Artur Sporniak: W maju odbędą się obchody 1700-lecia Soboru Nicejskiego – pierwszego soboru chrześcijaństwa, który – jak dotychczas uważano – bronił bóstwa Jezusa przed herezją ariańską. Ksiądz Profesor to zakwestionował i zaproponował inną interpretację w swojej książce „Sobór Nicejski (325)”. A zaczęło się od przypadkowych lektur. Jakich?
O. Henryk Pietras SJ: To były dwie książki o żegludze na Morzu Śródziemnym w starożytności. Uświadomiły mi one, że z powodu wstrzymywania żeglugi od późnej jesieni do wiosny możliwości komunikacyjne były ograniczone i cesarz Konstantyn, który zwołał sobór najprawdopodobniej na początek lata 325 r., za późno dowiedział się o herezji ariańskiej, by mógł uczynić ją głównym tematem obrad. Wieść o ekskomunikowaniu Ariusza przez biskupa Aleksandrii Aleksandra dotarła do niego jesienią 324 r. Cesarz był słabym teologiem i zbagatelizował ten problem – po prostu nakazał im się pojednać. Wiemy to z zachowanego listu do biskupa Aleksandra i Ariusza, który prawdopodobnie powstał w październiku 324 r. Konstantyn traktuje ich spór jak nieistotną dysputę między różnymi szkołami filozoficznymi, a nie sprawę ważną doktrynalnie.
Do naszych czasów zachował się też tekst zaproszenia skierowanego do biskupów na sobór (w tłumaczeniu syryjskim). Stąd znamy rzeczywisty powód zwołania po raz pierwszy w historii wszystkich biskupów z ówczesnego świata chrześcijańskiego. Powodem tym było uczczenie 20-lecia panowania Konstantyna oraz ogłoszenie pokoju politycznego i religijnego. Z różnych listów Konstantyna wynika, że jego główną troską było, żeby chrześcijaństwo było zjednoczone i żeby nie było sporów religijnych. Podjął już ideę, by oprzeć swoje cesarstwo na chrześcijaństwie. Zatem jedność chrześcijaństwa miała wspierać jedność cesarstwa.
I wreszcie ostatnia sprawa, którą Konstantyn chciał załatwić przy pomocy soboru: oczekiwał, że biskupi uzgodnią wspólną datę Wielkanocy, co, jak wiemy, do dziś się nie udało.
Zatem spór Ariusza z Aleksandrem nie był tematem soboru, choć do niedawna to była opinia przeważająca wśród historyków. Zanim powiemy, skąd ta pomyłka, wyjaśnijmy, o co Ariuszowi chodziło.
Podłożem sporu było napięcie w Kościele aleksandryjskim, które trwało już ok. 100 lat, między tymi, którzy większą wagę przywiązywali do jedności Boga w Trójcy, a tymi, którzy większą wagę kładli na odrębność boskich Osób. W skrajnych postaciach jedni wpadali w tryteizm, a inni wpadali w skrajny monoteizm (monarchianie), uważając, że Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty to nie są trzy osoby czy hipostazy, tylko są to sposoby ukazywania się tego samego Boga. Każdy miał swoje argumenty, a spierający się przerzucali się tekstami z Pisma Świętego.
Na poparcie tezy, że Ojciec, Syn i Duch to są trzy różne osoby, Ariusz zwrócił uwagę na kwestię posłuszeństwa Chrystusa. Wtedy jeszcze nikt nie wpadł na to, by mówić o ludzkiej woli Chrystusa obok boskiej woli Logosu (mówi o tym dopiero jako pierwszy św. Ambroży 50 lat później). Św. Paweł wskazywał na paralelizm: posłuszeństwo Chrystusa versus nieposłuszeństwo Adama. „Uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej. Dlatego też Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano…” (Flp 2, 8-10). Zatem to wywyższenie Chrystusa byłoby konsekwencją jego posłuszeństwa.
Jeżeli więc to posłuszeństwo było zasługą dla Chrystusa, to znaczy, że musiała istnieć możliwość nieposłuszeństwa. Bo jeżeli nie ma możliwości nieposłuszeństwa, posłuszeństwo nie jest zasługą. Broniąc zasługi Chrystusa, broniąc tego, że Chrystus nas zbawił nie dlatego, że musiał, ale dlatego, że chciał, Ariusz stwierdził, że w takim razie Chrystus z natury jest zmienny. Wobec tego nie może być Bogiem. Jest najwspanialszym stworzeniem.
Nikt nie miał odpowiedzi na tę żelazną logikę Ariusza. Także biskup Aleksandrii Aleksander – odpowiadał, że jednak Kościół wierzy, iż Chrystus jest Bogiem. I ekskomunikował Ariusza wraz z kilkunastoma jego zwolennikami, bo Ariusz dzielił jedną cechę charakterystyczną z innymi heretykami: był uparty. Oni zawsze chcą podporządkować swoim zdolnościom poznawczym Boże tajemnice.
Cesarz nakazał im się pogodzić i do tego nie wracał. Oczywiście nie został wysłuchany. Mimo ekskomuniki Ariusz zyskał poparcie wśród wielu biskupów, nie dlatego, że nie wierzyli oni w Bóstwo Jezusa, tylko dlatego, że przeciwnicy w skrajnej odmianie – czyli monarchianie – likwidowali w ogóle Trójcę. Spór zatem trwał.
Tezę, że Sobór Nicejski walczył z arianizmem, rozpowszechniają dwa starożytne dokumenty. Ojciec twierdzi, że są fałszywkami.
Chodzi o listy Konstantyna do Kościoła Aleksandrii oraz soboru do Kościoła w Egipcie. Już na początku XX wieku badacze zauważyli, że list soborowy nie może być prawdziwy, gdyż zawiera anachronizmy, czyli informacje, których ojcowie soborowi nie mogli znać. Poza tym przez długi czas nikt tych dokumentów nie zna i nikt ich nie cytuje aż do V wieku. One pojawiają się nagle. Inaczej jest z listem cesarza do wszystkich Kościołów, którego wiarygodność nie jest podważana. Konstantyn wyraża radość, że synod się skończył i że uczczono rocznicę jego panowania. Tym listem cesarz promulguje postanowienia soborowe wśród Kościołów lokalnych.
Z inicjatywy Konstantyna na soborze biskupi zredagowali wspólne wyznanie wiary. Skąd ten pomysł?
Dokładnie nie wiadomo. Po soborze cesarz nie zrobił żadnego ruchu, aby wspólne wyznanie wiary w Kościele było używane. Do tego czasu każdy lokalny Kościół miał swoje credo i nikomu to nie przeszkadzało. Być może po prostu w swoich dokumentach pontyfikalnych potrzebował mieć jedno oficjalne wyznanie wiary. Jako pontifex był najwyższym urzędnikiem religijnym.
Dopiero 30 lat później biskupi spotykają się na kilku synodach i próbują podmienić Credo nicejskie.
Bo owo wspólne wyznanie się nie podoba – zwłaszcza z powodu słynnego homoousios (współistotny), wymuszonego przez cesarza?
To było słowo wzięte z życia codziennego, które określało jedność gatunkową. Dzieci są homoousioi rodzicom, obojętne, czy chodzi o ludzi, krowy, czy małpy – czyli tej samej natury. Problem był taki, że słowo to do czasu soboru używali jedynie heretycy, np. gnostycy, by powiedzieć, że mają iskierkę boskiej substancji, więc są homoousioi z Bogiem. Manichejczycy w ten sposób mówili, że Syn jest cząstką Ojca. I owi monarchianie, którzy likwidowali różnice w Trójcy. Nie ma ani jednego zachowanego świadectwa, by jakikolwiek autor ortodoksyjny go używał. A w codziennym języku słowo to zawsze mówiło o ciele. I dlatego w Kościele nie było ono używane. Poza tym panował zwyczaj, by wyznania wiary konstruować z wyrażeń biblijnych.
Dlaczego cesarz zmusił biskupów do użycia potocznego wyrażenia?
Cesarz nie wymusił, tylko – jak pisze Euzebiusz z Cezarei – łaskawie zaproponował, a wszyscy chętnie się zgodzili. Sądzę – to moja hipoteza – że podobało mu się to wyrażenie, gdyż sam był homoousios ze swoim ojcem Konstancjuszem, który po śmierci został przez rzymski senat i przez niego jako imperatora uznany za Boga. Nawet postawiono mu w Rzymie świątynię. Konstantynowi wszystko się zatem zgadzało: Syn jest współistotny Ojcu. Ostatecznie po wielu dodatkowych teologicznych wyjaśnieniach termin został zaakceptowany w Kościele. Niektórzy twierdzą, że przyczynili się do tego kościelni „liberałowie”, którym czcigodny język biblijny przestał wystarczać do wyrażania wiary.
Jak się potoczyła historia Credo nicejskiego? Zostało ono ostatecznie uzupełnione i przyjęte na soborze w Chalcedonie...
W 451 r. poddano pod dyskusję Credo jakoby ustanowione na soborze w Konstantynopolu w 381 r. Tyle że na tym soborze nie ma żadnego śladu, by zajmowano się wyznaniem wiary. Wręcz jeden z uchwalonych kanonów zakazywał zmian w Credo nicejskim. Tymczasem na Soborze Chalcedońskim jak deus ex machina pojawia się Credo przyjęte rzekomo przez 150 ojców na Soborze Konstantynopolitańskim, w którym jest precyzacja dotycząca Ducha Świętego. Całkiem sensowna zresztą. Po co to było?
Myślę, że chodziło o spór o prymat Kościołów. Konstantynopol został stolicą cesarstwa wschodniego. Na zjeździe biskupów wschodnich w 381 r., dopiero później uznanym za powszechny Sobór Konstantynopolitański I, ustalono, że Konstantynopol jest najważniejszym miastem w Kościele na Wschodzie jako „nowy Rzym”. Jak cesarz kazał, tak przegłosowano, choć nie było żadnego do tego kościelnego tytułu. Z Zachodu przyszła słuszna uwaga: czy z tego tytułu, że zachodni cesarz mieszka obecnie w Mediolanie, ma wynikać, że to miasto jest drugie po Rzymie? Konstantynopol za wszelką cenę szukał tytułu do tego, by móc to drugie miejsce objąć na Wschodzie. Apostolskich korzeni nie miał, starożytności też nie miał. Prawdopodobnie wymyślono, że gdyby udało się zrównać Sobór Konstantynopolitański z Nicejskim, to przynajmniej byłby jakiś tytuł kościelny.
Gdy się uważniej przyjrzeć, cała dyskusja na Soborze Chalcedońskim jest jedną wielką manipulacją. Sobór prowadzą komisarze cesarscy, obecna jest delegacja Senatu. Legaci papiescy nie umieją po grecku. W aktach zostawiono nawet wstawki klakierów, którzy co jakiś czas przerywają debaty i wznoszą okrzyki na cześć cesarza, po czym następuje nieoczekiwana zmiana tematów. I jak mantra powtarzana jest fraza: „jak ogłosiło 318 ojców w Nicei oraz 150 ojców w Konstantynopolu…”. W samej chalcedońskiej definicji wiary oba wyznania – nicejskie i to rzekomo konstantynopolitańskie – są wspominane trzy razy. Chodzi wyraźnie o to, żeby wbić w głowy, że jeden sobór jest tyle samo wart co drugi. Po to, by w ostatni dzień soboru, gdy większość ojców już się rozjechała, dodać kanon stwierdzający, że skoro wyznania wiary są równoważne, to i kanony obu soborów są równoważne i jeden sobór może zmieniać kanony drugiego. Co prawda w Nicei uchwalono, że Aleksandria jest najważniejsza na Wschodzie, ale w Konstantynopolu to zmieniono i teraz to miasto zyskało honorowe pierwszeństwo.
Zatem najważniejszy tekst naszej wiary zawdzięczamy politycznym intrygom.
Pan Bóg się posługuje także naszymi słabościami. Chalcedońskie wyznanie wiary to teologicznie bardzo udany tekst.
Powróćmy do Soboru Nicejskiego i uchwalonych na nim kanonów. Jeden mówi o kobietach mieszkających razem z duchownymi: mogą mieszkać matki, siostry lub ciotki. Czy to znaczy, że duchownych obowiązywał celibat?
Dokładnie kanon mówi o obcych kobietach. Czy żona to obca kobieta? Chodziło o to, że księża – zwłaszcza wdowcy, którym nie wolno było się powtórnie żenić – potrzebowali gospodyni do prowadzenia domu. Sobór nakazał, że musi to być krewna, żeby uniknąć skandalu.
Ciekawe, że sobór nie mówi nic o córkach.
Potem na innych synodach uchwalono, że córki też mogą mieszkać z duchownymi. Wiemy ze świadectwa historyka Sokratesa Scholastyka, że niektórzy gorliwi ojcowie w Nicei chcieli, by sobór wymusił na duchownych wstrzemięźliwość seksualną. I większość się na to nie zgodziła.
W swojej książce komentując kanon o katarach, Ojciec wspomina przepisy dotyczące pokuty dla apostatów i rozwodników wchodzących w ponowne związki. Bardzo współczesny problem.
Kanon soborowy zabrania udzielania święceń tym, którzy odmawiają komunii apostatom lub rozwodnikom, którzy odbyli pokutę. Chodziło właśnie o katarów. Niektórzy komentatorzy twierdzą, że kanon ten dotyczył tylko żonatych wdowców. Ale to jest niemożliwe, gdyż w tych czasach nie było małżeństw kościelnych, które wprowadzono dopiero w X wieku. Małżeństwa regulowało tylko prawo państwowe, które dopuszczało rozwód i zakazywało ingerowania w wolę zawierania czy niezawierania małżeństwa. Więc biskupi oczywiście nawoływali do jedności i wierności małżeńskiej, ale nie mogli zakazać się rozwodzić pod karą śmierci – w tym przypadku prawo było aż tak surowe. W związku z tym mogli zachęcać, nakładać pokuty, ale nie mogli niczego zakazać ani nakazać. Pojawiały się pokuty siedmio- czy wręcz piętnastoletnie – w zależności od sytuacji życiowej, ale po ich odbyciu dopuszczano rozwodników do komunii, nie nakazując zrywania nowych związków.
Ten historyczny kazus wspiera decyzję papieża Franciszka w dzisiejszych czasach. Podsumujmy: to paradoks, że Kościół zawdzięcza świeckiemu władcy – Konstantynowi – tak ważne rzeczy jak wspólne wyznanie wiary czy sobór – najważniejszą instytucję decyzyjną.
Cesarz chciał podporządkować Kościół swojej władzy i wykorzystał go, by mu pomógł scementować cesarstwo...
...i to wówczas Kościołowi na dobre wyszło.
Bynajmniej. Uważam, że w roku 313 Kościół stracił niepodległość. Pomyślmy: czy teraz na dobre wychodzi Kościołowi jego związek z władzą? Poza tym Konstantyn zakazał bogatym zostawać księżmi.
Bardzo ewangeliczne posunięcie...
Tyle że biedni nie mieli wykształcenia. Szybko nastąpiła analfabetyzacja kleru. Trudno było mianować biskupów, którzy umieliby czytać. Tymczasem cesarz chętnie rozdawał pieniądze – oczywiście nie bezinteresownie. Kupował w ten sposób poparcie. Dokładnie jak współcześnie robią to politycy. Taka deprawacja Kościoła zaczęła się od Konstantyna. Cesarz znacjonalizował Kościół i poddał go władzy cesarskiego pieniądza. W efekcie do Kościoła weszło mnóstwo ludzi, którzy wcale nie mieli zamiaru się nawracać. Kościół stracił możliwość prowadzenia katechumenatu, czyli wtajemniczania w wiarę, już w V wieku. Cesarz Teodozjusz, który zaczął rządzić od 379 r., uczynił chrześcijaństwo religią państwową i wszyscy poddani musieli przyjąć chrzest, bez względu na to, czy się rzeczywiście nawracali. Kto miał te masy ludzi chrzczonych katechizować? Podobnie jak kto katechizował Polskę po chrzcie Mieszka I?
Co do soborów – ich mit założycielski stworzył w XVI wieku kard. Robert Bellarmin, tworząc klasyfikację 20 soborów ekumenicznych, wybierając te, które były ważne dla tworzenia doktryny Kościoła. Przed nim nikomu nie przychodziło do głowy, by sobory wyróżniać od wcześniejszych synodów – równie ważnych doktrynalnie. Fakt, że Sobór Nicejski wyróżniamy jako pierwszy, właśnie jemu zawdzięczamy. Po trosze też machinie propagandowej Konstantyna, która z wydarzenia tego uczyniła sztandar.

HENRYK PIETRAS SJ (ur. 1954) jest jezuitą, znawcą wczesnego chrześcijaństwa Wschodu i Zachodu. Były rektor Uniwersytetu Ignatianum w Krakowie. Ostatnio wydał książkę „Sobór Nicejski (325)”, która podważa dotychczasowe ustalenia historyków.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















