Na początek zagadka: skąd pochodzi cytat? „Niemcy znów potrzebują Lebensraumu i wydalają migrantów, którzy pracować nie chcą, a zabierają niemieckie powietrze. Nasi zachodni sąsiedzi rozwiązanie problemu mają proste: niechcianych przybyszów podrzucą innym krajom, w tym Polsce, a przywódcy tych państw muszą to zaakceptować”.
Prawicowe media straszą Niemcami
Tymi słowami rozpoczęło się jedno z wydań „Expressu Republiki”, imitacji legendarnego magazynu wykreowanego przez TVP1 przed niemal 40 laty. Oczywiście można wzruszyć ramionami, tyle że TV Republika w krótkim czasie stała się najchętniej oglądaną stacją informacyjną w Polsce (wspomniany „Express” regularnie przekracza barierę pół miliona widzów).
W dodatku to nie był incydent. Oto kolejna próbka: „Rasa panów znów podnosi głowę. Niemcy po raz kolejny poczuli się lepsi od innych, traktując sąsiednie kraje jak terytoria zależne. Każą nam przyjmować nielegalnych migrantów, których sami wydalają, uznając za bezużytecznych. Pruska buta znów stawia buta na polskim grzbiecie, a »Expressowi Republiki« twierdzą będzie każdy próg. Rafał Patyra, zaczynamy! Tak nam dopomóż Bóg!” – dziarsko pokrzykuje prowadzący.
Czego tu nie ma: nazistowska ideologia, pruscy Polakożercy, bieżąca polityka, Konopnicka z „Rotą”, a na koniec sam Bóg – zmiksowane i podporządkowane celom propagandowym. Następna odsłona „Expressu Republiki”: „Polska w likwidacji! Tym razem rząd Donalda Tuska wydał wyrok na Pocztę Polską. Pracownicy chcą Poczty bronić. Od ich determinacji zależy, czy – jak obrońcy Poczty Polskiej w Gdańsku, we wrześniu ’39 – trafią kiedyś na znaczki”.
Antyniemiecki obłęd dotarł nawet na Jasną Górę
Porównanie pracowniczych protestów w demokratycznym kraju do bohaterskiego oporu ludzi, którzy po kilkunastu godzinach walki w większości zostali przez Niemców wymordowani – zakrawa na aberrację. Ale w tym szaleństwie jest metoda: podgrzewanie patriotycznego wzmożenia, gra na historycznych traumach i zohydzanie rządzących.
Antyniemiecki obłęd wdarł się nawet na ambonę Jasnej Góry. Emerytowany biskup włocławski Wiesław Mering latem przekonywał uczestników pielgrzymki Rodziny Radia Maryja: „Rządzą nami ludzie, którzy samych siebie określają jako Niemców. Jak świat światem – mówił w XVIII w. jeden z polskich poetów Wacław Potocki – nie będzie Niemiec Polakowi bratem”. Odpowiedzią były brawa, mimo sprzeczności tych słów z Ewangelią. Jak na ironię, za kilka tygodni minie 60. rocznica listu biskupów polskich do niemieckich, który w 1965 r. otworzył drogę pojednaniu między oboma narodami.
Polemika nie ma sensu, bo – jak mówi świetny historyk, prof. Tomasz Szarota – „język głupoty bywa nieprzetłumaczalny na język rozumu i refleksji”. Trzeba się jednak zastanowić, dlaczego zatrute ziarno pada na tak podatny grunt – i jakie mogą być skutki. Ale wcześniej warto przywołać trzy przykłady innego myślenia à la polonaise. Dla przypomnienia, po której stronie stać, nawet jeżeli na krótką metę się to nie opłaca.
Lato 1939: „Wiadomości Literackie” o zjednoczonej Europie
Przykład pierwszy: lato 1939 r. Ukazuje się podwójny numer „Wiadomości Literackich” – na czasie, bo poświęcony miastu Gdańsk. Czołówkowy tekst nieprzypadkowo zlecono Ksaweremu Pruszyńskiemu, który w 1932 r. – jeszcze przed dojściem Hitlera do władzy – jako dwudziestokilkuletni reporter odwiedził miasto Neptuna i napisał książkę pod bezczelnie proroczym tytułem: „Sarajewo 1914, Szanghaj 1932, Gdańsk 193?”. Stawiając tezę, że nowa odsłona światowego konfliktu może rozpocząć się właśnie tam, i to jeszcze w latach 30.
Teraz wraca do Gdańska, ale już w pierwszych zdaniach zastrzega, że nie zamierza pisać o oczywistościach. Zachodzi do kościołów, podziwia zabytki, odwiedza antykwariaty. Dopiero w poincie wraca do mroków dnia bieżącego. Podkreśla, że cała Europa Środkowo-Wschodnia patrzy na Gdańsk, który jest sprawdzianem, czy krajom tym przyjdzie stać się niemieckim Lebensraumem. A potem znowu wygłasza proroctwo: „Wbrew temu, co by się wydawać mogło, czas pracuje nad komasacją Europy. Czas pracuje nad zlaniem europejskich ziem i plemion, nad zburzeniem granic, którymi Europę posiekano”.
Ta europejska wspólnota wyłoni się z wojny, która wkrótce wstrząśnie kontynentem. Pruszyński pyta: kto wtedy będzie „narzędziem historii? Pod jakimi hasłami ta jedność nastąpi? Kto przeważy? Oto pytania bez rozstrzygnięcia. Ale jeśli się je rozstrzygnie w imię wolności i kultury, w imię współpracy plemion europejskich, wtedy przyszłość odgrzebie i przypomni to wielkie dzieło, jakie tu właśnie wzniosła w wieku XV współpraca polsko-niemiecka”. Przyjdzie taki czas, że dzieci w szkołach zagłębiać się będą we wspólną historię Europy, wskazującą, że „w owych dawnych stuleciach tu – u ujścia Wisły – znaleźli się ludzie staroświeccy, mieszczanie, szlachta, kanclerze i ławnicy, Polacy i Niemcy, Niemcy i Polacy, którzy dla dzieła jedności europejskiej” byli tym, czym „bracia Montgolfier i mityczny Ikar stali się dla lotnictwa”.
Jesień 1943: polskie pismo podziemne o cierpiących Niemcach
Przykład drugi: jesień 1943 r., najmroczniejszy okres okupacji. Grupa konspiratorów związanych z Frontem Odrodzenia Polski – podziemną organizacją katolicką; kluczowymi postaciami są Zofia Kossak i ks. Jan Zieja – dyskutuje o stosunku do Niemców. Czy wolno nienawidzić wszystkich? Są przecież i tacy jak rodzeństwo Schollów z Monachium czy bp Klemens August von Galen z Münster, który w kazaniach potępia nazistów.
FOP wydaje poświęconym tym problemom numer konspiracyjnego pisma „Prawda”. Szczególnie porusza wiersz Leonii Jabłonkówny, Żydówki, która wkrótce się ochrzci, a teraz ukrywa się przed Niemcami:
Za ugór ojczysty rozdarty,
Za fali wiślanej płacz krwawy,
Za Tatry skalane i Bałtyk,
Za wrzesień śmiertelny Warszawy;
Za grób, co słabnącym jak ulga,
Pokusą w męczeńskich dniach świeci –
– Zbaw, Panie, kobiety i dzieci
Z płonących pożarów Hamburga.
Styczeń 1948: „Tygodnik” o triumfie sprawiedliwości nad zemstą w procesie załogi KL Auschwitz
Przykład trzeci: styczeń 1948 r. Wciąż głośne są echa krakowskiego procesu czterdziestu członków załogi KL Auschwitz, w tym drugiego komendanta, SS-Obersturmbannführera Arthura Liebehenschela. W ponad 20 przypadkach kończy się na karze śmierci, ale są też wyroki łagodne, a nawet uniewinnienie. Ludzie są oburzeni. Gdzie tu sprawiedliwość?
Pod wrażeniem tych głosów Stanisław Stomma, 40-letni prawnik i redaktor „TP”, pisze artykuł „Zwycięstwo nad zemstą”. Nie kryje dumy z faktu, że proces był praworządny. „Droga zemsty jest zasadniczo zamkniętą, ślepą uliczką. Najbardziej skrajne emocjonalne wyżycie się w tym kierunku może mieć jako rezultat jedynie tylko pogłębianie złych instynktów w naturze ludzkiej drzemiących” – przypomina.
Precyzuje, że zbrodnia zasługuje na surową karę, która ma oddziaływać na „psychikę narodu niemieckiego”. Ta rola prewencyjna i wychowawcza ma też znaczenie w ogólnoświatowym kontekście: „Tyranom i sadystom wszystkich krajów dać trzeba przekonywającą lekcję poglądową”. Ale skuteczna walka ze złem „wymaga metod skrajnie przeciwnych i przyjęcia założeń zasadniczo odmiennych od tych, które stały się podłożem psychicznym owych zbrodni. Stąd postulat humanistycznej troski o człowieka”.
Ostatni akapit musiał brzmieć wstrząsająco ledwie trzy lata po zakończeniu wojny: „Jesteśmy w sytuacji kluczowej jako kraj, który w sposób szczególny przez zbrodniczą działalność hitlerowską został zdewastowany, i jako kraj, gdzie – siłą rzeczy – toczy się największa ilość procesów ekspiacyjnych. Od nas więc w dużej mierze zależeć będzie sens tej lekcji dziejowej. Nie zmarnujmy wielkich możliwości ideowych”.
Pojednanie polsko-niemieckie: dzięki temu dziś Bundeswehra broni lotniska w Jasionce
Co pokazują te przykłady? Otóż w czasach, gdy nienawiść do Niemców była zrozumiała, żyli Polacy, którzy pojmowali więcej, myśleli głębiej i widzieli dalej. Dziś, gdy dialog i pojednanie wyszydza się jako pięknoduchostwo, głupotę lub zdradę – trzeba pamiętać o ludziach takich jak Pruszyński, Zieja, Kossak i Stomma, którzy w przeciwieństwie do internetowych krzykaczy za oddanie Polsce słono płacili: od ran na froncie, przez codzienne narażanie życia, po deportację do Auschwitz czy samotny sprzeciw w PRL.
Ale ważniejsza od licytacji zasług jest inna kwestia. Architekci polsko-niemieckiego pojednania łączyli odwagę moralną z kalkulacją. Ich celem było wyrwanie Polski z pułapki położenia między wrogimi Rosją i Niemcami. To było ich marzenie i zadanie: zmienić na naszą korzyść układ płyt tektonicznych geopolityki.
Wymowna pod tym względem była postawa kard. Stefana Wyszyńskiego. Przez lata prymas odmawiał podróży do Niemiec. Wychodził z założenia, że bez ostatecznego potwierdzenia granicy na Odrze i Nysie byłby to sygnał dwuznaczny. Ale niespodziewanie w 1978 r. stwierdził, że pora jechać.
Mieszkając u biskupa Fuldy, pewnego wieczoru zaprosił swego kapelana, ks. Bronisława Piaseckiego, który na gorąco zanotował jego słowa: „Muszę to komuś powiedzieć. Mówię tobie. Dlaczego jesteśmy tu w Niemczech, dlaczego przyjechaliśmy. Erozja polskiego Kościoła jest znaczna. Komunizm jeszcze potrwa. Sami nie udźwigniemy tej konfrontacji. Dlatego musimy szukać oparcia w innych Kościołach. Hiszpanie są daleko. Italczycy są tacy, jacy są. Na Francuzów nie można liczyć. Pozostają Niemcy. Z nimi musimy nawiązać ściślejszą współpracę”. Niech za komentarz posłuży przekonanie watykanistów, że ważką rolę w wyborze Karola Wojtyły na papieża odegrali kardynałowie niemieckojęzyczni.
Bieg historii potwierdził rację tych, którzy postawili na zbliżenie z Niemcami; zresztą z dziejowego i kulturowego punktu widzenia odwrotny kierunek – na Wschód – jest nonsensowny. Nasze dobrosąsiedzkie relacje ułatwiły wejście do NATO i UE. Wystarczy zresztą wykonać ćwiczenie wyobraźni: co by było, gdybyśmy w obliczu imperialnych zapędów Putina mieli za plecami wrogą albo chłodno neutralną Republikę Federalną? Naprawdę nie potrafimy docenić, jaki zwrot w trajektorii dziejów odzwierciedla fakt, że 80 lat po zakończeniu II wojny żołnierze Bundeswehry, obsługujący wyrzutnie Patriot, strzegą lotniska w Jasionce?
Lekcje z historii: jak Izrael negocjował z Niemcami kwestie reparacji
Geopolityczne kwantyfikatory powinny wskazywać strategiczny kierunek, ale nie mogą przysłaniać rzeczywistości. A rzeczywistość jest taka, że Niemcy nie są aniołami. Choć ich państwo i społeczeństwo przeszły spektakularną przemianę od turbonacjonalizmu i agresywnego militaryzmu do pokojowego i liberalnego demokratyzmu – Niemcy nie przestali twardo walczyć o własne interesy. Znakomicie ilustruje to historia ich negocjacji z Izraelem.
Drogę do nawiązania stosunków między oboma państwami i odszkodowań za zbrodnie Holokaustu otworzyło przemówienie kanclerza Adenauera, wygłoszone przed Bundestagiem we wrześniu 1951 r. Kiedy po latach otwarto izraelskie archiwa rządowe, okazało się, że – co opisał Tom Segev w książce „Siódmy milion” – Izrael i RFN w tajemnicy targowały się o pojedyncze słowa. Przykładowo Izraelczycy żądali, by Adenauer przyznał, że Niemcy są winni Zagłady. Ten przystał jedynie na sformułowanie o „niewyobrażalnych zbrodniach popełnionych w imieniu Niemców”.
Ostre spory wywołał też passus o reparacjach i zadośćuczynieniu. Adenauer zamierzał wtrącić kilka słów o wypłatach na miarę ograniczonych możliwości Niemiec – taktownie dodając, że wiele jeszcze pozostaje do zrobienia. Władze Izraela nie godziły się na zmiękczające wtrącenia, a zamiast wiele domagały się, by mowa była o większości. Negocjatorzy spotkali się w połowie drogi, przyjmując niejednoznaczne… bardzo wiele.
Tak oto z ust kanclerza popłynęły historyczne zdania: „Te niewyobrażalne zbrodnie popełnione w imieniu Niemców wymagają moralnego i materialnego zadośćuczynienia zarówno za krzywdy wyrządzone poszczególnym Żydom, jak i za utraconą własność, nawet jeśli nie żyją ludzie, którzy mogliby się o nią upomnieć. W tej dziedzinie podjęto już pierwsze kroki. Bardzo wiele jeszcze pozostaje do zrobienia. Republika Federalna zajmie się uchwaleniem odpowiednich ustaw o reparacjach i dopilnuje ich sprawiedliwego wprowadzenia w życie”. Nietrudno sobie wyobrazić, co się działo podczas późniejszego negocjowania kwot finansowych. Jeden z żydowskich uczestników skwitował to krótko: targ bydła.
Oczywiście można się oburzać, ale tak wygląda polityka. Zawarto porozumienie, bo leżało to w interesie obu państw, mozolnie legitymizujących i normalizujących swe istnienie, czemu sekundowali potężni sojusznicy.
Dlaczego w PRL i III RP nie uzyskano reparacji – i co dostaliśmy w zamian
O wiele trudniejsza była sytuacja Polski na początku lat 90. XX w., gdy toczyły się rozmowy o zjednoczeniu Niemiec. Wydawać się mogło, że właśnie wtedy uda się wrócić do kwestii reparacji, z których rząd PRL – pod sowieckim naciskiem – zrezygnował latem 1953 r. Dlaczego się nie udało? Bo mistrzowską partię dyplomatycznego pokera rozegrał kanclerz Helmut Kohl, przesuwając całą uwagę na uznanie granicy na Odrze i Nysie. Co gorsza, żadne z mocarstw prowadzących wówczas rozmowy z Niemcami w formacie 2+4 nie było zainteresowane wspieraniem polskich roszczeń. Byliśmy bez szans, a jednocześnie toczyliśmy grę o sprawy kluczowe – o suwerenność, trwałość powojennych granic, pozbycie się wojsk radzieckich, transformację gospodarczą, rozpoczęcie procesów akcesyjnych z NATO i UE. I te cele udało się osiągnąć.
Rzutem na taśmę próbowaliśmy wrócić do reparacji przy okazji ratyfikowania traktatu o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy. Jednak Kohl z zimną krwią wyłożył cztery asy: ratyfikację przez Niemcy traktatu granicznego, umorzenie części polskiego zadłużenia, ruch bezwizowy i wsparcie dla unijnych aspiracji Warszawy. Polski rząd znów nie mógł liczyć na wsparcie światowych potęg. Mając słabsze karty, wzięliśmy, co było na stole. Powtórzmy: słusznie. Niestety, między Odrą i Bugiem ponad skuteczność zwykło się stawiać tromtadrację.
60 proc. Polaków chce reparacji: czym mamią ich politycy?
Dziś droga prawna do uzyskania niemieckich reparacji, szacowanych w oparciu o polskie straty wojenne – jest zamknięta. Eksperci twierdzą jednak, że walczyć można o odszkodowania, skierowane do określonych grup ofiar, i zadośćuczynienie w formie konkretnych projektów.
Oczywiście według sondaży niemal 60 proc. Polaków uważa, że Niemcy powinny wypłacić nam reparacje. Abstrahując od kwestii, czy ankietowani dostrzegają różnicę między reparacjami i odszkodowaniami – wynik nie może dziwić, bo opiera się na zdrowym odruchu moralnym i elementarnym poczuciu sprawiedliwości. To nie obywatele są problemem, ale politycy i ich pomagierzy, którzy oszukują ludzi wizją szklanych domów za niemieckie pieniądze.
Ich narracja wpisuje się w opowieść o narodzie nieustannie zdradzanym, oszukiwanym i osamotnionym. Weźmy tylko XX wiek: 1920 – pierwsza zdrada Zachodu w obliczu bolszewickiego najazdu; pojęcie ukute przez prof. Andrzeja Nowaka. 1939 – zdrada Francuzów i Brytyjczyków, rzucenie Polaków na pastwę Hitlera i Stalina. 1943 – zdrada Wielkiej Trójki w Teheranie. 1944 – zdrada Sowietów, którzy nie przyszli z pomocą Powstaniu Warszawskiemu. 1945 – zdrada zwycięskich mocarstw w Jałcie i Poczdamie. A dziś? Odpowiedź narzuca się sama: mimo cierpień i zasług jesteśmy lekceważeni przez oszukańczych Niemców i niewdzięcznych Ukraińców, a reszta świata pozostaje na naszą krzywdę obojętna.
Polski kłopot z II wojną światową: zwycięstwo czy klęska?
Kłopot w tym, że każde z wymienionych doświadczeń – zresztą nie są sobie równe; niektóre zdrady były haniebne, inne zmitologizowaliśmy sami – powinno prowadzić do wniosku, że względy moralne odgrywają w stosunkach międzynarodowych drugorzędną rolę. Tragicznie mylił się gen. Okulicki, gdy na kilka dni przed wybuchem Powstania Warszawskiego zapowiadał: „Wilno, Lwów i wszystkie zamordowane miasta nie otworzyły oczu Zachodowi, ale nasza ofiara tym razem będzie tak wielka, że nie będą już mogli zatykać sobie uszu, że nie będą mogli nie widzieć, nie rozumieć i będą w końcu zmuszeni do zmiany tej nieludzkiej polityki, która skazuje połowę Europy na nową niewolę”. Tyle że w Polsce zamiast z tego błędu wyciągać lekcję – utwierdzamy się w roli ofiar.
Ale jest też inna przyczyna, czyli nasz kłopot z II wojną światową. Czy 8 maja jest dla Polaków dniem radości, czy zawodu? Czujemy się ofiarami czy zwycięzcami? A jeżeli zwycięzcami, to realnymi, czy tylko moralnymi? Wszystkim, co wiąże się z II wojną, z naszym statusem ofiary – można błyskawicznie rozhuśtać polskie emocje.
Na to nakłada się powtarzana od lat retoryka, teraz dodatkowo napędzana fascynacją Donaldem Trumpem, że musimy wstać z kolan; że dotychczas byliśmy prowadzeni na manowce przez ludzi zbyt miękkich i naiwnych. Tyle że to znów paradoks i pułapka w jednym – niby wstajemy z kolan, ale niczego nie osiągamy; w istocie właśnie klękamy, przygnieceni mieszanką manii wielkości z kompleksem niższości.
Odszkodowania dla ofiar, inwestycje w bezpieczeństwo
Jak wyjść z tego zaklętego kręgu? Po pierwsze: mierzmy zamiary na siły. Zamiast ponad sześciu bilionów złotych za szkody wojenne, oszacowanych przez zespół posła Mularczyka – warto domagać się odszkodowań dla żyjących jeszcze ofiar. Zadośćuczynienie w formie finansowanych przez Niemców projektów kulturalnych i infrastrukturalnych też wydaje się w zasięgu ręki. Ale najciekawszym pomysłem są niemieckie inwestycje w militarne bezpieczeństwo Polski, które realizowałyby strategiczne potrzeby obu stron. Symbolicznie i wizerunkowo wszystko się tu zgadza: dawny agresor wspiera obronność kraju, który ponad 80 lat temu najechał. Niegdysiejszych wrogów łączy sojusz. Nota bene mechanizm ten znakomicie sprawdził się w relacjach niemiecko-izraelskich, a jego przeszczepienie na nasz grunt (zamiast walki o reparacje) proponował Wojciech Pięciak na łamach „TP” pięć lat temu.

Po drugie: dla naszych propozycji budujmy międzynarodowe wsparcie. Sami uzyskamy nic albo niewiele. Przykładowo: niemieckie inwestycje w polską obronność mogłyby zainteresować członków NATO z Europy Środkowej i Wschodniej oraz Skandynawii, Ukrainę, a także USA, domagające się od Starego Kontynentu większego zaangażowania militarnego.
Po trzecie: nawet najlepszym pakietem propozycji w zakresie odszkodowań niczego nie osiągniemy, jeśli jego wywalczenie nie będzie strategią ponadpartyjną. Zapomnijmy o złamanym euro, dopóki prezydent i premier oraz największe partie toczą bój na wyniszczenie.
Po czwarte: wprawdzie same argumenty etyczne niczego nie przyniosą, ale umiejętnie wykorzystane – działają jak katalizator. Musimy jednak zrozumieć, że w arsenale narzędzi moralnych najgorszy jest szantaż. Najskuteczniejsza jest dłoń wyciągnięta do współpracy, co potwierdza cała najnowsza historia Polski. Jak słusznie zauważył Piotr Buras: „Potężna antyniemiecka fala w Polsce jest w Berlinie tyleż powodem, co wymówką, by nie podejmować dalej idących inicjatyw wobec Polski. W sprawie zadośćuczynienia dla ofiar Trzeciej Rzeszy Niemcy gotowi byliby do zrobienia jakiegoś gestu. 200 milionów euro, które zaproponował [kanclerz Olaf] Scholz, to bardzo mało. Ale czy 500 albo 700 milionów pozwoliłoby uniknąć szyderstw, że Berlin próbuje wykpić się grosikami? Jaka suma ochroniłaby i rząd niemiecki, i polski (który ofertę by przyjął) przed atakami prawicy?”.
Po piąte: cierpliwie i zręcznie trzeba pozyskiwać niemiecką opinię publiczną, przede wszystkim liderów tej opinii. Do tego potrzeba jednak ludzi cieszących się za Odrą autorytetem i zaufaniem.
Debata o wypędzonych: jak udało się powstrzymać Erikę Steinbach
Przykładem takiego skutecznego działania była debata o wypędzonych i storpedowanie niebezpiecznych dla pamięci pomysłów Eriki Steinbach. W tamtym czasie strona polska – dyplomaci, politycy, eksperci – działała na różnych polach. Podczas rozmów za zamkniętymi drzwiami Władysław Bartoszewski tłumaczył Angeli Merkel: „Dla nas, Polaków, wojna wybuchła 1 września 1939 r. I to jest fakt historyczny. Ale już z punktu widzenia Brytyjczyków i Francuzów wojna rozpoczęła się dopiero 3 września. Dla Rosjan wybuchła 22 czerwca 1941 roku. Dla Amerykanów – 7 grudnia tego samego roku. A dla Eriki Steinbach, która stoi na czele Związku Wypędzonych, II wojna zaczęła się w styczniu 1945 r., gdy mając półtora roku, razem z matką i siostrą uciekała przed Sowietami z okupowanej Rumi”.
Z kolei w styczniu 2010 r. wspomniany już Tomasz Szarota w głośnym wywiadzie dla tygodnika „Der Spiegel” ukuł wymowne porównanie: „Erice Steinbach chodzi o wypędzenia z ojczystych stron. Dla nas, Polaków, to wypędzenie z życia, masowy mord. Np. mojego ojca Niemcy rozstrzelali kilka tygodni przed moim narodzeniem”. Następnie tłumaczył, że w Polsce po wojnie przez długi czas postrzegaliśmy siebie wyłącznie jako ofiary, ale z czasem zrozumieliśmy, że byliśmy też świadkami Holokaustu, a niektórzy nawet współsprawcami, jak w Jedwabnem. Tymczasem u naszych sąsiadów zachodzi proces odwrotny; Niemcy coraz częściej widzą siebie w roli ofiary – wyłącznie ofiary, a nie sprawcy.
To tylko dwie krople z wielu, które wtedy skutecznie drążyły skałę. Na pewno i dziś polskim zadaniem pozostaje przypominać Niemcom, czym była II wojna światowa. Z bolesną szczerością, ale bez agresji. Z myślą o przyszłości.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















