Leon XIV, mimo obcesowych i pogardliwych ataków Trumpa, nie przestaje przypominać, że żadnej wojny nie można uzasadniać religijnie. Jego niedawny wpis na platformie X wywołał reakcję wiceprezydenta J.D. Vance’a.
Papież napisał: „Bóg nie błogosławi żadnego konfliktu. Nikt, kto jest uczniem Chrystusa, Księcia Pokoju, nigdy nie staje po stronie tych, którzy kiedyś władali mieczem, a dziś zrzucają bomby. Działania militarne nie stworzą przestrzeni dla wolności ani czasów Pokoju, który przychodzi jedynie dzięki cierpliwemu promowaniu współistnienia i dialogu między narodami”.
God does not bless any conflict. Anyone who is a disciple of Christ, the Prince of Peace, is never on the side of those who once wielded the sword and today drop bombs. Military action will not create space for freedom or times of #Peace, which comes only from the patient…
— Pope Leo XIV (@Pontifex) April 10, 2026
W tym miejscu powinny wyświetlić się multimedia. Nie jest to jednak możliwe ze względu na Pani/Pana wybór preferencji plików cookies. W przypadku chęci wyświetlenia całości materiału wraz z multimediami niezbędna jest zmiana wybranych wcześniej preferencji.
Zauważmy, że Leon XIV jest bardzo kategoryczny w swojej wypowiedzi – „żaden”, „nikt”, „nigdy” – łatwo więc było w niego uderzyć.
Vance odniósł się do wpisu papieża, występując na studenckim wiecu Turning Point USA, na którym byli też zwolennicy Demokratów, zorganizowanym na Uniwersytecie Georgia 14 kwietnia, na miesiąc przed prawyborami stanowymi.
Wiceprezydent USA mówił, że podoba mu się, iż papież „jest orędownikiem pokoju”, ale zapytał: „Czy Bóg był po stronie Amerykanów, którzy wyzwalali Francję spod okupacji nazistowskiej? Czy Bóg był po stronie Amerykanów, którzy wyzwalali obozy Holokaustu?”.
To podchwytliwe pytanie, bo powszechnie uważamy, że alianci prowadzili sprawiedliwą wojnę przeciwko hitlerowskim Niemcom (co nie znaczy, że można usprawiedliwić jej wszystkie odsłony, łącznie np. z nalotami dywanowymi na niemieckie miasta). Nawet pochodzący z tego kraju papież Benedykt XVI wypowiadał się (jeszcze jako kardynał), że wojna przeciwko III Rzeszy była sprawiedliwa.
Odwoływał się do kryterium podanego przez św. Augustyna, że wojna sprawiedliwa musi przywracać ład. Wojna przeciwko Rzeszy – mówił kard. Joseph Ratzinger – przyniosła korzyść również samym Niemcom, a więc ludziom, przeciwko którym była prowadzona, gdyż przywrócone zostały prawo i wolność.
J.D. Vance pouczył zatem Leona XIV, że powinien wypowiadać się z większą ostrożnością.
„Oczywiście możemy mieć rozbieżności co do tego, czy ten lub inny konflikt jest sprawiedliwy, ale myślę, że tak samo jak wiceprezydent Stanów Zjednoczonych powinien być ostrożny, gdy mówi o kwestiach polityki publicznej, tak samo papież powinien być ostrożny, gdy mówi o kwestiach teologicznych” – powiedział.
Teoria wojny sprawiedliwej
W ten sposób wraca pytanie, czy współczesna wojna może być sprawiedliwa. Jeśli tak, to w jakimś sensie można, prowadząc ją, liczyć na Boże błogosławieństwo. A to podważałoby wypowiedź papieża.
Problem w tym, że współczesne wojny coraz mniej mają wspólnego z wojną rozumianą klasycznie: publicznie wypowiedzianą, toczoną przez umundurowane armie suwerennych państw, kierowane przez jasno sprecyzowane co do odpowiedzialności ośrodki władzy, z przestrzeganiem prawa wojennego chroniącego rannych, jeńców i ludność cywilną.
Trudno dostrzec elementy wojny sprawiedliwej w pojmaniu przez Amerykanów prezydenta Nicolása Maduro i wywiezieniu go do USA, choćby dlatego, że ta wojskowa operacja nie przywróciła ładu w Wenezueli. A niespodziewany atak na Iran, zabicie przywódców tego kraju i bombardowanie jego infrastruktury, podczas którego giną cywile, to brutalne złamanie prawa międzynarodowego.
Przykład Ukrainy pokazuje jednak, że pojęcie wojny sprawiedliwej nie straciło całkiem swojego znaczenia. Początkowo zajęcie w 2014 r. Krymu i Donbasu przez zamaskowanych rosyjskich żołnierzy („zielonych ludzików”) miało charakter wojny hybrydowej, a więc nowego typu. Rosja udawała, że mamy do czynienia z ruchem separatystycznym, a nie z agresją jednego państwa na drugie.
W 2022 r. już nie kryła swoich intencji. Z jej strony była to niesprawiedliwa napaść przy pomocy regularnego wojska na suwerenne państwo w celu pozbawienia go niezależności, a gdy to się nie udało – zagarnięcia jak największego jego terytorium. Dla Ukrainy była to natomiast wojna obronna, do której to państwo miało – chciałoby się powiedzieć „święte” – prawo.
Dzięki temu klasycznemu charakterowi „specjalnej operacji wojskowej na Ukrainie” jako typowej wojny, jasno widać też odpowiedzialność Rosji za zbrodnie wojenne: mordowanie cywilów, gwałcenie kobiet, wywożenie do Rosji ukraińskich dzieci, bombardowanie szpitali i osiedli mieszkaniowych, torturowanie jeńców. Te wyraźne wojenne kontury i odpowiedzialność rozmywają się w innych współczesnych konfliktach, np. w walce z terroryzmem.
Czy zatem Bóg nie błogosławi obrońcom Ukrainy, a chrześcijanie – „uczniowie Księcia Pokoju” – nie powinni stać po ich stronie?
Pacyfizm bez wyjątków
Niespodziewanie obrony radykalizmu Leona XIV podjął się bardzo aktywny ostatnio bp Antonio Staglianò (którego już dwukrotnie gościliśmy na tych łamach). By bronić kategoryczności wypowiedzi papieża, przewodniczący Papieskiej Akademii Teologicznej dokonał ryzykownego eksperymentu: do analizy sytuacji współczesnej wojny zastosował radykalizm Ewangelii.
Ma rację, zaczynając swój tekst, zatytułowany „Starożytna teoria wojny sprawiedliwej nie jest Ewangelią” słowami: „Odwoływanie się do tysiącletniej tradycji »wojny sprawiedliwej« wcale nie broni doktryny Kościoła, lecz grozi jej ideologicznym wykorzystaniem” (w czym słychać wyraźną aluzję do wypowiedzi Vance’a). Dochodząc do wniosku, że nie ma obecnie wojny sprawiedliwej, gdyż jego zdaniem nie jest nią nawet wojna obronna. Dlaczego?
Po pierwsze, wojna sprawiedliwa zawsze była „kapitulacją przed historyczną koniecznością, kapitulacją przed politycznym realizmem. To nie była Ewangelia. To był kompromis”.
Po drugie, współczesna wojna jest zawsze autodestrukcyjna – Staglianò nie widzi możliwości, by mogła mieć klasyczny kształt nienaruszającej prawa wojennego wojny obronnej. „Przemoc nigdy nie rozwiązuje problemu, który rzekomo rozwiązuje: mnoży go, utrwala, przekształca w dziedzictwo dla naszych dzieci i wnuków. To maszyna, która produkuje tylko własne paliwo: nienawiść, zemstę, strach”.
Po trzecie, jedyną odpowiedzią zdolną przerwać ten narastający obłęd jest postawa „non violence”, która wcale nie jest kapitulacją czy biernością, tylko pełnym wyrzeczeń działaniem „rozbrajającym agresora od wewnątrz”. Zdaniem autora to nie naiwność, tylko świadomość, że „istnieją progi, które raz przekroczone, czynią człowieka nieludzkim. A współczesna wojna przekroczyła każdy z tych progów”.
Innymi słowy watykański hierarcha przewiduje, że podobnie jak zmieniała się w nauczaniu kwalifikacja kary śmierci, tak też, z czasem, wymogiem moralnym stanie się radykalny pacyfizm.
Katechizm nie jest tak radykalny
Z Ewangelią jest ten problem, że nie można jej zamienić w prawne przepisy. Ona zawsze pozostanie wezwaniem. Nikt nie ma prawa od nikogo domagać się męczeństwa. Możemy być tylko do niego powołani. Tym bardziej nie można wymagać męczeństwa od całego kraju.
Czytając niewątpliwie intrygujący tekst bp. Staglianò, miałem ambiwalentne odczucia. Z jednej strony jest coś porywającego w radykalnej wizji „non violence”, która próbuje przywrócić człowieczeństwo agresorowi (jakże ta Ewangelia pociąga!). Wiemy też z historii antyrasistowskiego ruchu pastora Martina Luthera Kinga czy zrywu robotniczego Solidarności, że to może być skuteczne. Z drugiej strony – czułem się szantażowany „Bogiem pokoju”.
To nieprawda, że Bóg jest tylko z tymi, którzy są radykalnie za pokojem. Bóg jest z każdym człowiekiem, zwłaszcza tym, który jest w tarapatach, i tym, który nie ze swojej winy ani chęci, ale z obowiązku siedzi w okopie.
Skonfundowany, sięgnąłem do Katechizmu Kościoła Katolickiego. W punkcie 2263 czytamy:
„Uprawniona obrona może być nie tylko prawem, ale poważnym obowiązkiem tego, kto jest odpowiedzialny za życie drugiej osoby. Obrona dobra wspólnego wymaga, aby niesprawiedliwy napastnik został pozbawiony możliwości wyrządzania szkody. Z tej racji prawowita władza ma obowiązek uciec się nawet do broni, aby odeprzeć napadających na wspólnotę cywilną powierzoną jej odpowiedzialności”.
W postawie „non violence” Katechizm widzi, owszem, świadectwo miłości ewangelicznej, ale warunkowe: „pod warunkiem, że nie przynosi to szkody prawom ani obowiązkom innych ludzi i społeczeństw” (2306). Zwolnić państwo z obowiązku obrony obywateli przed agresorem mogłaby tylko międzynarodowa władza posiadająca odpowiednie kompetencje oraz wyposażona w odpowiednią siłę oraz – dodajmy – reagująca skutecznie (to pomysł wzięty z soborowej konstytucji „Gaudium et spes”; 2308).
Na koniec kompendium kościelnego nauczania realistycznie uprzedza: „Ludziom, o ile są grzeszni, zagraża niebezpieczeństwo wojny i aż do nadejścia Chrystusa będzie zagrażać” (2317).
Pokój nie może rozbroić obrońców
Nawet abstrahując od wojennych szaleństw Trumpa, których nie da się zrozumieć i tym bardziej usprawiedliwić, eksperymenty z Ewangelią nie są w tym momencie dobrą strategią.
Być może one mają dalekosiężne znaczenie – kiedyś dostrzeżemy w nich głos prorocki; przekonamy się, jak głęboko prześwietliły skomplikowaną etykę wojny. Obecnie w praktyce pomnażają retoryczną amunicję takim ludziom, jak wiceprezydent Vance. Przede wszystkim jednak odbierają moralną legitymizację żołnierzom, którzy, walcząc o swoją ojczyznę, walczą w Ukrainie o bezpieczeństwo Europy – także Watykanu.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















