Rano salowa dyskretnie wnosi tacę ze śniadaniem. Cztery kromki tostowego chleba spakowane są w plastik. Obok pudełeczko margaryny, serek topiony i dżem o składzie cukier, żelatyna i aromat. „Gdzie jest moje ekstra pięćset kalorii? Halo, ja mam tu karmić człowieka!” – oburzam się zdziwiona i dotknięta do żywego. Jak tak można karmić położnice? Gdzie mój rosół, kwasy, tłuszcze? Serek topiony i margaryna to nie jest prawdziwe jedzenie!
Powtórzę swoje oburzenie każdemu, kto pisze z pytaniem, jak się mam; każdemu, kto dzwoni. Będę narzekać mimo dowiezionego z domu prowiantu. I tak, widząc kolejne śniadania i niewiele lepsze kolacje, gderam, jakby mnie głodzono. Ostatniego wieczora rozpłaczę się na widok tostowego chleba w plastiku. Podnoszę go i oglądam pod światło. Dobrze myślałam, prześwituje! Ktoś z rodziny przekonuje, że szpital tylko podtrzymuje przy życiu, to rodzina ma zadbać o pacjenta.
Tak, wiem, nie chciałam rodzić w bardziej eleganckim szpitalu, więc sama się prosiłam. Wiem, że wszędzie chodzi o przetarg na wyżywienie i jego zwycięzcę, który optymalizuje koszty. Stąd na deser do obiadu tani budyń z supermarketu. Stąd w instytucji odpowiedzialnej za zdrowie produkty, których jedzenie nie przyszłoby mi normalnie do głowy.
Tak naprawdę nie chodziło o ten serek topiony ani prześwitujący chleb tostowy. Nie tylko. Chodziło o brak szacunku. O to, że leżę na oddziale poporodowym, ale system mnie nie widzi. Niby wszyscy tacy przejęci kryzysem demograficznym, ale dać jeść matkom się nie opłaca. A ja tu karmię człowieka, którego najpierw musiałam wyrwać z siebie, a teraz karmię sobą. Siebie zaś tym serkiem nie wykarmię. Jestem jak ranne zwierzę, dosłownie. W podziękowaniu za nowego obywatela dostaję dżem bez owoców, chleb bez chleba, ser bez sera.
Tak naprawdę chwyciłam się krytyki szpitalnego wiktu, żeby oblec w coś, co uchodzi, przychodzącą z wnętrza mnie złość. Bo przecież złościć się nie wypada. Poza tym, nie mam o co. Niewiele mogę zarzucić, poród był całkiem szykowny, tytułowano mnie „madame” aż do samego końca. Położne do znudzenia pytały, czy mogą dotknąć, zbadać, zajrzeć. Znieczulenie na żądanie, bez dyskusji (w końcu to Bruksela, nie Warszawa). Pełna kultura. Raj dla rodzących, jak mówią. To skąd ta złość?
Zoptymalizowane śniadanie mówi do mnie każdego ranka, że system, ten zimny, kalkulujący drań, ten cały sposób, w jaki urządzamy społeczeństwo, ma mnie gdzieś. Patrząc na tacę ze śniadaniem czuję, jak ześlizguję się w tę podkategorię obywatela, sekcję dla matek. Nie wystarczy, że całe życie jestem kobietą, jeszcze teraz to? Podgrupa, którą można zgnoić w specjalny sposób? Zoptymalizować na nas wszystko: porody, karmienie, opiekę, choroby, naszą własną emeryturę?
Performowanie macierzyństwa w późnym kapitalizmie, moja droga, zaczyna się dla ciebie dzisiaj. Oto twój pakiet startowy, potem może być jeszcze gorzej. Tak jak nie należy się prawdziwy ser, tak samo oskładkowany urlop macierzyński ani żebyśmy nie były poszkodowane na emeryturze. Nie należy się ściągalność alimentów, bo kobiety jakoś ogarną, dzieciom z głodu nie dadzą umrzeć. Nie należy się wytchnienie czy prawo do pracy w razie opieki nad niepełnosprawnym potomkiem. Nie należy się nawet prawo do znieczulenia podczas porodu.
Tak, komunikat akcji „Usłysz głos bólu” organizowanej przez Fundację Rodzić po Ludzku i Fundację Ius Medicinae zwrócił moją uwagę, bo dopiero co, skręcając się z bólu, pytałam: „Jeśli ja rodzę ze znieczuleniem, to jak jest bez?”. Dopiero co na pierwsze wiadomości z pytaniem o to, jak się mam po porodzie, odpowiadałam wciąż w emocjach: „Jak to możliwe, że rodzaj ludzki wciąż trwa, jeśli to tak wygląda?”. A w końcu mój poród był z XXI wieku: wanna z ciepłą wodą, znieczulenie, kiedy chciałam, kulturalny personel.
To jak to jest, że w Polsce znieczula się tylko 23 proc. porodów? Czemu można znieczulić rwanie zęba, ale nie rozpierający skurcz? Czemu w województwie mazowieckim (rekordowo) znieczula się 41 proc. porodów, ale w kujawsko-pomorskim i lubelskim tylko 2 proc.? I czemu i tu, i tam tak mało? Rodzące, pytane przez biuro Rzecznika Praw Pacjenta, odpowiadają, że w szpitalu nie było możliwości znieczulenia, lekarz odmówił lub nie wiedziały, że jest taka możliwość, jednocześnie 69 proc. ankietowanych chciałoby mieć możliwość znieczulenia zewnątrzoponowego oraz dostęp do innych sposobów łagodzenia bólu.
Pytane szpitale odpowiadają zaś, że nie stać ich na drugiego anestezjologa. Więc ja wam powiem, że gdyby to mężczyźni rodzili, anestezjolog by się znalazł.
„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















