Ceremonia 97. edycji Oscarów odbyła się, zgodnie z tradycją, w słonecznym Los Angeles. Jednakże dla wielu widzów przebiegała w cieniu kiepskiego i zarazem coraz straszniejszego filmu, jaki reżyserowany jest tysiące kilometrów dalej, w Waszyngtonie. Czy hollywoodzka gala pamiętała o pożarach, które trawiły jeszcze niedawno kalifornijskie miasto? Jak najbardziej. Czy odniosła się do bliższej rzeczywistości, w której Jokerzy rozdają dziś wszystkie karty? Niespecjalnie.
„Anora” Seana Bakera: zbyt wielka wygrana
Rzeczywistość przerasta dziś najbardziej fantastyczne scenariusze i to w tempie dużo szybszym niż dwadzieścia cztery klatki na sekundę. Co więcej, wszelkie spekulacje, kto wygra, a kto powinien, w tym roku zdawały się wyjątkowo jałowe. Żyjemy w rzeczywistości coraz bardziej medialnej, zapośredniczonej, i to w dużej mierze okoliczności pozamerytoryczne napędzają oscarową maszynkę, decydując o werdyktach.
Liczą się więc pozaekranowe wpadki, skandale i kalkulacje, rozmaite antypatie i sympatie, nie mówiąc o wątpliwościach związanych ze stosowaniem w kinie sztucznej inteligencji, o nieproporcjonalnych środkach wyłożonych na promocję poszczególnych tytułów czy o bieżącej sytuacji politycznej. To sprawia, że mógł wygrać nie tylko uśredniony gust, ale i wybór możliwie bezpieczny.
W ostatnich dniach, kiedy nad „Emilią Pérez” czy „Brutalistą” z różnych powodów zebrały się ciemne chmury, na zwycięzcę typowano nawet „Konklawe” czy „Kompletnie nieznanego” – dobre, lecz przecież dalekie od oryginalności czy wybitności kino. Inna rzecz, że brakowało w tym roku jednego wyraźnego faworyta, nie było też bezdyskusyjnych arcydzieł, choć to już pewnie znak naszych czasów, kiedy coraz trudniej podjąć artystyczne ryzyko, bo o kształcie kina decydują algorytmy.
Ostatecznie wszystko, co najważniejsze (i chyba jednak trochę za dużo) wygrała „Anora” Seana Bakera. Czyli niezależne kino amerykańskie, zrobione za niewielkie pieniądze, budzące jednak kontrowersje z powodu udziału rosyjskich (czytaj: reżymowych) aktorów. Ich obecność w filmie i na gali wywoływała całkiem słuszne oskarżenia – że oto normalizuje się bojkotowaną w wielu miejscach kulturę agresorów. A Kreml miał podczas oscarowej nocy kolejną w ostatnim czasie okazję, by otworzyć z hukiem szampanskoje, bo satyra na bezwstydnie bogatych Rosjan to jedno, a sukces kremlowskich pupili to drugie.
Bajka dla dorosłych o brudnych regułach rządzących światem
Długo czekałam, aż Baker, występujący na scenie również w związku z Oscarem za reżyserię, montaż i scenariusz oryginalny, powie przynajmniej jakiś frazes odnoszący się do tych okołopolitycznych zarzutów. Wolał jednak apelować o ratowanie kina jako wspólnotowej instytucji, zagrożonej przez streaming. Podobnie zresztą inni nagrodzeni czy prowadzący ceremonię Conan O’Brien – pozwalali sobie co najwyżej na blade aluzje do piątkowej „afery garniturowej” w Gabinecie Owalnym.
Na próżno też można było wypatrywać niebiesko-żółtych przypinek i jedynie aktorka Daryl Hannah miała odwagę zawołać „Sława Ukrainie!”, po czym wręczyła statuetkę... twórcy „Anory”. Ktoś powie: porzućmy wreszcie ostatnie złudzenia – Ameryka, jaka jest, każdy widzi. I nie jest tajemnicą, że również Hollywood wcześniej czy później musi odczuć na własnej skórze nowe polityczne porządki. Marna to jednak satysfakcja.
W innych okolicznościach główny Oscar dla „Anory” nie byłby żadnym problemem. Ta współczesna bajka dla dorosłych – zwariowana, frywolna i prosta w dobrym znaczeniu tego słowa – zwodzi albo uwodzi niemal do końca. I dopiero ostatnia scena zupełnie inaczej ustawia ten niby błahy film. Tytułowa pracownica seksualna z Brooklynu, której odebrano wszelkie iluzje związane z miłością czy awansem społecznym, dostaje szansę, by wreszcie odzyskać siebie. A Mikey Madison gra tak świeżo i migotliwie, że długo nie da się jej postaci przyszpilić jako naiwnej bądź wyrachowanej.
Z awanturniczej farsy „Anora” staje się przypowieścią o brudnych regułach rządzących dzisiejszym światem, konkretnie USA późnego kapitalizmu. Swoją drogą, łatwo było dostrzec w zwycięstwie dwudziestopięcioletniej Madison ironiczny przypis do „Substancji”, nagrodzonej jedynie za charakteryzację i fryzury.
Zdesperowana bohaterka Demi Moore stworzyła w niej przecież dużo młodszą wersję siebie i w końcu musi stoczyć ze swoim najdoskonalszym wcieleniem morderczą wojnę. Film Coralie Fargeat, jedynej zresztą kobiety w głównej dziesiątce, docisnął do maksimum konwencje body horroru, by stworzyć cudowne filmowe monstrum, złożone z lęków, pragnień, stereotypów, uosabiające skandal starzenia się czy urynkowienie ciała. I, chcąc nie chcąc, stał się zjadliwym komentarzem do oscarowego targowiska próżności.

Hollywoodzki eskapizm i punkty za pochodzenie
Wiele zresztą spośród nominowanych tytułów pokazało swój krytyczny pazur. Przynajmniej trzy – „Anora”, „Brutalista” Brady’ego Corbeta i „Miedziaki” RaMella Rossa – brutalnie przenicowują American dream i znany truizm: to nie jest kraj dla marzycieli i wrażliwców. Osadzone w różnych okresach powojennej historii, opowiadają o tępej sile, o władzy pieniądza pod postacią cynicznych deweloperów i buszujących za oceanem rosyjskich oligarchów czy o supremacji rasowej, której nawet „punkty za pochodzenie”, również te oscarowe, nie są w stanie zlikwidować do końca. Daleko tym filmom do typowo hollywoodzkiego eskapizmu.
Warto też odnotować obecność w najważniejszej stawce mocnych tytułów spoza USA, francuskich („Emilia Pérez”, „Substancja”) czy brazylijskiego („I’m Still Here”). Ucieszyła także wygrana łotewskiego „Flow” Gintsa Zilbalodisa w bardzo silnej kategorii animacji pełnometrażowej. Postapokaliptyczna opowieść bez słów o przygodach dzielnego kota i jego drużyny to triumf wrażliwości i inwencji nad wyrafinowaną technologią i wielkim budżetem. Dodajmy: dwadzieścia razy mniejszym niż w przypadku czarnego konia, jakim był animowany „Dziki robot” Chrisa Sandersa ze stajni DreamWorks, w którym porzucona maszyna „myśląca” uczy się matkowania gęsiemu pisklęciu. A wszystko to w języku wizualnym, urzekającym kreatywnością i przyjazną kreską.
Było jednak wiele okazji, by w taką noc nie zachwycać się wyłącznie estetyką i po prostu nie siedzieć cicho, kiedy płonie świat. Najbardziej liczyłam, że zdecydowany głos zabiorą twórcy mojego faworyta, czyli „Brutalisty”, ale – znowu – nie doczekałam się. Szkoda, bo to dzieło potwornie ambitnego outsidera, które z łatwością mogłoby ugiąć się pod ciężarem zbyt wielu pomysłów, wątków, idei. Mamy więc u Corbeta powidoki Holokaustu, ironiczne spojrzenie na Amerykę zbudowaną przez imigrantów, portret artysty na łasce wielkiego biznesu, systemową i całkiem realną przemoc...
O dziwo, wszystko to się w tym filmie spina w całość – monumentalną i chwiejną zarazem, dającą jednak poczucie obcowania z bardzo przemyślaną konstrukcją. Aż się prosiło, by odnieść ten brawurowy pod każdym względem obraz do dzisiejszych realiów. Zwłaszcza że otrzymał trzy statuetki, w tym za zdjęcia Lola Crawleya i muzykę Daniela Blumberga, które w filmie o żydowskim architekcie w powojennych USA wykorzystane zostały w sposób iście architektoniczny, współkreując filmową przestrzeń i dobudowując jej kolejne sensy.
Brody, Chalamet i fenomen najlepszego aktorstwa
Adrien Brody także opuścił Dolby Theatre ze złotą statuetką – za rolę, którą złośliwi uważają za przedłużenie tej z „Pianisty”, nagrodzonej Oscarem w 2003 r. Od początku wydawała się pewniakiem, pomimo bardzo mocnej stawki, z Ralphem Fiennesem za „Konklawe”, Timothée Chalametem za „Kompletnie nieznanego”, Colmanem Domingo w „Sing Sing” i Sebastianem Stanem w „Wybrańcu”.
Szybko okazało się jednak, że Brody może tę konkurencję przegrać, jako że w tak zwanym międzyczasie wyszło na jaw, iż węgierski akcent jego bohatera László Tótha wspomagany był przez sztuczną inteligencję, podobnie jak i pion scenograficzny. Rozpętało to bardzo pożyteczną dyskusję na temat wykorzystywania AI nie tylko w doskonaleniu ról filmowych, ale i w ogóle przy tworzeniu kina. Powróciły pytania, gdzie przebiega granica technologicznej ingerencji w autorskie dzieło i na czym polega uczciwość w jej zastosowaniu.
Dlatego tak silnym konkurentem dla Brody’ego okazał się w pewnym momencie Chalamet w roli młodego Boba Dylana. W „Kompletnie nieznanym”, na przekór hollywoodzkim biopikom, reżyser James Mangold rekonstruuje (i trochę dekonstruuje) kluczowy i poniekąd legendarny moment w życiorysie artysty. Zaś młody aktor nawet swoje umiarkowane podobieństwo potrafi przekuć w ekranowy atut, nie popadając przy tym w płaski mimetyzm. Poza tym gra na gitarze i śpiewa tak, że nawet doskonale nakarmiony algorytm nie podrobiłby tego lepiej.
Tegoroczne Oscary pokazały raz jeszcze, jak bardzo nieuchwytny i kapryśny bywa fenomen „najlepszego aktorstwa”. W przypadku męskich ról drugoplanowych Kieran Culkin z kręconego w Polsce „Prawdziwego bólu” od początku wydawał się bezkonkurencyjny. Nawet mając za rywali Edwarda Nortona (folkowy guru w „Kompletnie nieznanym”), Guya Pearce’a (najczarniejszy charakter w „The Brutalist”), Jurę Borisowa (rosyjski gangus w „Anorze”) czy Jeremy’ego Stronga (to jego bohater, prawnik Roy Cohn, stworzył w „Wybrańcu” dobrze nam dziś znanego politycznego potwora).
Żony, matki, aktywistki
Z kobietami w roli pierwszoplanowej sytuacja okazała się dużo bardziej dynamiczna. Karla Sofía Gascón za tytułową rolę w „Emilii Pérez” miała szansę na pierwszą w historii statuetkę dla aktorki jawnie transpłciowej, lecz zaprzepaściła tę możliwość niefortunnymi tweetami sprzed lat. Rasistowskimi, islamofobicznymi oraz... wymierzonymi w samą Amerykańską Akademię Sztuki i Wiedzy Filmowej.
Wspomniana Demi Moore, z najodważniejszą kreacją w tym rozdaniu i w całej swojej karierze, przekonała się, że odwaga to nie wszystko, zaś Fernanda Torres z „I’m Still Here” Waltera Sallesa, mocno promowana przez akademików latynoskiego pochodzenia, okazała się „niewystarczająca”, choć mogła zakasować konkurentki bardzo powściągliwym zagraniem autentycznej postaci z brazylijskiej historii najnowszej. Czyli Eunice Paivy, żony, matki, aktywistki, prawniczki przeciwstawiającej się zbrodniom i kłamstwom tamtejszej dyktatury. Ostatecznie ten zacny, aczkolwiek trochę sztampowo poprowadzony film otrzymał Oscara dla najlepszego tytułu międzynarodowego.
Ów wynik był szczególnym rozczarowaniem, bowiem nominacje w tej kategorii były wyjątkowo mocne, by wymienić tylko „Dziewczynę z igłą” Magnusa von Horna, ze znacznym polskim udziałem twórczym i produkcyjnym, czy niemieckie „Nasienie świętej figi” Mohammada Rasoulofa (więcej o tym filmie w następnym numerze). A najlepszy w tym rozdaniu Jacques Audiard po prostu się naraził swoją „Emilią Pérez” – i Meksykanom, i środowiskom LGBT+ (pisałam o tych kontrowersjach w poprzednim numerze).
Toteż mający najwięcej, bo aż trzynaście nominacji francuski film mówiony po hiszpańsku musiał się zadowolić tylko dwoma statuetkami, za drugoplanową rolę żeńską dla Zoe Saldañy i za piosenkę „El Mal”. To właśnie dobry przykład tego, jak zewnętrzna koniunktura może wpływać na oceny artystyczne. Tym razem zadziałała wybitnie krzywdząco – Audiard, bezpardonowo łączący musical, kino gangsterskie, melodramat i poważne tematy społeczne, spokojnie mógł zgarnąć nagrodę za reżyserię.
Jak ocalić piękno w kinie
Nie dotyczy ta uwaga filmu dokumentalnego, gdzie okoliczności polityczne prawie zawsze mają i czasem muszą mieć jakiś wpływ na ocenę merytoryczną. Spodziewałam się, że w związku z tym nagrodzona zostanie współprodukowana przez Ukrainę „Wojna porcelanowa” Brendana Bellomo i Sławy Leontiewa, z muzyką folkowego zespołu DakhaBrakha – dzisiaj boleśnie aktualna i jakże metaforyczna.
Oto podczas ukraińskiej wojny troje artystów, na przekór wdzierającej się w ich świat imperialnej przemocy, próbuje ocalić kruche piękno, nie tylko za pomocą kina, ale i czegoś tak absurdalnego w tych warunkach jak ceramika. Kamera jako narzędzie polityczne wraca w nagrodzonym dokumencie „Nie chcemy innej ziemi” Basela Adry, Hamdana Ballala, Yuvala Abrahama i Rachel Szor, wstrząsającym zapisie izraelskiej destrukcji na Zachodnim Brzegu, a zarazem dziennikarskiej interwencji z udziałem Palestyńczyka i Izraelczyka.
To właśnie z ust twórców tego filmu padły na scenie najmocniejsze słowa, nie tylko o tragedii humanitarnej w Strefie Gazy i konieczności uwolnienia izraelskich zakładników, ale i przeciw bieżącej polityce zagranicznej Stanów Zjednoczonych, która utrudnia proces pokojowy. Choć pewnie nie mniej na czasie wybrzmiałby dzisiaj inny film, bez wątpienia najciekawszy w tej kategorii – „Ścieżka dźwiękowa zamachu stanu” Johana Grimonpreza, mistrzowsko zmontowany dokument o tym, jak USA podczas zimnej wojny próbowały wykorzystać swoją kulturę, a konkretnie muzykę jazzową i jej twórców, w ramach politycznej soft power.
Powrót do początków kina
Nic więc dziwnego, że z taką podejrzliwością i z takim wyczekiwaniem na „zajęcie stanowiska” oglądało się tegoroczne rozdanie najbardziej pożądanych nagród w kinowej branży. Każdą wzmiankę o świecie spoza czerwonego dywanu – o dzielnych kalifornijskich strażakach, obecnych zresztą na scenie, o czyichś imigranckich korzeniach albo o anonimowych rzemieślnikach stojących za każdą produkcją filmową – witano gromkimi owacjami.
Była niczym listek figowy na rozbieranej imprezie, gdzie Hollywood jak zawsze celebrowało własną świetność, głównie zresztą tę minioną. Na szczęście, było jeszcze tych kilka-kilkanaście tytułów, niekoniecznie amerykańskich, które przywracały wiarę w kino. To czysto rozrywkowe, w rodzaju „Wicked” Jona M. Chu, kipiący od efektów powrót do nieco innej krainy Oz, przepisujący baśniowe tropy i musicalowe numery na język dzisiejszych wzorców i fantazji. I tym bardziej kino niebędące wyłącznie ucieczką od rzeczywistości, coraz bardziej filmowej, coraz mniej prawdopodobnej.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















