Sąsiedzi mówią na niego Michael Jackson – urodził się w Delhi, tam studiował matematykę i tam rozbudziło się w nim pragnienie bycia filmowcem. Dlatego dwanaście lat temu Arjun Talwar wyemigrował ze swoim przyjacielem Adim do Polski, ukończył łódzką filmówkę i został dokumentalistą.
Prezentowana w sekcji Panorama produkcja „Listy z Wilczej” to drugi pełnometrażowy projekt wyreżyserowany przez Talwara, jednak pierwszy tak osobisty. Reżyser postanowił odsłonić się przed widzami: opowiedzieć o swoich lękach i wątpliwościach, przywołać zarówno anegdoty, jak i historie eksponujące ból. Naszkicować autoportret obcokrajowca w stolicy, a zarazem zlustrować Polskę. Talwar zastanawia się, czy nasz kraj jest rzeczywiście jednorodny kulturowo, czy dominują w nim konserwatywne przekonania, czy obecny jest rasizm.

Odpowiedzi na te pytania filmowiec szuka wśród własnych doświadczeń, ale również w spostrzeżeniach mieszkańców Wilczej – ulicy cichej i odosobnionej, przylepionej do tętniącej życiem Marszałkowskiej.
„Listy z Wilczej” sytuują się w połowie drogi między awangardowymi filmami rodzinnymi Jonasa Mekasa a dokumentami Łozińskich: „Filmem balkonowym” i „Wszystko może się przytrafić”. Talwar przechadza się po swoim sąsiedztwie i rozmawia z osobami, które codziennie mija na swojej drodze. Bohaterami są tu fryzjerki, sprzedawczynie, spowiednik całej okolicy – listonosz Piotr, a także przedstawiciele mniejszości: syryjski pracownik socjalny Feras, chińska filmowczyni Mo, polski Rom Oskar.
Raz Talwar z dziecięcą ciekawością dopytuje ich o rzeczy pozornie błahe (dlaczego na wielorakie bary z kuchnią azjatycką obowiązuje zbiorowe określenie „chińczyk”?), innym razem konfrontuje z przykrymi przeświadczeniami o Polsce (czy Polacy boją się inności?).
„Listy z Wilczej” są w dużej mierze dokumentem o szoku kulturowym. Polska wciąż jawi się Talwarowi jako terra incognita, dlatego w filmie odkrywa ją kawałek po kawałku. Z fascynacją kieruje obiektyw na „lampy wiszące na drutach”, mdłe zapiekanki, wszędobylskie ołtarzyki. Zwraca uwagę na drobiazgi, obok których Polacy najczęściej przechodzą bezrefleksyjnie, a przecież to z nich wyłania się prawdziwy obraz kraju.

Momentami Wilcza przypomina lokację filmu Barei, w końcu Talwar chętnie akcentuje absurdalność nadwiślańskiej codzienności, gdzie anarchistyczny szewc otoczony jest franczyzowymi spożywczakami, po Paradzie Równości następuje Marsz Niepodległości, tymczasem za antyrasistowski hymn uznaje się „Makumbę”.
Dokumentalista z dowcipem opowiada o Polsce, którą wybrał sobie za dom, jednocześnie zastanawiając się, czy już zawsze będzie tu obcokrajowcem. Ile lat musi minąć, by przedrostek „obcy” przestał go definiować?
W programie Berlinale nie zabrakło polskich koprodukcji. Jedną z nich jest „Köln 75”, w który zaangażowana była współodpowiedzialna za „Strefę interesów” Ewa Puszczyńska. Koprodukcja polsko-niemiecko-belgijska opisuje kulisy powstania jednego z najważniejszych albumów w historii jazzu, czyli „The Köln Concert” Keitha Jarretta. Co ciekawe, jej bohaterem nie jest sam wirtuoz fortepianu, tylko Vera Brandes – wówczas nastoletnia organizatorka koncertów, dziś doświadczona producentka i wydawczyni muzyki jazzowej, założycielka kilku wytwórni płytowych.
Reżyserujący Ido Fluk już na wstępie tłumaczy się z obranej przez siebie strategii narracyjnej, porównując „The Köln Concert” do fresków w Kaplicy Sykstyńskiej – podziwianie ich po latach jest przyjemne, jednak to oglądanie Michała Anioła w akcji musiało być doprawdy porywające.

Vera jest bohaterką wdzięczną do filmowania, w końcu zasłynęła z nieustępliwości, wyjątkowego czaru i charyzmy – prawdziwa it girl lat 70. Udanie oddaje to grająca ją Mala Emde, której aktorska brawura uświetnia raczej klasyczną opowieść Fluka. Klasyczna, nie znaczy jednak poślednia; reżyser starannie podwyższa napięcie i z nerwem opowiada o cudzie, który wydarzył się Operze Kolońskiej.
Równie ciekawym, choć znacznie bardziej eksperymentalnym filmem jest koprodukcja niemiecko-polsko-francuska „Kein Tier. So Wild”, będąca adaptacją „Ryszarda III”. Wzorem „Berlin Alexanderplatz” Burhan Qurbani uwspółcześnił Szekspirowską sztukę, dokonując śmiałej rekontekstualizacji – krwawą walkę o koronę między Yorkami i Lancasterami wplótł w realia pustoszącej Berlin wojny arabskich gangów.
Miejsce brytyjskiego despoty zajęła Rashida, makiaweliczna przedstawicielka rodu Yorków, pnąca się na szczyt przestępczego półświatka po trupach swoich braci. Szekspir pisał, że „najdzikszy zwierz nawet zna przecie jakieś uczucia litości”. Szwarccharakter „Kein Tier. So Wild” nie zna jednak żadnych praw boskich ni ludzkich, co dobitnie ilustruje Qurbani.
Jego film to dramat gangsterski czystej wody, naszpikowany naturalistyczną przemocą i przesiąknięty fatalizmem, w którym Szekspirowskie frazy – raz zapożyczone, innym razem sparafrazowane – nabierają nowego i zaskakującego znaczenia. W końcu polska koprodukcja to tak film o niemożliwym do przerwania ciągu przemocy, jak i feministyczna opowieść o mrzonce emancypacji.
Na 75. Berlinale zobaczyć można nie tylko filmy polskie, ale także o Polsce. Takim przykładem jest kanadyjskie „Bedrock” Kingi Michalskiej – dokument o kładącym się na współczesności naszego kraju cieniu Holocaustu. Otwierająca film plansza zawiera informację o nazistowskich ośrodkach wybudowanych w okupowanej Polsce: czterech obozach zagłady, pięciu obozach koncentracyjnych, setkach podobozów i tysiącach obozów pracy przymusowej.
Reżyserka zaznacza jednak, że ślady Holocaustu widoczne są także w lasach, rzekach i większości dużych miast. Zagląda do masowych grobów, o których pamięć została zatarta, oraz miejsc, które pełnią dziś rolę muzeów lub zostały przekształcone, tak jak szpital psychiatryczny w Sieniawce, powstały wewnątrz budynku filii obozu koncentracyjnego Gross-Rosen.
Michalska w statycznych kadrach, czerpiąc garściami z nurtu kina bezpośredniego, ilustruje, jak jest wykorzystywana i jak zmienia się przestrzeń, na której w trakcie II wojny światowej wymordowano większość europejskich Żydów. Jednocześnie opowiada o tym, jak wpływa ona na mieszkańców.

Dokumentalistka towarzyszy zarówno przedstawicielowi Gminy Żydowskiej, dla którego poszukiwanie zapomnianych grobów ma charakter osobisty, archiwistce Muzeum Stutthof, która poświeciła życie na zabezpieczanie świadectw historii, jak i sprzeczającej się o odpowiedzialność Polaków za pogrom w Jedwabnem rodzinie. Jest także ze stojącymi w korkach przy Muzeum Auschiwtz-Birkenau mieszkańcami Oświęcimia.
„Bedrock” nie aspiruje do miana drugiego „Shoah”. Michalska wykorzystuje skrawki historii i za ich pomocą tworzy mozaikową narrację o różnych przejawach pamięci o Holocauście. Jeżeli „Listy z Wilczej” są apelem o otwartość, to „Bedrock” jest przestrogą przed konsekwencjami jej braku.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















