Kierowniczka Katarzyna. Czy Pełczyńska-Nałęcz przejęła partię Hołowni?

O pani minister można usłyszeć skrajne opinie. Ma być osobą kompetentną i bardzo skuteczną, a jednocześnie konfliktową i niepotrafiącą współpracować z ludźmi. Wszyscy jednak potwierdzają jej duże ambicje i wpływ na Szymona Hołownię.
Czyta się kilka minut
Ministra Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz podczas konferencji "Rozwój po europejsku". Kraków, 30 stycznia 2025 r. // Fot. Jakub Porzycki / Forum
Minister Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz podczas konferencji „Rozwój po europejsku”. Kraków, 30 stycznia 2025 r. // Fot. Jakub Porzycki / Forum

O różnych porach, nawet w dni, kiedy nie ma posiedzeń Sejmu, w budynku parlamentu pojawia się samotna postać. Wchodzi schodami głównego holu i znika w korytarzach wiodących do gabinetu marszałka Hołowni. To Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, minister funduszy i polityki regionalnej z Polski 2050, najbardziej kontrowersyjny członek rządu Donalda Tuska. Od dawna pozwala sobie na otwartą krytykę premiera i publiczne wojny z ministrami z innych ugrupowań. Jeżeli problemy trapiące obecny rząd chcielibyśmy porównać do cyklonu, Pełczyńska-Nałęcz znajdowałaby się dokładnie w jego oku.

Inteligentna i konsekwentna. Szkoda, że nie gra zespołowo

To właśnie o nią toczy się dziś największy polityczny spór między koalicjantami. W planie Hołowni miałaby zostać wicepremierem z ramienia Polski 2050, ale Tusk kategorycznie się na to nie godzi. Nieoficjalnie wiadomo, że objęcie takiej funkcji byłoby możliwe dopiero w listopadzie, jeśli Hołownia wypełni zapisy umowy koalicyjnej i ustąpi z funkcji marszałka Sejmu na rzecz Włodzimierza Czarzastego.

Tu jednak pojawia się problem z partyjną rekomendacją. Bo tak jak Pełczyńska-Nałęcz jest realnym problemem dla koalicjantów, tak samo negatywne emocje wzbudza w Polsce 2050 – przy okazji ciągnąc w dół autorytet samego Hołowni, mocno przecież nadszarpnięty nieudaną kampania prezydencką i rozpadem Trzeciej Drogi

– Przez nią kiedyś rozpadnie się i koalicja, i Polska 2050 – podsumowuje znany polityk tej partii.

Jest pracowita, inteligentna i kompetentna, ma szerokie horyzonty i zainteresowania, konsekwentnie realizuje założone cele – to pierwszy pogląd. Drugi zakłada, że z tą realizacją celów bywa różnie, bo pani minister nie potrafi działać zespołowo, nie liczy się z ludźmi i gra na siebie. Własne ugrupowanie czy rząd ponoć zawsze są na drugim planie. Co ciekawe, oba poglądy może wyrazić w rozmowie o Pełczyńskiej-Nałęcz ten sam polityk.

Jeden z wpływowych działaczy Polski 2050 przekonuje, że nie ma w rządzie drugiej tak wszechstronnie przygotowanej osoby. W partii zresztą też – to ona stała na czele think tanku Instytut Strategie 2050, przygotowującego program ugrupowania. Potem zaś liderowała sztabowi partii w kampanii przed wyborami w 2023 r., w których Polska 2050 uzyskała nadspodziewanie dobry wynik, mimo braku pieniędzy. 

Gdy zaś po powstaniu nowego rządu została ministrem funduszy i polityki regionalnej, świetnie wywiązała się z głównego zadania, jakim było uruchomienie środków z KPO. Tyle że na zaangażowaniu w rząd miała stracić sama partia. Posłanka Polski 2050 Wioleta Tomczak zauważa, że nie przypadkiem wyniki ugrupowania są gorsze, odkąd pani minister przestała być jej głównym sztabowcem.

Słyszymy też diametralnie inne opinie. – Ona bardzo dobrze się sprzedaje, ale jednocześnie potrafi rozwalić od środka każdy zespół. I to w taki sposób, że zostają po nim tylko zgliszcza – mówi anonimowo prominentny polityk Polski 2050. 

Jego zdaniem, Pełczyńska-Nałęcz najpierw uważnie diagnozuje, kto i gdzie podejmuje decyzje, zwłaszcza te finansowe, po czym stara się uzyskać tam silne wpływy. – Szymon nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo przejęła mu partię – mówi polityk Polski 2050. Oczywiście anonimowo, bo nie chce się narażać.

Program Pełczyńskiej-Nałęcz, programem partii

Zdaniem niejednego działacza partii Hołowni, relacje minister funduszy z marszałkiem to zagadka o podłożu psychologicznym. – To zawsze była dla mnie tajemnica, dlaczego Szymon jej tak ufa, niemal bezgranicznie. Sądzę, że imponuje mu jej skuteczność. Że jak coś zadeklaruje, to dowiezie. Może to jest cecha, której on nie ma? – zastanawia się nasz rozmówca. – Poza tym jest uparta. Potrafiła do jego gabinetu tak długo przychodzić, tak mocno różne sprawy wałkować, aż on ustępował dla świętego spokoju. „No dobra, Kaśka, to zróbmy już tak, jak chcesz”.

Potwierdza to inny parlamentarzysta Polski 2050. – Szymon jest osobą, którego ego można rozmasować. Nawet jeśli ma ugruntowaną opinię na jakiś temat, to Kaśka potrafi mu tak długo sączyć inne wizje do ucha, aż ustąpi. Jest niezwykłą manipulatorką. Pod tym względem jest wybitna – przekonuje.

Właśnie temu celowi mają służyć jej częste wizyty w Sejmie. Dzięki nim sprawuje dziś faktyczną kontrolę nad działaniami Polski 2050. 

– Uzyskała niemal nieograniczony dostęp do Hołowni i w efekcie siebie promuje, a innych blokuje. Tyle że szef o tym nie wie, w związku z czym myśli, że ona jest jedyną osobą, która pracuje w partii – opowiada poseł Polski 2050. – Pamiętam, jak ustaliliśmy, że ktoś inny miał zlecić pewne badania. Potem się okazało, że Kasia tego nie uznała i sama je zrobiła. Ona lubi mieć kontrolę nad wszystkim – dodaje.

Omijanie statutowych struktur to najpoważniejszy zarzut, jaki słyszymy wobec Pełczyńskiej-Nałęcz. 

– Czasami nie wiemy do końca, jakie stanowisko przedstawia. Bywa, że wygłasza osobiste poglądy, ale robi to tak, jakby wcześniej konsultowała się z organami statutowymi, tymczasem nikt w zarządzie partii nawet nie zna tematu. Jest pierwszą wiceprzewodniczącą, więc jest jej łatwiej – mówi ten sam polityk. – Tak naprawdę ostatnio to ona wybiera tematy, którymi partia się zajmuje, choć trzeba przyznać, że potem tę agendę rzeczywiście bardzo pracowicie obrabia. Problem polega na tym, że są też u nas inni ludzie, którzy mają pomysły. Może gdyby ich posłuchać, wyniki w sondażach byłyby dziś inne?

Ogromne oburzenie w Polsce 2050 wywołało przedstawienie przez nią na portalu X (już po wyborach prezydenckich) kompleksowego programu dla Polski.

– Jej plan wzbudził ogromne emocje w partii, niektóre jego elementy były super, ale inne nie spodobały się członkom. A były to istotne sprawy, dotyczące polityki wobec sektora deweloperskiego, bankowego, podatków od firm cyfrowych, wprowadzenia katastru od trzeciego mieszkania. Takie kwestie powinniśmy przedyskutować, a nie narzucać.

Szacunek i zaufanie

Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz urodziła się w 1970 r. w Warszawie. Ojciec Aleksander Pełczyński był znanym matematykiem, który studiował w ZSRR (tam też poznał swą żonę). Przyszła minister ukończyła socjologię na Uniwersytecie Warszawskim, po czym podjęła pracę w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN, gdzie w 1999 r. zrobiła doktorat. Od początku specjalizowała się w sprawach wschodnioeuropejskich i rosyjskich, w czym pomocna była doskonała, z racji związków rodzinnych, znajomość języka rosyjskiego.

Najdłuższy rozdział w jej karierze wiąże się z państwowym Ośrodkiem Studiów Wschodnich, w którym pracowała 13 lat (pełniąc m.in. funkcję wicedyrektor), aż do przejścia do MSZ w roku 2012. Były wiceminister spraw zagranicznych oraz ambasador na Ukrainie Bartosz Cichocki wspomina, że Pełczyńska-Nałęcz jako jego szefowa w OSW była bardzo wymagająca. 

– Zdarzyło się nieraz, że musiałem poprawiać przygotowane raporty. Wtedy byłem wściekły, ale po latach przyznaję, że miała rację, każąc mi doprecyzowywać pewne tezy oraz argumenty. Wiele mnie to nauczyło – przyznaje.

W 2012 r. przeszła z OSW do MSZ, gdzie od razu została wiceministrem. Skąd tak nagła kariera? Zdaniem niektórych byłych pracowników resortu, ówczesny jego szef Radosław Sikorski ściągnął ją dlatego, że chciał zwiększyć liczbę kobiet w kierownictwie. – Gdyby była facetem, nie zostałaby ministrem – mówi były dyplomata. Inny jednak uważa, iż Sikorski uległ namowom Bartłomieja Sienkiewicza i Jacka Cichockiego (dziś szefa Kancelarii Premiera), którzy znali ją z czasów OSW i bardzo wysoko jej pracę cenili.

Po dwóch latach spędzonych w kierownictwie MSZ, Pełczyńska-Nałęcz została ambasadorem Polski w Rosji, co nie było degradacją. Od byłych dyplomatów można usłyszeć, że jako ambasador koncentrowała się na kontaktach z organizacjami praw człowieka, takimi jak Memoriał, wydarzeniach kulturalnych i sprawach personalnych – wymieniła niemal cały personel ambasady, zatrudniając w ich miejsce dawnych współpracowników z OSW.

Podobną „czystkę” zrobiła zresztą wcześniej w departamencie, który podlegał jej w MSZ. – Mieliśmy taki moment, że na placówce w Moskwie nie było ani jednego zawodowego dyplomaty, co rodziło wiele problemów – mówi były pracownik ambasady. Jego zdaniem, już wówczas Pełczyńska-Nałęcz wykazywała się cechami, które wyróżniały ją później w innych miejscach – była „osobna” i działała na własnych zasadach. Nie miała jednak ważnej umiejętności: nie potrafiła pociągnąć za sobą ludzi.

– Jak szef mówi podwładnym, że od dziś rysujemy zielone szlaczki zamiast niebieskich, to może i dobrze, jeśli podwładni się podporządkują. Jeżeli jednak chce się zbudować ich szacunek i zaufanie, dobrze, żeby wiedzieli, dlaczego rysują te zielone szlaczki – mówi.

Co ciekawe, kilka osób powiedziało nam, że – niezwykle asertywna z pozoru Pełczyńska-Nałęcz – miewa problem z otwartą konfrontacją twarzą w twarz, gdy trzeba bronić swojego poglądu. W MSZ można usłyszeć anegdotę z czasów, gdy była jeszcze wiceministrem, a do resortu w związku z jakimś historycznym skandalem wezwany został ambasador Rosji.

– Rozpoczął swoją tyradę, skończył i wyszedł. A ona nawet nie zdążyła zacząć zdania. To nie jest osoba, która potrafi wejść we frontalne starcie. Tymczasem na placówkach dyplomatycznych trzeba to umieć jeszcze bardziej – mówi były dyplomata.

Potrafi rozzłościć samego Tuska

Z misji w Moskwie zrezygnowała już za rządów PiS, gdy szefem MSZ był Witold Waszczykowski. Po powrocie do Polski trafiła do Fundacji Batorego, gdzie kierowała m.in. związanym z tą fundacją think tankiem Forum Idei. Niektórzy jej współpracownicy twierdzą, że akurat w tym czasie pokazała zdolność do współpracy, nawiązując kontakty z bardzo różnymi środowiskami, jak Krytyka Polityczna i Klub Jagielloński. Kolejny były szef MSZ z czasów PiS, Jacek Czaputowicz wspomina, że w 2018 r. zaprosiła go jako ministra na debatę do Fundacji Batorego, nie bacząc, jak to zostanie odebrane w środowisku opozycji.

W fundacji też jednak w pewnym momencie doszło do konfliktu z ówczesnym prezesem Aleksandrem Smolarem, który miał rzekomo pretensje, iż Pełczyńska-Nałęcz buduje mu tam własne „państwo w państwie”. Efektem było jej odejście, miękkie, bo szybko trafiła do tworzącego się ruchu Szymona Hołowni, dokąd ściągnął ją dawny znajomy z OSW, Jacek Cichocki. 

Jako szefowa think tanku Instytut Strategie 2050 była dynamiczna, ale apodyktyczna. – Sugerowała, że tylko ona jest ekspertem, że jest kimś lepszym. A polityka i partia to coś gorszego. W dużym stopniu nad jej program przekładała własne poglądy, co już wtedy wzbudzało emocje – opowiada czołowy działacz Polski 2050.

Jej transformacja w rolę polityka odbyła się na raty. Mimo że stała na czele sztabu partii Hołowni, nie zdecydowała się sama kandydować w wyborach. Gdy powstała koalicja 15 października i wiadomo było, że Polska 2050 będzie współtworzyć rząd, początkowo kandydatem na ministra funduszy i polityki regionalnej był Michał Kobosko. On jednak planował już start w wyborach do Parlamentu Europejskiego i kandydatką zastępczą została Pełczyńska-Nałęcz, wcześniej przymierzana do MSZ.

Jej działalność jako szefowej MFiPR jest oceniana dobrze – w maju w ramach KPO zostało zakontraktowane 97 mld zł; zarówno z części grantowej, jak i pożyczkowej, a Polska podpisała już 750 tys. umów. Udało się jej też uzgodnić z Komisją Europejską rewizję całego programu i przesunięcie części środków na inne cele, m.in. związane z inwestycjami w samorządy i obronność. Wyróżnia ją to na tle całego źle ocenianego rządu. – Słyszałem żartobliwy komentarz, iż jest jedynym mężczyzną w rządzie. Zgadzam się z nim – mówi Jacek Czaputowicz.

Bardziej krytyczni niż dawny szef MSZ w rządzie PiS są niektórzy jej koledzy z ugrupowań koalicyjnych. Nie rozumieją, dlaczego sporów wewnątrz obozu rządzącego nie chce rozwiązywać po cichu, tylko musi to robić publicznie. Do najbardziej znanego doszło we wrześniu 2024 r. Pełczyńska-Nałęcz rozzłościła wtedy Donalda Tuska, pisząc na portalu X, że w budżecie państwa jest 0 złotych na kredyt 0 procent, choć była to jedna z obietnic KO, zawarta w 100 konkretach.

Właśnie w sprawach mieszkaniowych (domaga się m.in. podatku katastralnego od trzeciego posiadanego mieszkania) minister toczyła dotychczas swe najbardziej zawzięte wojny, nastając na odciski posłom i ministrom z KO, lewicy, a nawet sojuszniczego PSL. A gdy w czerwcu na portalu X zaprezentowała kompleksowy plan naprawy Polski, weszła w kompetencje kilku innych ministrów, przy okazji atakując samego premiera za przeciągające się negocjacje w sprawie rekonstrukcji rządu. Nazwała je „teatrem politycznym”.

Czy Pełczyńska-Nałęcz zdobędzie rekomendację partii?

Być może ta sprawa spowodowała, że na temat pani minister zaczęło się pojawiać coraz więcej krytycznych przecieków medialnych. Najpoważniejszy zarzut dotyczył córki, zatrudnionej w partii i odpowiadającej za jej kampanię w mediach społecznościowych.

– Ona pracuje w taki sposób, że na TikToku na zmianę są Szymon, Katarzyna i jej zastępca w resorcie funduszy Jan Szyszko. Pozostali politycy Polski 2050 pojawiają bardzo sporadycznie – żali się poseł Polski 2050. Gdy sama Pełczyńska-Nałęcz została w TVP zapytana o sprawę zatrudnienia córki, zareagowała oburzeniem. Potem na X dodała: „Od mojej rodziny wara”.

Ewentualna decyzja o jej rekomendacji na wicepremiera miała zapaść podczas wyjazdowego posiedzenia klubu Polski 2050, już po oddaniu tego artykułu do druku. – Katarzyna dostanie rekomendację tylko wtedy, jeśli Szymon zmusi nas do jawnego głosowania. Jeśli będzie tajne, nie ma szans wygrać. Jest naprawdę nielubiana – mówi poseł Polski 2050. – Jeśli poparcie otrzyma, można będzie to odebrać jako faktyczne przejęcie partii – dodaje.

Tomasz Trela z Nowej Lewicy nazwał niedawno Pełczyńską-Nałęcz „kierowniczką Twittera”. Jeszcze bardziej trafne może być niedługo określenie „kierowniczka Polski 2050”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 30/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Kierowniczka Katarzyna