Dlaczego wierni odchodzą z Kościoła? Dwie opowieści o apostazji

Alicja swój akt apostazji opublikowała w internecie. Joanna uważa, że z Kościoła została wypchnięta. Formalne odejścia, publiczne czy dokonywane po cichu, są zwykle aktem kończącym długi i powolny proces.
Czyta się kilka minut
Karnawał w Wenecji, 1 lutego 2026 r. // Fot. SLorenzo Di Cola / NurPhoto / AFP / East News
Karnawał w Wenecji, 1 lutego 2026 r. // Fot. SLorenzo Di Cola / NurPhoto / AFP / East News

Znalezienie aktualnych danych o apostazji, czyli formalnym odejściu z Kościoła, nie jest proste. Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego podawał oficjalne liczby jedynie do 2010 roku (459 apostatów), tłumacząc późniejszy brak statystyk „niewielką skalą zjawiska”. 

Luki te próbują wypełniać oddolne inicjatywy, jak projekt „Mapa apostazji” czy serwis apostazja.eu, z którego od 2020 r. pobrano kilka tysięcy wzorów dokumentów potrzebnych do formalnego wystąpienia z Kościoła. Oczywiście nie każdy, kto pobiera oświadczenie, ostatecznie składa akt apostazji, ale dane te pokazują, że „skala zjawiska” może być dużo większa. 

Sama apostazja to jednak bardziej złożone zjawisko niż rezygnacja z praktyk religijnych. W Kodeksie Prawa Kanonicznego określana jest jako „całkowite porzucenie wiary chrześcijańskiej”. W istocie dotyka więc samego rdzenia wiary, a nie tylko uczestnictwa w obrzędach. 

O przyczyny sekularyzacji pytam prof. Katarzynę Zielińską, socjolożkę religii z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Twierdzi, że na zmiany nałożyły się bodźce kulturowe i ekonomiczne, ale swoje zrobiła też pandemia. – Religijność w Polsce jest w dużej mierze rytualistyczna, oparta na powtarzalności. Pandemia przerwała ten rytm. Wiele osób po lockdownie nie wróciło do Kościoła – mówi.

Jej zdaniem ostatnie, gwałtowniejsze spadki religijności wynikają jednak z lokalnych czynników: bratania się Kościoła z politykami, skandali pedofilskich, braku systemowych starań na rzecz walki z nadużyciami. – Tu chodzi o sposób, w jaki hierarchowie Kościoła katolickiego na te skandale reagowali. A raczej, jak nie reagowali – mówi prof. Zielińska. 

Ta bierność zniechęcała część katolików. Takich jak Alicję.

„Za dużo myśli” – dlaczego Kościół nie lubi wątpliwości

Alicja Bazan jeszcze kilka lat temu wierzyła. Wychowała się w praktykującej rodzinie z Krakowa, należała do wspólnot młodzieżowych, jeździła na rekolekcje, pełniła rolę animatorki na kościelnych wyjazdach.

W pewnym momencie zaczęło coś jej jednak zgrzytać. – Coraz więcej rzeczy w nauczaniu społecznym Kościoła zaczęło mi się nie zgadzać z tym, co wiedziałam o świecie i człowieku, relacjach, emocjach, godności – wspomina.

Poszła więc porozmawiać z księdzem. Liczyła na zrozumienie i rozmowę, która coś jej rozjaśni, ale niewiele z niej wynikło. Mimo to wmawiała sobie, że nie ma rozterek, że da się to jakoś zagłuszyć. 

– To nie jest tak, że nie próbowałam walczyć o wiarę – tłumaczy. – Próbowałam, bo zrezygnowanie z czegoś, czemu poświęciło się dużą część życia, nie jest łatwe. 

Alicja Bazan // Fot. Paweł Rakowski

W duszpasterstwie i od duchownych słyszała jednak, że „za dużo myśli”. 

– Raczej oczekiwano ode mnie, że po prostu zgodzę się z nauczaniem Kościoła, bez dyskusji – dodaje. 

Z coraz większą też niechęcią patrzyła na zachowania czołowych hierarchów, na ich podejście do mniejszości seksualnych, ksenofobiczne wypowiedzi, utrudnianie rozliczeń przestępstw seksualnych duchownych. Pyta: – Dlaczego kiedy jeden czy drugi biskup wypowiada się agresywnie o innych, pozostali nie potrafią się sprzeciwić?

Religijny coming out: poczułam ulgę, że w końcu jestem poza Kościołem

Po pierwszych poważniejszych wątpliwościach wróciła na rok do Kościoła, miała stałego spowiednika, przyjmowała sakramenty

– Próbowałam sama się przekonać, ale to, co słyszałam na kazaniach, nie trafiało do mnie – opowiada. 

Czy od razu pomyślała o apostazji? Nie, bo, jak zaznacza, z odejściem wiąże się dużo trudnych emocji. Jej dodatkowo towarzyszyły objawy depresyjne. Odchodziła trzykrotnie. Za ostatnim razem już skutecznie. 

– Na koniec 2024 r. przygotowałam listę rzeczy do zrobienia na 2025. Jednym z punktów było dokonanie apostazji – wspomina.

Odchodzenie wiąże się z formalną procedurą: złożeniem aktu woli i wizytą u proboszcza. Jak wspomina spotkanie z księdzem? 

– Byłam przygotowana na to, że rozmowa może nie przebiegać miło. Spotkałam się jednak z życzliwością. W parafii mojego chrztu ksiądz był uprzejmy, spokojnie ze mną rozmawiał, próbował nawet przekonać do zmiany decyzji, ale w sposób delikatny, z szacunkiem. W parafii mojego zamieszkania wszystko odbyło się bardzo szybko, bez rozmowy, w zasadzie czysto formalnie. Wizyta trwała może dwie i pół minuty: podpisaliśmy dokumenty i to wszystko – opowiada.

Pytam ją, czy nie jest jej żal. W końcu dużą część swojego młodzieńczego życia poświęciła wierze. 

– Nie, czuję dużą ulgę i satysfakcję, że w końcu to zrobiłam. Że przestałam funkcjonować „pomiędzy”, a jestem już poza, dokładnie tam, gdzie chciałam być – mówi. 

Zaraz po apostazji Alicja udostępniła w swoich mediach społecznościowych dokument o woli wystąpienia z Kościoła. Religijny coming out.

Żałoba po Kościele. Dlaczego apostazja to proces pełen bólu i rozczarowania

– To decyzja, z której jestem dumna – odpowiada. – Dopóki nie zaczniemy przełamywać tematów tabu i otwarcie o nich dyskutować, to one nadal będą tabu. Wiele osób chciałoby podjąć jakiś krok, ale milczy, bo boi się społecznej oceny albo ma wrażenie, że jest z tym zupełnie samych. Tymczasem wcale tak nie jest.

Takich osób jak Alicja jest więcej. Jedna z grup na Facebooku o apostazji, na którą trafiłem, posiada ponad 20 tys. uczestników. Wielu z nich o apostazji nie chce mówić swoim znajomym czy rodzinie. Boją się odrzucenia, oceniania. Zwłaszcza że w Polsce religia nadal mocno osadzona jest w tradycji.

Alicja: – Wiele osób chodzi do kościoła bardziej z przyzwyczajenia, z potrzeby przynależności albo ze względu na presję społeczną niż z głębokiej wiary. Niektórzy apostazję odbierają bardzo emocjonalnie, jakby była czymś wymierzonym przeciwko Polsce, rodzinie czy kulturze. Zdarza się, że bagatelizują tę decyzję, argumentują w stylu: „bo im się nie chce chodzić do kościoła” albo „nie chcą wrzucać na tacę”. A przecież to zazwyczaj bardzo trudny, długi proces, który wiąże się z poczuciem żałoby, rozczarowaniem, zmaganiem się z wątpliwościami.

Prorocki krzyk: dlaczego Kościół traci wiernych

Powodem odejść nie jest jedynie konflikt z instytucją Kościoła. Wiarę traci się dziś z wielu powodów: pod wpływem lektur, nowych doświadczeń quasiduchowych, rozczarowania życiem religijnym albo osobistych kryzysów, takich jak choroba czy śmierć bliskiej osoby. 

Dla niektórych religia z czasem staje się po prostu obojętna, zwłaszcza gdy udział w obrzędach nie łączy się z realnym zrozumieniem ich sensu. Apostazja może być przypieczętowaniem odejścia, które dokonało się już wcześniej, po cichu, bez wyraźnego przełomu. 

Ks. Dariusz Piórkowski, jezuita, uważa, że doświadczanie wiary bardzo się zmieniło. A duchowni nie są w stanie znaleźć przekonującego języka, by o niej opowiedzieć. 

– Wiele osób zostało w Kościele zranionych przez duchownych i to jest fakt. Ale zadajmy sobie też pytanie, co my jako księża robiliśmy, by budować w ludziach żywe doświadczenie duchowe? Dawniej nikt nie pytał, po co mam iść na mszę. Dzisiaj świadomość przeżywania religii jest inna, ludzie pytają: dlaczego mam to robić? Jeśli nie znajdują odpowiedzi i nie widzą, że coś realnie zmienia się w ich życiu, to odchodzą. W tym sensie apostazja jest dla Kościoła krzykiem, prorockim znakiem czasu – mówi.

Wspominam ks. Piórkowskiemu historię Alicji. Pytam, czym grozi nieumiejętność słuchania i tłumaczenia wiary w sposób, który nie ucisza wątpliwości. 

– Parę tygodni temu było u mnie kilka par narzeczonych przygotowujących się do małżeństwa. Mieli wątpliwości związane z etyką seksualną. To, co możemy zrobić jako księża, to wysłuchać, czy nam się to podoba, czy nie. Nie muszę znać odpowiedzi na wszystkie pytania, ale powinienem do nich podejść ze zrozumieniem i empatią. Tego dzisiaj nam, księżom, brakuje – przyznaje. 

Jednocześnie jezuita zaznacza, że wielu chciałoby widzieć w Kościele doskonały świat. Tymczasem, jak przyznaje, tak nie ma i nie będzie. 

– Co nie oznacza, że nie mamy nic robić ze złem, które w kościelnych murach się dzieje. Ludzie są tu ranieni, bez wsparcia przyspieszają decyzję o odejściu. Musimy jednak też pracować nad budowaniem prawdziwego autentycznego doświadczenia wiary. Pokazywać, że Kościół nie jest idealny, ale mimo to jest wspierający i wysłuchujący. 

„W Kościele czułam się jak w domu”. Dlaczego wiara przestała wystarczać?

Wysłuchania w trudnych momentach nie znalazła w Kościele Joanna Banach. Drży jej głos, gdy dzieli się swoją historią. Apostazji dokonała cztery lata temu. Dorastała w dysfunkcyjnej rodzinie. Ojciec był alkoholikiem, matka, jak mówi, miała cechy narcystyczne. Dzieciństwo miała więc trudne, szkoła też jej nie oszczędzała. 

– Byłam gruba, zezowata, mieszkałam w biednej dzielnicy Poznania, totalnie nie pasowałam do otoczenia – tak pamięta tamten okres.

Matka, osoba religijna i rozmodlona, uczyniła z Kościoła centrum życia. Ojciec wręcz przeciwnie, ale dla świętego spokoju chodził z nią na msze. Joanna więc od dziecka zaczęła szukać swojego miejsca w Kościele. Znalazła je w ruchach i wspólnotach młodzieżowych. I pierwszy raz poczuła – miała wtedy piętnaście lat – że jest gdzieś w pełni akceptowana. 

Joanna Banach // archiwum prywatne

– Pamiętam jedną ze spowiedzi, podczas której usłyszałam, że Bóg kocha mnie taką, jaka jestem. Ksiądz zaprosił mnie do wspólnoty neokatechumenalnej. Poszłam tam i zaczęłam grać na gitarze, zostałam kantorką, czyli prowadziłam śpiewy. To była ważna rola – wspomina. 

Od ludzi ze wspólnoty dostawała dużo pozytywnego odzewu: że jest fajna, potrzebna, że robi coś dobrego. Wreszcie nie musiała stać z boku, była widziana i doceniana. 

Po przeprowadzce do innej dzielnicy zaangażowała się dodatkowo w działalność zespołu młodzieżowego. Czuła się jak w domu. Nie wszystko jej się w Kościele podobało. Nie zgadzała się na wykluczanie części grup społecznych czy podejście do aborcji. W tym czasie poznała niewierzącego męża, z którym wzięła ślub kościelny i miała dwie córki. Początkowo próbowała go nawracać, później odpuściła.

Rozmowa z córką i granice akceptacji w Kościele

Poważny zgrzyt pojawił się, gdy wspólnota oczekiwała, by jej mąż również do niej dołączył. Odmówił, a Joanna nie chciała go zmuszać. Wspólnocie to się nie spodobało, a Joanna pierwszy raz przestała czuć pełną akceptację grupy.

Po kolejnej przeprowadzce wstąpiła do wspólnoty Odnowy w Duchu Świętym i dołączyła do Caritasu. Zajęła się też prowadzeniem biura parafialnego. Wtedy usłyszała diagnozę – tętniak w mózgu. Musiała przez to zrezygnować z pracy zawodowej (była policjantką). Miała powikłania, przeszła intensywną rehabilitację. Mimo to dalej działała w Kościele, grała na gitarze i ukulele, śpiewała w zespole, ogarniała życie parafii. To było coś, co ją budowało i dodawało sił.

Kolejny kryzys przyniosła rozmowa z córką. Podczas jazdy samochodem usłyszała od niej: „Mamo, pociągają mnie kobiety, nie wiem, co mam z tym zrobić… Oni każą mi odejść, bo jestem dziwna, inna”.

Joannie serce się zatrzymało. Pomyślała: czy moje dziecko jest nienormalne? Co mam z tym zrobić?

Zaczęła czytać o homoseksualności. W środku czuła jednak ogromny sprzeciw. Nie chciała krzywdzić własnego dziecka. Poszła do proboszcza i zapytała, jak może pomóc córce. On odpowiedział spokojnie: kochaj ją taką, jaka jest. 

– Byłam mu naprawdę wdzięczna za te słowa. Bo słuchając wtedy ludzi ze wspólnoty, pewnie próbowałabym ją zmieniać – wspomina.

Jak wsparcie dla osób LGBT wyklucza z Kościoła

Dlatego wspierała córkę. Chodziły razem na parady równości w Poznaniu, towarzyszyła jej w pierwszym zakochaniu w dziewczynie. Zaczęła to pokazywać publicznie. Publikowała zdjęcia z parad, wpisy na Facebooku. Spotkało się to z krytyką. Opowiada: – Pamiętam, że najwięcej hejtu spadło wtedy na mnie właśnie od ludzi z mojej wspólnoty. Nikt nie przyszedł porozmawiać, wszystko działo się w mediach społecznościowych.

Potem konsekwencje przeniosły się poza internet. Najpierw proboszcz odsunął Joannę od biura parafialnego. – Tak musiał, ludzie tego od niego wymagali, rada parafialna naciskała, pytali go: jak możesz ją dalej trzymać? 

Następnie na spotkanie zaprosiła ją wspólnota. Dwie kobiety oznajmiły, że powinna się „otrząsnąć”. – Wytknęły mi, że ćwiczę jogę, chodzę na parady równości, promuję pogląd, że homoseksualizm jest normalny. Zaznaczyły, że nie chcą, bym dalej grała w zespole i prowadziła śpiewy. To był cios nie do opisania. Coś, co kochałam i co było moim życiem, nagle zostało mi odebrane – mówi. 

Wróciła do domu i przez trzy dni nie wstawała z łóżka. To doświadczenie doprowadziło ją do stanu depresyjnego i rozpoczęcia psychoterapii. – Z czasem pojawiła się myśl, że Kościół nie jest już moim miejscem. Że to wszystko, czego naucza wspólnota, nijak ma się do Ewangelii. Jezus mówił, że wszyscy jesteśmy kochani takimi, jacy jesteśmy. Ale w Kościele wygląda to inaczej.

Z czasem ludzie zaczęli się od niej odsuwać. – Do dzisiaj trwają przy mnie trzy osoby – oznajmia. Stopniowo przestała chodzić do kościoła i odeszła ze wspólnot. Ludzie ją pytali: po co ci apostazja? A ona wiedziała, że nie chce tego zrobić po cichu. Zainteresowała się tym, jak wygląda procedura formalnego odejścia. Proces przebiegł bezproblemowo. Ksiądz na koniec zapytał, czy jest pewna tej decyzji, i zapewnił, że może w każdej chwili wrócić. 

Najtrudniejsza była reakcja matki: „Co ty zrobiłaś? Jesteś opętana” – grzmiała. Po pierwszym bólu spowodowanym opuszczeniem instytucji przyszła żałoba, a po niej złość. Joanna wylewała wtedy na Kościół wszystkie swoje emocje, ale to też minęło. Teraz uważa, że apostazja była najlepszą decyzją. 

– Czasem pojawia się ból, szczególnie wtedy, gdy czytam historie podobne do mojej. Albo kiedy widzę, że jakiś ksiądz, który robił wiele dobrego, odszedł, bo kościelne ramy okazały się dla niego zbyt ciasne – mówi.

Wina zbiorowa: odejście to porażka wspólnoty, a nie jednostki, która „straciła wiarę”

Według prof. Zielińskiej kluczowe do budowania dialogu wiernych z Kościołem są trzy obszary. 

Po pierwsze, troska o wspólnotę. Duchowni muszą zacząć budować relacje, pokazać, że walczą z patologiami, włączać świeckich. Po drugie, Kościół musi rozliczyć nadużycia seksualne. W Irlandii czy Stanach Zjednoczonych brak właściwej reakcji na skandale prowadził do poważnego kryzysu i masowego odchodzenia wiernych. Wreszcie konieczny jest rozdział z władzą świecką. 

– Kościół katolicki w Polsce przez lata był rozpieszczany, zarówno przez polityków, jak i wiernych. Teraz to się powoli zmienia i w tym widzę szansę na jego zmianę – mówi prof. Zielińska.

Ks. Piórkowski dodaje, że konieczne jest zrozumienie, nie tylko przez duchownych, ale też świeckich członków wspólnoty. Bo, jak podkreśla, Kościoła nie powinno ograniczać się wyłącznie do biskupów czy proboszczów.

– Nie możemy piętnować tych, którzy zdecydowali się odejść, bo wtedy umywamy ręce i zdajemy się nie rozumieć, że odpowiedzialność ponosimy jako całość – mówi. 

Za każdą historią odejścia kryją się odmienne motywy. Ludzie odchodzą z Kościoła również nieformalnie i bez deklaracji. Czego nie widać od razu w statystykach, ale co odbija się w dłuższej perspektywie na kondycji Kościoła. Żeby zahamować ten proces, duchowni muszą nauczyć się słuchać i zadbać nie tylko o zaangażowanych, ale przede wszystkim o wątpiących, błądzących czy tych, którzy czują się zranieni. 

Bez wrażliwości na te problemy sekularyzacja będzie tylko przyspieszać.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 07/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Dlaczego odchodzą