczał swoją obecność w rodzimej kinematografii jedynie jako scenarzysta. Dla siebie pierwszy scenariusz napisał, w duecie zresztą, już będąc dojrzałym człowiekiem, i być może w tym tkwi tajemnica jego obecnej żywotności. Pomny reżyserskich porażek ojca, aż do czterdziestki zbierał siły, zanim wreszcie stanął za kamerą. Pierwszy film, „Patrz, jak idą na dno” (1994), przyniósł mu statuetkę Cezara za debiut, a Mathieu Kassovitzowi za rolę. Aczkolwiek historia o „upadających mężczyznach”, wplątanych w intrygi kryminalne i psychologiczne gry, nie zwiastowała jeszcze narodzin „francuskiego Scorsese”.
Bywa tak określany co najmniej od czasów „Proroka” (2009), choć obecnie mógłby to być komplement również dla amerykańskiego mistrza. Zanim jednak Audiard nakręcił film o brutalnym hartowaniu się potomka maghrebskich imigrantów we francuskim więzieniu, nagrodzony Grand Prix w Cannes i nominowany do Oscara, zdobywał szlify w opowiadaniu historii niemniej drapieżnych i angażujących.
Takie było „Na moich ustach” (2001), gdzie niedosłysząca kobieta wikła się w erotyczną i zarazem kryminalną aferę, w której ma być wykorzystana jej umiejętność czytania z ruchu warg. Już wtedy twórca „Emilii Pérez” pokazał, co to znaczy wyzwolić maksymalną energię z historii czy z aktorów (Emmanuelle Devos, Vincent Cassel). I kontrolować ją aż do ostatniej sekundy, ręką żelazną i lekką jednocześnie.
Na Dzikim Zachodzie
Podobne wrażenie sprawia „W rytmie serca” (2005) z Romainem Durisem, uwspółcześniona wersja amerykańskich „Palców” (1978) Jamesa Tobacka, gdzie paryski półświatek zderzony zostaje z muzyczną pasją głównego bohatera. Gdyby szukać w twórczości Audiarda jakichś wędrownych motywów, to właśnie obsypany Cezarami film o młodym pianiście, obdarzonym rodzinnym talentem, ale i przestępczą schedą, wyznaczałby główny trop. Chodzi o próbę odkupienia, moralnego oczyszczenia z najgłębiej wżartego w skórę brudu, i powróci ona nieraz, w kostiumie emigranckim, westernowym, gangsterskim.
To jednak nie ważką problematyką zwracał Audiard międzynarodową uwagę, a raczej inscenizacyjnym i narracyjnym szwungiem. We wspomnianym „Proroku” rozsadził gatunek dramatu więziennego. Owszem, dzięki konsultacjom z byłymi osadzonymi i mocnej roli Tahara Rahima sugestywnie odtworzył więzienne hierarchie i podziały, prezentując symboliczny wycinek francuskiej rzeczywistości. Przede wszystkim jednak wykreował osobny, klaustrofobiczny świat, na granicy realizmu i halucynacji, co zdecydowanie wyróżnia jego kino na tle podobnych, „rzemieślniczych” produkcji.
Audiard pozwala uwierzyć nawet w wydumany z pozoru melodramat o treserce orek, która traci w wypadku obie nogi. Jak w filmie „Z krwi i kości” (2012), gdzie miłosna szamotanina bohaterki (Marion Cotillard) z pogubionym kickbokserem (Matthias Schoenaerts) miała w sobie filmową świeżość i wigor, jakich wielu nie spodziewało się po tym reżyserze. Zaowocowały jego największym jak dotąd sukcesem kasowym, choć znacznie większe zaskoczenia dopiero miały przyjść.
Na przykład wtedy, kiedy francuski z krwi kości reżyser wziął się nagle za kino rodem z Dzikiego Zachodu, nakręcone w języku angielskim, na podstawie kanadyjskiej powieści, z udziałem gwiazd tej miary, co Joaquin Phoenix czy Jake Gyllenhaal. Wydawać by się mogło, że western przenicowano już gruntownie, lecz „Bracia Sisters” (2018) przynieśli ponowne odświeżenie gatunku. Rzecz jasna w duchu krytycznym i trochę parodystycznym, bowiem ociekająca przemocą historia poszukiwaczy złota znajduje finał wyjątkowo poczciwy, który dałoby się streścić słowami „nie ma jak u mamy”.
Paryż, akcja, romans
Trzy lata wcześniej, jako że Audiard „zna się na wszystkim” i nie boi się ryzykownych kontaminacji, podobne zderzenie zastosował na gruncie kina społecznego. Nagrodzeni Złotą Palmą „Emigranci” prześwietlają problem potencjalnych azylantów z podrobionymi papierami. Kimś takim jest Dheepan, uciekinier ze Sri Lanki, były bojownik Tamilskich Tygrysów, który przez wojnę domową stracił najbliższych i teraz znalazł się po niewłaściwej stronie historii.
Ze zmienioną tożsamością i fałszywą rodziną chciałby zacząć nowe życie na podparyskim blokowisku, lecz jego wojowniczy temperament plus przemocowe realia rychło każą mu znowu chwycić za broń. Dla twórców filmu to okazja, by opowieść o skomplikowanym imigranckim losie wyciągnąć z oswajanej w innych filmach rodzajowości i nadać jej gatunkową dynamikę. Chwilami mamy wręcz do czynienia z ostrym kinem akcji albo krwawym slasherem. Audiard należy do filmowców, którzy nie obawiają się, że sięgnięcie po rozpoznawalne konwencje odbierze filmowi prestiż, a problemowi wagę.
Tak jak frywolna lekkość wcale nie musi oznaczać błahości, czego dowodem przedostatni film reżysera, „Paryż, 13. dzielnica” (2021). Wyrósł on z amerykańskich powieści graficznych Adriana Tomine’a, skąd zaczerpnął kilka przeplatających się historii, przeniesionych do jednego z paryskich wieżowców w kompleksie Les Olympiades. Reżyser sportretował bohaterów młodszych od siebie o dwa pokolenia, co niektórym zdawało się bezczelną uzurpacją. Zwłaszcza że rzecz dzieje się w środowisku wielokulturowym i wielorasowym, z całą mozaiką specyficznych dla niego zjawisk.
A w największym stopniu ten czarno-biały obraz skupia się na życiu erotycznym młodych ludzi, czym Audiard naraził się wyznawcom teorii, że „o młodziakach tylko młodziaki”. Powstał tymczasem bezpretensjonalny film o seksie i miłości w czasach mediów społecznościowych, płynnych relacji i zbyt długo współdzielonych mieszkań. Jeśli nie o prawdziwym życiu milenialsów, to z pewnością o tym, jak ich widzą ciekawi świata boomersi. Tu warto dodać, że do pisania scenariusza „13. dzielnicy” Audiard zaprosił Céline Sciammę i Léę Mysius, dużo młodsze filmowczynie, z wyraźnie feministycznym pazurem. Dotąd, od czasów „Proroka”, stałym współscenarzystą Audiarda był Thomas Bidegain.

Gwiazdy i gwiazdki
Poskreślam te fakty, bo przy okazji „Emilii Pérez” spadła na reżysera fala zarzutów, że jego scenariusz, tym razem napisany samodzielnie, wedle własnego libretta niezrealizowanej nigdy opery i z luźnej inspiracji powieścią „Écoute” (2018) Borisa Razona, podszyty jest grzechami bezwzględnie dziś piętnowanymi. Czyli paternalizmem, transfobią, postkolonialnym rasizmem, narodowymi stereotypami, kulturowym zawłaszczeniem, a w najlepszym razie nieautentycznością.
I chyba to ostatnie słowo stanowi klucz do filmu Audiarda. Celowo osadził wymyśloną przez siebie historię w równie zmyślonym Meksyku, niby współczesnym, ale wybudowanym w studiach pod Paryżem. Do trzech głównych kobiecych ról zaangażował gwiazdy i gwiazdki, całość zaś utopił w pulpowej fabule, która tym bardziej nie mogła wzbudzać zaufania.
Oto znana z „Awatara” Zoe Saldaña wciela się w postać Rity, ambitnej prawniczki, która zostaje porwana przez bossa narkotykowego kartelu i otrzymuje zlecenie przyprawiające o zawrót głowy. Nie tylko oferowaną kwotą. Upiorny typ, Juan „Manitas” Del Monte (w tej roli zaprawiona w hiszpańskich telenowelach transpłciowa aktorka hiszpańska Karla Sofía Gascón), chciałby w tajemnicy spełnić swoje największe pragnienie i wreszcie dokonać korekty płci. Albowiem „Manitas” jest kobietą w męskim ciele, żeby więc przeprowadzić pomyślnie całą operację, musi sfingować własną śmierć, opuścić na zawsze swoją żonę Jessi (w tej roli rozsławiona przez disnejowskie produkcje Selena Gomez) i dwójkę ukochanych dzieci. Rita ma koordynować, by akcja przebiegła sprawnie, bezpiecznie i dyskretnie.
Tym, którzy z różnych powodów prychnęli po tym streszczeniu, mogę obiecać – najlepsze (i poniekąd najgorsze) dopiero przed nimi. Ci, którzy powiedzą, że zabawa tak karkołomna nie może przynieść niczego wartościowego, mają szansę przekonać się, że Audiardowi jednak się udało, chociaż teoretycznie nie miało prawa. Z materii podejrzanej, czasami zawstydzająco taniej, reżyser postanowił wykręcić i nakręcić przegięty musical.
Gatunek ten, jak wiadomo, wiele dzisiaj przyjmie (patrz: „Annette” czy „Joker: Folie à Deux”), toteż reżyser zmiksował go z melodramatem, filmem gangsterskim i kinem społecznie zaangażowanym, podlewając telenowelowym sosem, kojarzącym się z latynoamerykańską telewizją. Śpiewa się tutaj wszędzie (w toalecie, w gabinecie lekarskim, na ulicy) i o wszystkim (o miłości, przemocy, śmierci, o tożsamości seksualnej i waginoplastyce). Tyle że dzisiaj coraz trudniej śpiewać w taki sposób, żeby nikogo nie urazić.
W musicalu i w realu
„Emilia Pérez” przejdzie do historii kina co najmniej z jednego powodu. Mając na koncie aż trzynaście nominacji do Oscara, w tym dla najlepszego filmu, jest dziś krytykowana jak mało który oscarowy tytuł. Podczas gdy z prawej strony dostaje się jej po prostu za temat (a obecna prezydentura w USA sprzyja nagonce na transpłciowość), o wiele większe gromy słychać z lewej strony, za sam sposób jego potraktowania.
I o ile oskarżenia o banalizację, przerysowania, anachronizmy czy język, będący wszak językiem postaci, a nie reżysera, mogą być uzasadnione (nie każdy musi kupić konwencję tego filmu), o tyle zarzuty, że biały heteroseksualny cis mężczyzna ośmielił się nakręcić film o dramacie osoby trans, wydają się mocno przestrzelone.
A że na tranzycję płciową nakładają się jeszcze inne przemiany bohaterki, tudzież zaskakujące wolty, i na dodatek w jednej ze scen wychodzi z Emilii „męska natura” (choć prędzej: głęboko uwewnętrzniona płeć kulturowa), wyrywa się tę historię z jej cudzysłowu i podbija negatywny odbiór. Trudno z nim polemizować, wszak różne mamy doświadczenia i wrażliwości, nie przekreślajmy jednak filmu za bycie autorską fantazją. Pewnie daleką od wymarzonej poprawności, mającą za to wymierne pozytywne następstwa. Jak pierwsza w historii i w pełni zasłużona nominacja do Oscara dla transseksualnej aktorki, nie mówiąc o wcześniejszych nagrodach, i nawet obraźliwe tweety Gascón sprzed lat, ostatnio hucznie nagłaśniane, nie odbiorą jej tych zasług.
Audiard musi mierzyć się także z innymi zarzutami. Bo jakże to, Francuz robi film o meksykańskiej rzeczywistości, punktując w niej jedynie najciemniejsze strony – kobietobójstwa, porwania, gangi narkotykowe, wszechobecny maczyzm i korupcję. W dodatku obsadza główne role aktorkami spoza Meksyku, czasem słabo znającymi hiszpański, i nadmiernie egzotyzuje latynoską kulturę. Tutaj znowu nasuwa się pytanie, w którym miejscu twórcza wyobraźnia dokonuje szkodliwego przekroczenia i godzi w reprezentację konkretnej zbiorowości. Popkultura kształtuje przecież obraz świata.
W tym przypadku sprawa jest trochę bardziej skomplikowana, gdyż Audiard nie poprzestaje na zabawie czy umowności. Uruchamia konteksty chwilami bardzo realistyczne, związane na przykład z ekshumowaniem ciał należących do ofiar gangów. Wówczas, na przecięciu wszystkożernego musicalu i bolesnego „realu”, musi coś mocniej zazgrzytać - mimo że „Emilia Pérez” przekracza z większym lub mniejszym wdziękiem wiele granic.

Gorejące serce
Uwzględniwszy przytoczone wątpliwości, nadmuchiwane w dużej mierze pod wpływem przedoscarowej rywalizacji, trzeba przyznać, że Audiard jak mało kto potrafił ożywić zarówno kino, jak i (już mimowolnie) debatę o nim. Cierpi na tym popularność jego i filmu, o czym świadczy obniżająca się wraz z każdą następną aferą liczba gwiazdek na portalach filmowych. Złośliwi mówią, że oto pupilek festiwalu w Cannes próbował wprowadzić transseksualność na czerwone dywany i jednocześnie pod strzechy, lecz tak naprawdę ją ośmieszył, zbierając w dodatku punkty za bycie rzekomo progresywnym i wiecznie „młodym”. Wbrew tego rodzaju insynuacjom „Emilia” przynosi kolejny dowód na wielopostaciowość i twórczą witalność autora „Proroka”.
Gdyby sam był prorokiem we własnym kraju, a zwłaszcza poza nim, przewidziałby zamieszanie i mógłby nieco powściągnąć rozbuchane konie. On jednak postawił na tę dziwaczną hybrydę, w której wszystkiego wydaje się za dużo i wszystko się ze sobą miesza: oskarżenia, aktywizm, empatia, szaleństwo, zabawa. Robiąc film momentami bezwstydnie efekciarski, bliższy operze mydlanej niż operze, kiczowaty niczym gorejące serce z promocyjnego plakatu, wbrew pozorom od początku do końca trzyma lejce mocno w garści.
Równocześnie, serwując ten wysokoenergetyczny koktajl, szuka z widzem połączenia nie tylko na poziomie mrugania okiem, ale i czystych emocji, w całej ich amplitudzie. Zamiast więc doszukiwać się społecznych przekazów, słusznych albo szkodliwych, lepiej na czas seansu wyłączyć w sobie wewnętrznego cenzora, specjalistę od życiowego prawdopodobieństwa czy konesera musicali, i dopiero potem pomyśleć, krytycznie i samodzielnie, co tu się właściwie wydarzyło. Z dala od medialnego zgiełku i tożsamościowego wzmożenia.
„EMILIA PÉREZ” – reż. Jacques Audiard. Prod. Francja 2024. Dystryb. Gutek Film. W kinach od 28 lutego.
Mniej znany Jacques Audiard

„Wielce skromny bohater” (1996) – ten wczesny film w reżyserskim dorobku, nagrodzony m.in. za scenariusz w Cannes, to cierpka historia z czasów II wojny światowej. Bohater Jean-Louisa Trintignanta powraca do lat młodości (gra go wówczas Mathieu Kassovitz), by opowiedzieć o swej pokrętnej drodze „od zera do bohatera”.

„Salon piękności Venus” (1999), reż. Tonie Marshall – mało ktoś dziś pamięta, że Audiard był współscenarzystą tej komedii romantycznej, cieszącej się dużą popularnością i obsypanej najważniejszymi statuetkami Cezara, z rolami Nathalie Baye czy Audrey Tautou.

„120 uderzeń serca” (2017), reż. Robin Campillo – przy filmie o aktywistach paryskiego ACT UP, walczących w latach 90. o równy dostęp do leków na AIDS, Audiard pełnił funkcję jednego z producentów, podobnie jak przy kilku swoich tytułach, włączając w to „Emilię Pérez”.
„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















