„Hahahahaha!” – mawiał nasz klasyk, a teraz sam to zaśpiewa i wystuka obcasami. We wchodzącym właśnie do naszych kin musicalu „Joker: Folie à Deux” Książę Zbrodni z Gotham (powracający do oscarowej roli Joaquin Phoenix) oraz jego muza, Harley Quinn (Lady Gaga) wyznają sobie miłość. Stanie się to na sali sądowej, a także w krainie wyobraźni, gdzie przygrywają im Fred Astaire i Judy Garland.
Tytułowe „Szaleństwo we dwoje” oznacza paranoję indukowaną – stan, w którym osoba współuzależniona od paranoika bezkrytycznie przyjmuje jego optykę. To celna metafora naszej długiej i skomplikowanej relacji z Jokerem. Im częściej podpala świat, tym lepiej go rozumiemy.
Pan J.
Pod osłoną nocy dwóch facetów ucieka ze szpitala psychiatrycznego. Od wolności dzieli ich kilka metrów, muszą jedynie przeskoczyć na dach sąsiedniego budynku. „Włączę latarkę, a ty przejdziesz po snopie światłą na drugą stronę” – proponuje jeden. „Myślisz, że jestem szalony? – oburza się drugi. – Gdy będę w połowie drogi, wyłączysz latarkę i spadnę”.
W finale komiksu „Zabójczy żart” Alana Moore’a i Briana Bollanda Joker opowiada ten dowcip Batmanowi, cementując odwieczną rywalizację, którą uosabiają: porządku z chaosem, czerni z pstrokacizną, postu z karnawałem.
Na monolicie pojawia się jednak pęknięcie – Batman, jak nie Batman, zaczyna śmiać się do rozpuku. W chwilowej komunii wrażliwości między arcywrogami niektórzy dostrzegają zapowiedź najgorszego: już za moment, nie mogąc przerwać kręgu przemocy, w którym Joker zaklął miasto Gotham, Człowiek Nietoperz złamie swoją najważniejszą zasadę i skręci żartownisiowi kark.
Ja wolę „pogodniejszą” interpretację. Dla jednego z szaleńców snop światła jest wiarą w resocjalizację. Drugi wie doskonale, że z tej otchłani nie ma powrotu. Jedynym lekarstwem na nihilizm są pozory, maski, gry.
Na kartach komiksów i na kinowym ekranie Joker był już gangsterem i pranksterem, personifikacją chaosu, ofiarą przemocy psychicznej, a nawet zdesperowanym antysystemowcem. Paradoksy jego tożsamości odzwierciedlają paradoksalną naturę samej sztuki. Ta może być przecież jednocześnie monumentalna i błaha, kiczowata i bogata w znaczenia, niepoważna i niebezpieczna.
Uśmiech arcyłotra
„Czasem pamiętam to tak, a czasem inaczej. Jeśli koniecznie muszę posiadać przeszłość, chciałbym, aby była to przeszłość wielokrotnego wyboru” – mówi jeden z Jokerów o jednej ze swoich biografii. Jego „przeszłość” w historii komiksu da się oczywiście uporządkować i ułożyć w logiczny ciąg.
W 1940 r. do życia powołali go Bob Kane, Bill Finger i Jerry Robinson (spór o faktyczny podział praw rodzicielskich trwa do dziś). Przez kolejne dekady jego osobowość zmieniała się w odpowiedzi na społeczno-cenzorskie zapotrzebowanie oraz artystyczne trendy w komiksowym medium… I tak dalej, w ten deseń. „Jestem przewlekły” – podsumowałby to sam zainteresowany.
Ciekawsze od suchych faktów są jednak symbole, figury pars pro toto, inspiracje. Na przykład fotografia aktora Conrada Veidta z filmu „Człowiek śmiechu”, którą Finger pokazał swoim kolegom z wydawnictwa DC Comics. W ekspresjonistycznej perełce Paula Leniego (i zarazem luźnej adaptacji powieści Victora Hugo pod tym samym tytułem) Veidt gra wędrownego cyrkowca o obliczu wykrzywionym w permanentnym uśmiechu. Pamiętna scena, w której przesuwa dłoń wzdłuż twarzy, odsłaniając naprzemiennie zaszklone oczy i wyszczerzone zęby, pozostaje kapitalną ilustracją dwoistej natury Jokera.
Faktyczna przeszłość oraz tożsamość arcyłotra była już przedmiotem tylu reinterpretacji, że w zasadzie nie da się jej zamknąć w jednej gładkiej narracji. To raczej bezkształtny żywioł narracyjnego chaosu; splot rymów, repetycji, fabularnych palindromów i kontrapunktów. Niespełniony komik, drobny przestępca z ambicjami, galaktyczny nadczłowiek próbujący zniszczyć wszechświat. Czasem zrodzony z kosmicznej nicości, kiedy indziej – w zbiorniku z chemikaliami. Moją ulubioną maską Jokera jest Oberon Sexton – żonobójca i autor powieści kryminalnych, którego klaun najpierw zabił, a potem przejął jego tożsamość. To jedno z jego „autotematycznych” wdzianek, obnażających nie tylko wielorodną osobowość bohatera, ale i mechanizmy rządzące komiksową konwencją.
Joker zamordował Jasona Todda, czyli drugiego Robina. Sparaliżował Barbarę Gordon, czyli Batgirl. Przeciągnął na ciemną stronę mocy psychiatrę Harleen Quinzel, znaną później jako Harley Quinn. To oczywiście wierzchołek góry lodowej, gdyż – pomijając kosmicznych dyktatorów oraz rozmaitej maści bóstwa – ma na swoim koncie najwięcej ofiar w całym uniwersum DC Comics. A jednak, mimo bogato udokumentowanej historii, wymyka się procesowi popkulturowej „kanonizacji”.
W ekspresjonistycznym horrorze „Arkham Asylum” autorstwa Granta Morrisona fikcyjna koncepcja „superpoczytalności” legitymizuje jego… niepoczytalność. „W przeciwieństwie do nas Joker zdaje się nie posiadać żadnej kontroli nad bodźcami oraz informacjami z zewnętrznego świata. Jedynym sposobem, by odnaleźć się w chaosie rzeczywistości, jest roztopienie się w nim, przyjęcie wszystkich bodźców naraz. Właśnie dlatego jednego dnia jest psotliwym klaunem, a drugiego – psychopatycznym mordercą. Każdego dnia odkrywa siebie samego na nowo” – diagnozuje go lekarka ze szpitala w Arkham.
Joker Jacka Nicholsona
Dwa pierwsze ekranowe wcielenia Jokera – grany przez Cesara Romero kampowy trickster z serialu telewizyjnego z lat 60. oraz mafiozo Jack Napier o twarzy Jacka Nicholsona z „Batmana” Tima Burtona – nie są tak wdzięcznym materiałem dla psychoanalityków. Ten pierwszy pozostaje echem mroczniejszych czasów w historii komiksu, gdy restrykcyjne wymagania tzw. Kodeksu Komiksowego znacznie ograniczały kreatywność oraz uniemożliwiały szeroką dystrybucję drastycznych treści. Ten drugi, wpisany w gotycko-ekspresjonistyczny świat Tima Burtona, odcisnął na popkulturze wyraźniejsze piętno.
W jednej ze scen „Batmana” z 1989 r. Joker urządza demolkę w gothamowskim Muzeum Flugelheima (do dziś nie mogę się nadziwić poziomem wysublimowania burtonowskiej „satyry”). „Ofiarami” spontanicznego aktu destrukcji, rozegranego w rytmie utworu „Partyman” Prince’a, padają między innymi Rembrandt i Degas. Błazen oszczędza jedynie Francisa Bacona. Jego obraz „Figure with Meat” z krzyczącym mężczyzną na tle rozpłatanego wołu wzbudza w klaunie sentymentalną refleksję. „Istota jednocześnie żałosna i przerażająca w swojej intensywności. Skupiająca w sobie cały ból, nieszczęście i szaleństwo świata” – czytamy w późniejszej nowelizacji filmu. Kino ma tu jednak przewagę, gdyż Joker jest żywiołem ruchu, zmiany, do twarzy mu z narracyjnym skrótem. „Ten mi się podoba” – konstatuje i w zamian bierze na cel antyczną rzeźbę.
Joker Jacka Nicholsona pozostaje niszczycielem społecznego porządku oraz kulturowego kanonu, co, znów, rymuje się z jedną z jego komiksowych tożsamości. W Gotham organizuje wielki karnawał, na który – dzięki zamaszystej religijno-ludycznej metaforze – „postny” Batman musi odpowiedzieć przemocą o odwrotnym wektorze.
Kultowe powiedzonko Jokera – „Czy tańczyłeś kiedyś z diabłem w świetle księżyca?” – jest zaproszeniem do tej amoralnej zabawy. Żeby prowokowanie chaosu było czynnością wyzwalającą, amoralność musi być intencjonalna – przekonuje złoczyńca.

Żartowniś potrzebuje Mrocznego Rycerza
Baconowskie twarze, rozciągnięte w grymasie agonii i zniekształcone gwałtownymi pociągnięciami pędzla, powróciły w kolejnych opowieściach o Jokerze. Reżyser Christopher Nolan dostrzegał w nich efekt zawodnej pamięci, ale też zamrożone na płótnie, tożsamościowe rozwarstwienie. Filmowy makijaż aktora Heatha Ledgera (któremu Nolan podarował album z pracami malarza) miał przypominać o tej dychotomii.
Stojący na ruchliwym skrzyżowaniu, filmowany z żabiej perspektywy Joker z „Mrocznego Rycerza” (2008) przypomina bohaterów innego reżysera, czyli Michaela Manna. Kino twórcy „Gorączki” i „Zakładnika” pełne jest socjopatycznych samotników, którzy traktują innych ludzi niczym stado nieistotnych z szerszej egzystencjalnej perspektywy, kosmicznych mrówek. Zza parawanu tej stylizacji wyłania się jednak „agent chaosu”, którzy burzy nasze przyzwyczajenia względem czarnych charakterów i samej konwencji.
Joker zjawia się znikąd i opowiada różne historie: raz o ojcu, który pociął mu twarz nożem, to znów o żonie, przez którą sam się okaleczył. Żadna z tych historii nie jest prawdziwa, ale też „prawda” nie ma tu większego znaczenia, skoro Joker jest u Nolana symbolem bezlitosnego fatum; niebezpiecznej „wolności” płynącej z odrzucenia norm społecznych oraz cechującej anarchię „sprawiedliwości”. Mówi o sobie „facet bez planu”, choć jego intryga wymaga logistycznej perfekcji. Deklaruje, że pragnie jedynie śmierci Batmana, mimo że chodzi mu o coś więcej; chce udowodnić, że w każdym z nas, za cieniutką membraną kultury, siedzi przerażone, gotowe do ataku lub ucieczki zwierzę.
Widzieliśmy już w popkulturze takich żartownisiów: Johna Rydera, czyli pamiętnego „Autostopowicza”; stawiających się ponad moralnością bohaterów Cormaca McCarthy’ego (sędziego Holdena z „Krwawego południka” i Antona Chigurha z „To nie jest kraj dla starych ludzi”); szatańskich posłańców z filmów Davida Lyncha. Joker w interpretacji nagrodzonego Oscarem Heatha Ledgera wyróżnia się na ich tle efektownym zestawem tików i mlasków, nagłymi zmianami tonu, ekspresji, języka ciała. Lecz jeśli jego rola czegoś dowodzi, to głównie tego, że tlenem Jokera pozostaje Batman.
„Niepohamowana siła kontra nieprzesuwalny obiekt” – ironizuje czarny charakter, walcząc o haust powietrza w uścisku Batmana. Rozpisany na dwie postaci paradoks omnipotencji jest na ekranie tak intrygujący, gdyż stawką w grze pozostaje dusza „ostatniego sprawiedliwego”. Joker chce włączyć szlachetnego prokuratora Harveya Denta do klubu obłąkanych („Szaleństwo jest jak grawitacja. Wystarczy delikatne popchnięcie” – powie).
Batman wie jednak, że nie da się naprawić społeczeństwa, będąc jego wyrzutkiem. Finał, w którym Dent zamienia się w komiksowego łotra Dwie Twarze, a Człowiek Nietoperz bierze na siebie jego zbrodnie, jest fantastycznym symbolem relacji „dobra” i „zła” w opowieściach o Batmanie i Jokerze. Obaj wygrywają i przegrywają w tandemie.
Pan B.
W nagrodzonym weneckim Złotym Lwem „Jokerze” (2019) Todda Phillipsa Batmana nie uświadczymy i pewnie dlatego jest to niespełniony film. W poszukiwaniu nowej tożsamości Jokera twórcy cofają się do przeszłości. Wątek niespełnionego komika, który wkracza na ścieżkę zbrodni, pożyczają z „Zabójczego żartu”. Obraz targanego społeczno-ekonomicznymi turbulencjami Gotham – z kina Nowego Hollywood lat 70., ze szczególnym uwzględnieniem twórczości Martina Scorsesego („Taksówkarz”, „Król komedii”). By wpisać postać Jokera w konwencję psychologicznego realizmu, sięgają z kolei po motyw jego toksycznej relacji z Matką oraz z Miastem. Matka zaszczepia w nim ujemne poczucie własnej wartości. Miasto zamienia jego realną wartość w puentę okrutnego, ekonomicznego żartu.
Gra toczy się o godność uciskanych, którzy w finałowym akcie – podżegani przez Jokera – zamieniają ulice w pole bitwy z policją. Jest jednak coś felernego w tego rodzaju narracji. Arthur Fleck (Joaquin Phoenix) to żywy katalog chorób psychicznych, które twórcy traktują jak monolit. Bohater przejawia symptomy narcyzmu, depresji, schizofrenii, głębokiej psychozy, a jego niekontrolowany śmiech to tzw. zespół rzekomoopuszkowy. Eskalacja agresji jest zatem ściśle związana z pogarszającym się stanem psychicznym bohatera. Systemowa niesprawiedliwość to zaledwie katalizator; kropelka, która przelewa czarę goryczy.
Sporym problemem filmu jest też strukturalna „samotność” postaci. W najlepszej scenie filmu bohater, już jako pacjent zakładu psychiatrycznego o zaostrzonym rygorze, rozmawia z pracownicą opieki społecznej. Spytany o przyczyny nagłej erupcji śmiechu, wraca wspomnieniami do chwili, w której trącił palcem pierwszą kostkę domina; naraz, w przebitce, widzimy malutkiego Bruce’a Wayne’a, przyszłego Batmana, nad ciałami zamordowanych w trakcie zamieszek rodziców. „Nie zrozumiesz” – odpowiada Joker. Nawet w tej opowieści Mroczny Rycerz wydaje się niezbędny jako filozoficzna przeciwwaga. Jak mawia jego ukochany wróg: „Bez Batmana zbrodnia nie ma puenty”.
Nowe szaty błazna
Paradujący w kremowym garniturze i wystylizowany na mafijne legendy czasów prohibicji Jared Leto z „Legionu samobójców”; rozdzielony na dwa ciała braci Valeska i schowany za licencyjnymi konfliktami zbir z serialu „Gotham”; zakochany i w sobie, i w swoim arcywrogu trefniś z filmowego cyklu „LEGO”; wreszcie – balansujący na granicy komedii, horroru i melodramatu Joker w interpretacji Marka Hamilla.
Bez względu na to, ilu Jokerów jeszcze zobaczymy i jak długo będą trzymać Batmana w egzystencjalnym szachu, autorska „logika obłędu” Księcia Zbrodni z Gotham zawsze pozostanie atrakcyjnym, filmowo-komiksowym tworzywem.
Batman wierzy, że na filarach moralności i przyzwoitości da się zbudować bezpieczny świat. Podpowiada nam, że życie w zgodzie ze społeczną umową może być aktem odwagi. Joker przekonuje, że jest to odwaga, za którą nikt nas nie nagrodzi. Czy może być zatem lepsza od nihilizmu, entropii i dobrej zabawy? Obaj mają rację. I obaj się mylą.
PODIUM FILMOWYCH JOKERÓW


3. Jack Nicholson i Joaquin Phoenix
Ex-aequo za dwa oblicza krwawej rewolucji. Jeden kocha Francisa Bacona, drugi woli stare musicale. Jeden urządza w Gotham karnawał z piekła rodem, drugi idzie na barykady razem z wyzyskiwanymi mieszkańcami. Obaj zagrani są wspaniale, choć z dwojga złego, chaotycznego i nikczemnego, wolę Nicholsona. Będę się upierał, że bez Batmana nie ma Jokera. A przynajmniej – wielkiej rywalizacji postu z karnawałem.

2. Heath Ledger
Szaleństwo jak grawitacja i destrukcja dla samej destrukcji. Zamiast twarzy – maska. Niektórzy dostrzegli w niej klauna z „Wieczoru kuglarzy” Ingmara Bergmana. Inni – echa twórczości Francisa Bacona. Nagrodzony Oscarem Joker Heatha Ledgera nie jest ani figlarnym złoczyńcą, ani frontmanem w trakcie spektaklu zniszczenia. To żywioł chaosu, którego nie da się przekonać, że o świat i ludzi warto walczyć.

1. Mark Hamill
Najlepszy filmowy Joker, choć Księciu Zbrodni z Gotham użyczył wyłącznie głosu. Słychać w nim jednak wszystkie paradoksy osobowości arcyłotra. W serialach animowanych sprasował kilkadziesiąt sprzecznych tożsamości Jokera w jedną. W grach wideo z serii „Arkham” przerzucił pomost między długą i bogatą tradycją opowieści o Jokerze a nowoczesnymi wizerunkami czarnego charakteru. Największa rola w cieniu innych wielkich ról.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















