„The Brutalist”: film spełniony

„The Brutalist” to kino angażujące i krytyczne, przystępne, a zarazem wielowarstwowe.
Czyta się kilka minut
Nominowany do Oscara Adrien Brody w filmie „The Brutalist” w reż. Brady’ego Corbeta. USA / Węgry / Wielka Brytania 2024 r. // Materiały prasowe UIP
Nominowany do Oscara Adrien Brody w filmie „The Brutalist” w reż. Brady’ego Corbeta. USA / Węgry / Wielka Brytania 2024 r. // Materiały prasowe UIP

Pamiętacie scenę z „Ojca chrzestnego”, gdy w samochodzie na odludziu odbywa się mafijna egzekucja, z paczuszką sycylijskich cannoli w roli głównej? Daleko w tle widać Statuę Wolności, odwróconą plecami do bohaterów – imigrantów, którzy krwawymi metodami próbują wkręcić się w „amerykański sen”. Na początku drugiej części trylogii mały Vito, jeszcze nie Corleone, przypływa do ziemi obiecanej i w tłumie włoskiej biedoty, z czcią bez mała nabożną, wpatruje się w ten sam mityczny posąg. 

Film „The Brutalist” ma dużo brutalniejszy wjazd do Ameryki, bliższy pierwszemu z przywołanych obrazów: ocalali z Zagłady płaczą ze szczęścia witani przez statuę, odwróconą w kadrze do góry nogami. I już wiadomo, że łatwo nie będzie. Za to reżyser Brady Corbet w opowieści o żydowskim architekcie pracującym w USA na zlecenie bezwzględnego kapitalisty dokonuje czegoś, co nie udało się Coppoli w niedawnym „Megalopolis”. I robi to za pieniądze kilkunastokrotnie mniejsze. 

„The Brutalist” zbiera zasłużone laury i, mimo oskarżeń o wykorzystywanie sztucznej inteligencji, może namieszać przy Oscarach. Wymyślony w czasach „pierwszego Trumpa”, będzie ironicznym komentarzem do sytuacji kraju rządzonego przez miliarderów, do ceremonii hołubiącej gigantomanię, blichtr i konformizm, do spalonej kalifornijskiej ziemi

Tymczasem mamy rok 1947 i Europę w powojennych zgliszczach. Do brzegów Ellis Island przybija László Tóth, węgierski Żyd z nosem złamanym podczas ucieczki z pociągu, z ikoniczną twarzą Adriena Brody’ego, dwie dekady po „Pianiście”. Takich odniesień będzie w filmie wiele, jako że Corbet i jego stała współscenarzystka Mona Fastvold, życiowa partnerka i też reżyserka, potrafią nie tylko błysnąć erudycją, ale mają poczucie humoru. Stąd nazwisko bohatera zapożyczyli od… szaleńca, który strzaskał ongiś młotkiem watykańską Pietę Michała Anioła. Jej tworzywem był zresztą marmur z Carrary, dokąd uda się filmowy Tóth, by zdobyć ów cenny kruszec na zaprojektowany przez siebie ołtarz. I doświadczyć, czym jest brutalizm, wcielony niekoniecznie w architekturę.

Historia rozpięta na 35 lat toczy się głównie w latach 50. XX w., w czasach amerykańskiej prosperity i silnego konserwatyzmu; dla innych – w epoce wzmożonego konsumpcjonizmu, makkartyzmu i obyczajowej hipokryzji. Po różnych emigranckich perypetiach i niedolach, wyczekując przyjazdu z Europy żony i siostrzenicy, László dostaje wreszcie propozycję zawodową na miarę swego talentu i przedwojennych dokonań. Oto możny przemysłowiec z Pensylwanii (w roli Van Burena bezkonkurencyjny Guy Pearce) zamawia u niego projekt okazałego kompleksu budowlanego, z centrum kulturalno-sportowym, prywatnym mauzoleum i kaplicą. Ale o tym, że związki twórczości z wielkim kapitałem bywają ryzykowne, wiedzą nie tylko wizjonerzy architektury.

Na sfinalizowanie „Brutalisty”, z oszczędności kręconego głównie na Węgrzech, czekał Corbet aż 7 lat. Za niecałe 10 milionów dolarów nakręcił film porównywany do „Dawno temu w Ameryce” Leonego i „Aż poleje się krew” Andersona, czyli do wielkiej ekranowej epiki. Panoramiczny obraz odsyła do kinowej klasyki, nie jest jednak „The Brutalist” nostalgicznym pomnikiem, a tytuł odnosi się do ekranowego zleceniodawcy, nie zleceniobiorcy. Brutalizm rozumie bowiem reżyser podobnie jak filozof Achille Mbembe, na wskroś współcześnie – jako potrzebę totalnego zawłaszczenia przez kapitał całej osoby, z jej cielesnością włącznie. Brutalizm to posiadanie kogoś i projektowanie czyjegoś losu.

Pearce uosabia zrazu typowego amerykańskiego snoba, czytaj: aroganta i ignoranta, który w wybitnym architekcie z Europy dostrzega przede wszystkim własny prestiż. Lecz okrucieństwo Van Burena trafia na wyjątkowo podatny grunt, bo Amerykanin ma przed sobą straumatyzowanego ocaleńca, cierpiącego na impotencję i uzależnienie od morfiny, niezdolnego wysłowić swoje cierpienie ani pomóc chorej żonie (wspaniała Felicity Jones). Opowiada więc Corbet także o próbach odzyskania przez bohatera swojego ciała – obnażonego i bezbronnego poprzez swój „zły wygląd”, przemielonego w obozach, sponiewieranego w wiecznej tułaczce. Nie epatuje przy tym wojennym koszmarem.  Kiedy zaś skupia się na koszmarze amerykańskim, są to sceny brutalnie surowe i równocześnie bliskie eksploatacji. Zaprzeczeniem ich filmowej intensywności i jedynym zgrzytem okazuje się dopiero epilog, gdzie cały podskórny ból, wstyd, upokorzenie Tótha dostają nazbyt literalne wytłumaczenie.

Przez większość filmu, trwającego trzy i pół godziny, z teatralnym antraktem w połowie, historia jest na tyle gęsta i potoczysta, że nie domaga się żadnych eksplikacji. Mamy tu organicznie odczuwalny upływ czasu, ale też myślowe elipsy (modernizm a brutalizm, Bauhaus a Dachau…). Ktoś pewnie dopatrzy się, równolegle do megalomańskiego „Megalopolis”, polemiki z powieścią „Źródło” Ayn Rand, której bohaterem był młody architekt osamotniony w swym idealizmie. Fani Davida Bowiego mogą zanucić „Thru’ These Architects Eyes” – rozdzierający kawałek o tym, co za chwilę nadejdzie. 

O zdehumanizowanej przestrzeni miejskiej w służbie wielkiego biznesu, o betonowo-szklanych domach, w których spełni się nowoczesna dystopia. Oczywiście z odniesieniami do nazizmu, choć nie on pierwszy odkrył, że każda architektura jest polityczna i bywa ekspresją przemocy. Albo czyjegoś ego. W taką siatkę skojarzeń, niekoniecznie historycznych, zostaje wrzucony László Tóth, poszukujący w szlachetnej kamiennej bryle na zawsze utraconej harmonii.

Corbetowi to się udało, nakręcił film spełniony. Od dzieciństwa terminował na planach filmowych, poznał tam mistrzów kina europejskiego i wiele się od nich nauczył. W swoim trzecim samodzielnym tytule osiągnął jednak coś, o czym marzą filmowcy zapatrzeni tęsknie w kino amerykańskie, to z lat siedemdziesiątych, spod znaku Nowego Hollywood, tworzone przez Scorsesego czy Coppolę. Kino angażujące i krytyczne, przystępne i zarazem wielowarstwowe. „The Brutalist” reprezentuje podobną szkołę, myślącą szeroko o twórczości i tradycji filmowej, lecz również o swoim widzu. Opowiada mu historię, która zagarnia, prowokuje i jednocześnie stawia pytania, na ile przy takim formacie i takich aspiracjach można zapomnieć o autorskim ego.  

„THE BRUTALIST” – reż. Brady Corbet. Prod. USA/Węgry/Wielka Brytania 2024. Dystryb. UIP. W kinach od 31 stycznia.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 5/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Film spełniony