W latach 70., uważanych za najciekawszy okres w amerykańskiej kinematografii, niewiele było kobiet za kamerą. A już na pewno takich, które w ramach Nowego Hollywoodu brałyby się za filmy uchodzące za „męskie” – pełnokrwiste, wartko opowiedziane historie, osadzone w ówczesnym klimacie społeczno-politycznej nieufności.
„Mikey i Nicky” jest takim właśnie przypadkiem i dziwne, że nigdy wcześniej świetny film Elaine May nie trafił do regularnej dystrybucji w Polsce. Wreszcie będzie można tę zaległość nadrobić, jakkolwiek tylko na nielicznych seansach i w wybranych kinach studyjnych.
Filmem Elaine May zachwyca się Quentin Tarantino
Bo na duże ekrany coraz częściej powraca klasyka – i ta starsza, jak ostatnio „Windą na szafot” (1957) Louisa Malle’a czy filmy Luisa Buñuela, i ta, która dopiero niedawno doczekała się tego miana, jak „Zawieście czerwone latarnie” (1991) Zhanga Yimou, „Nagi instynkt” (1992) Paula Verhoevena czy „Pianista” (2002) Romana Polańskiego. Tym bardziej cieszy fakt, iż możemy oglądać również mniej znane tytuły, w tym przypadku za sprawą firmy dystrybucyjnej Past Perfect i kinofilskiego podkastu Spoiler Master.
W rolach głównych – dwieście procent ekranowej charyzmy, czyli John Cassavetes i Peter Falk, obaj dziś nieżyjący. A za kamerą kobieta, która potem jako reżyserka wielkiej kariery nie zrobiła, za to pół wieku temu przecierała swoim koleżankom szlaki w Hollywood.
„Mikey i Nicky” jest kinem tej kategorii tematycznej i wagowej, co o trzy lata wcześniejsze „Ulice nędzy”, aczkolwiek warto dodać, że zaczął powstawać wcześniej, niż miała miejsce premiera filmu Martina Scorsesego. Cyfrowo odrestaurowana kopia, z zachowaniem oryginalnego „ziarna”, zabiera nas w rejony filmowo niby znajome, ale naznaczone autorskim dotknięciem. Oraz do świata, w którym męska przyjaźń i walka o przetrwanie w miejskiej dżungli tworzą fascynującą, doskonale odmierzoną sinusoidę wątpliwości czy podejrzeń. Nic dziwnego, że Quentin Tarantino tak bardzo zachwyca się filmem Elaine May.
W ciągu jednej szalonej nocy spędzonej w Filadelfii, rodzinnym mieście reżyserki, towarzyszymy dwóm kumplom, z których jeden naraził się śmiertelnie lokalnemu „rzeźnikowi” – mafiosowi o jidyszowym nazwisku Resnick. Dlatego Nicky, zagrany z charakterystycznym nerwem przez Cassavetesa, ukrywa się w tanim hotelu i zdesperowany wzywa na pomoc Mikeya. A gra go Falk, serialowy porucznik Colombo, oczywiście w wymiętym trenczu.
Obaj są częścią tego samego półświatka, jednakże Mikey zdecydowanie lepiej się ustawił – ma rodzinę i dom w dobrej dzielnicy, podczas gdy jego przyjaciel z dzieciństwa nieustannie pakuje się w tarapaty. Nawet wtedy, kiedy trzeba szybko ewakuować się z miasta – już wiadomo, że poszło na Nicky’ego „zlecenie” – ten na każdym kroku zdaje się szukać guza.
Tylko czy troskliwy Mikey, biegający nocą za nabiałem, bo jego kumpel cierpi na ustawiczną zgagę, i oddający mu dla niepoznaki własny płaszcz, rzeczywiście osłania go przed gangsterskim wyrokiem? A może próbuje go „wystawić”? Elaine May dość wcześnie odsłania nam karty, chociaż potem jeszcze parokrotnie je przetasuje.
Ten „brudny” i niespokojny film nie jest cyniczny
Wydawać by się mogło, że odtwarza tę nocną odyseję bez krzty litości dla głównych bohaterów. Wszędzie, gdzie się pojawiają, zwłaszcza destrukcyjny Nicky, wnoszą ze sobą napięcie i dyskomfort. Tanie bary, „czarne” kluby, nocne sklepiki czy kina stają się scenerią ucieczki i często zostaje po nich spalona ziemia. Najdobitniej widać to w scenie, kiedy bohaterowie odwiedzają dawną kochankę uciekiniera, który co chwila myli tropy ścigającemu go egzekutorowi (Ned Beatty), acz ewidentnie zwleka z opuszczeniem swojego miasta.
Sposób, w jaki Nicky traktuje zakochaną w nim Nellie (Carol Grace), poraża wyrafinowanym okrucieństwem, przy okazji także wobec Mikeya. A w kolejnym napadzie przemocy Nicky zniszczy rzecz, uważaną przez kumpla za najcenniejszą. Ale może obaj są w gruncie rzeczy nawzajem siebie warci? Już podobieństwo imion sugeruje, że łączy ich zbyt wiele i trudno po którymkolwiek oczekiwać jednoznacznie czystych intencji.
Ten jakże „brudny” i niespokojny film, łączący w sobie motywy kina gangsterskiego, kumpelskiego i czarnego kryminału, nie jest jednak do końca cyniczny w swej wymowie. Dowodem niech będzie brawurowa scena na cmentarzu, dokąd zaciąga kolegę Nicky, zanim pożegna się na dobre z Filadelfią. Szukanie po ciemku grobu jego matki i próby przypomnienia sobie przez Mikeya kadyszu wnoszą do tej historii jakiś tragikomiczny, szekspirowsko-łotrzykowski rys. Albo po prostu przykrytą błazenadą egzystencjalną rozpacz wobec tego, co wydaje się nieuniknione i coraz bliższe.
Lecz chociaż „Mikey i Nicky”, wzorem wielu filmów amerykańskich z tego okresu, zanurzony jest w realistycznym, niemal dokumentalnym sztafażu, daje o sobie znać teatralny rodowód reżyserki i jej ironiczno-komediowy dryg, dobrze znany z czasów jej współpracy ze słynnym Mikiem Nicholsem. Oraz dar improwizacji, współdzielony też na planie przez Cassavetesa i Falka.
„Mikey i Nicky” – o czym naprawdę jest ten film
Dostajemy mocne kino o zaufaniu i lojalności, o ukrytej rywalizacji, odpowiedzialności i drodze do zatracenia, intensywnie falującej od moralnych dwuznaczności i dylematów. Filmowo nie zestarzało się, choć pewnie dziś uważniej przyglądamy się niektórym wątkom, na przykład kobiecym.
Nie da się jednak ukryć, że Elaine May pod tym względem wyprzedzała swój czas, a z pewnością swoich kolegów w bejsbolówkach. Jej film uznaje się dziś za wręcz modelowe studium toksycznej, autodestrukcyjnej męskości. Podobnie jak Scorsese, reżyserka nie próbuje romantyzować gangsterki, lecz w przeciwieństwie do niego unika także efektownie ukazanej przemocy. Bez nadmiernej stylizacji kreuje świat drapieżny i odpychający, klaustrofobiczny i nieprzejrzysty, dobrze korespondujący z nastrojami rozczarowania i osaczenia, właściwymi epoce Nixona.
O tę artystyczną wolność musiała May ostro zawalczyć, przeciwstawiając się wielkiemu studiu Paramount Pictures, które chciało jej odebrać prawo do własnej wersji montażu. Po wielu perypetiach dopięła swego, dosłownie wykradając kopię filmu, ale żeby nakręcić kolejny, była zmuszona czekać całą dekadę. Mimo że „Ishtar” okazał się spektakularną klapą, podobno dziś, w wieku dziewięćdziesięciu czterech lat, Elaine May szykuje się do filmowego powrotu.
MIKEY I NICKY („Mikey & Nicky”) – reż. Elaine May, prod. USA 1976. Dystryb. Past Perfect. W kinach od 29 maja.
ELAINE MAY to żywa legenda amerykańskiego kina. Zagrała w „Absolwencie” czy „Drobnych cwaniaczkach”, ma też na koncie nominowane do Oscara scenariusze „Niebiosa mogą zaczekać” i „Barwy kampanii”, a w 2022 r. otrzymała statuetkę za całokształt twórczości. Wyreżyserowała komedie romantyczne „Bogata, wolna, samotna”, „Kid złamane serce” oraz „Ishtar”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















