Członkostwo Ukrainy w Unii Europejskiej jest jednym z punktów pierwotnej wersji planu pokojowego Donalda Trumpa (tego opracowanego, jak już wiemy, z dużym udziałem Rosji), jak też jego korekty, przygotowanej przez liderów Francji, Niemiec i Wielkiej Brytanii.
Już od jesieni 2023 r. rozszerzenie Unii określane jest mianem „geostrategicznej inwestycji w pokój, bezpieczeństwo, stabilność i dobrobyt”. Wydawałoby się więc, że w kwestii tej panuje zgoda – nawet trochę zaskakująca. Częściowo wyłamują się z niej tylko Węgry, które sprzeciwiają się otwarciu negocjacji z Kijowem.
Za tym unijnym konsensusem kryje się jednak wiele niedopowiedzeń.
Bruksela wystawia dobre oceny Ukrainie i Mołdawii
Na początku listopada Komisja Europejska pozytywnie oceniła postępy Albanii, Czarnogóry, Mołdawii i Ukrainy w procesie akcesyjnym. Pierwsze dwa kraje są już na naprawdę zaawansowanym etapie w ich drodze do Unii. Faktyczna gra toczy się o Ukrainę i Mołdawię, które status kandydacki otrzymały w czerwcu 2022 r. Obecnie czekają na otwarcie negocjacji akcesyjnych.
Tyle że określenie „negocjacje” jest mylące. W istocie nie ma tu pola do pertraktacji – cały proces polega na realizacji wymogów Brukseli. Podobnie było zresztą, gdy do Unii wchodziła Polska.
Reformy wymagane w tym procesie od krajów kandydujących podzielono na sześć pakietów tematycznych, zwanych klastrami. Komisja stwierdziła, że w przypadku Ukrainy i Mołdawii można otworzyć negocjacje w trzech z sześciu z nich. Ta pozytywna opinia odnosi się do klastra „kwestii fundamentalnych” (ma on największą wagę: dotyczy wymiaru sprawiedliwości, praw człowieka, bezpieczeństwa i gospodarki rynkowej), a także do klastrów „stosunki zewnętrzne” i „rynek wewnętrzny”.
Jednocześnie wyrażono oczekiwanie, że do końca roku Kijów i Kiszyniów będą gotowe na otwarcie trzech kolejnych klastrów, dotyczących konkurencyjności i wzrostu; zielonej agendy, infrastruktury, energetyki i sfery cyfrowej; zasobów, rolnictwa i spójności.
Viktor Orbán blokuje rozpoczęcie negocjacji z Ukrainą
Sytuacja jest jednak patowa: rządy państw kandydujących wdrażają reformy, Komisja Europejska ocenia je pozytywnie, ale otwarcie negocjacji nie jest możliwe ze względu na weto Węgier. Viktor Orbán otwarcie sprzeciwia się przyjęciu Ukrainy do Unii. Początkowo uzasadniał to obawą przed wciąganiem Unii w wojnę, teraz mówi o zagrożeniu dla węgierskiej gospodarki. Co ważne, jego sprzeciw nie dotyczy innych kandydatów.
O ile proces negocjacji w imieniu całej wspólnoty nadzoruje Komisja, to decyzję o otwarciu kolejnych klastrów podejmuje Rada Unii Europejskiej – organ, który gromadzi ministrów ze wszystkich państw członkowskich, odpowiedzialnych za tematykę, nad którą obraduje Rada. Decyzja ta musi zostać podjęta jednomyślnie, dlatego bez zgody Węgier proces formalnie będzie stać w miejscu.
Kreatywne pomysły na blokadę Orbána
Komisja i pozostałe państwa członkowskie próbują zaradzić tej blokadzie na kilka sposobów. Przede wszystkim, prace techniczne i proceduralne są nieustannie realizowane, by nie tracić czasu. Co więcej, to sama Komisja nadaje im tempo, do czego została zobligowana przez 26 członków Rady – wszystkich poza Węgrami.
To sytuacja bez precedensu, gdyż dotąd w przypadku rozszerzenia urzędnicy na każdym etapie czekali na decyzje polityczne. Teraz chodzi jednak o to, by osiągnąć stan, w którym otwarcie poszczególnych klastrów mogłoby być już tylko formalnością, po której szybko nastąpi ich zamknięcie.
Bruksela i Kijów czekają więc na wybory parlamentarne na Węgrzech, które odbędą się w kwietniu 2026 r. Jest nadzieja, że jeśli Orbán straci władzę, to nowy rząd wycofa weto w sprawie członkostwa Ukrainy. A jeśli Orbán przetrwa, to jest nadzieja, że po wyborach będzie bardziej skłonny do rewizji swego stanowiska – w zamian za profity dla Węgier i jego obozu.
Perspektywa wejścia do Unii mobilizuje Mołdawian
Na kwiecień czeka też Mołdawia, której los został związany z losem Ukrainy. W wyborach parlamentarnych, które odbyły się w Mołdawii na koniec września br., proeuropejska Partia Działania i Solidarności utrzymała samodzielną większość, mimo działań dezinformacyjnych i destabilizujących ze strony Rosji i lokalnych sił z nią związanych.
Mołdawia stała się więc przykładem świadczącym, że idea integracji europejskiej nadal mobilizuje masy społeczne, a odporność na działania Moskwy jest możliwa. Co więcej, realizacja skutecznych reform w tym niewielkim, liczącym 2,7 mln mieszkańców kraju wydaje się bardzo realna.
Kiszyniów zapowiada, że zakończy negocjacje akcesyjne w 2028 r., a Komisja potwierdza, że to możliwe. Nieoficjalnie natomiast obóz rządzący Mołdawią mówi coraz częściej o roku 2027, dzięki czemu wstąpienie tego państwa do Unii byłoby możliwe rok później – przed następnymi wyborami prezydenckimi. Chodzi o to, by nie wystawiać na kolejną próbę społeczeństwa, które bierze na swe barki koszty reform.
Mołdawia nie chce być zakładniczką Ukrainy
Rzecz jednak w tym, że Rada Unii wydaje zgodę na otwarcie kolejnych etapów wspólnie dla Ukrainy i Mołdawii. Ma to wymiar praktyczny i symboliczny.
Po pierwsze więc, słyszymy argument, że sama Mołdawia nie ma takiej wagi, która nakazywałaby popychanie procesu akcesyjnego do przodu, więc korzysta na związaniu jej z większą sąsiadką. Po drugie zaś chodzi o to, że wyprzedzenie Ukrainy przez Mołdawię byłoby ciosem dla tej pierwszej – uderzyłoby w sferę godności narodu walczącego o wolność. Mogłoby to się odbić negatywnie na relacji Kijowa z Brukselą i stosunku Ukraińców do Unii.
Rozdzielenie tego duetu – tak, by Mołdawia nie była swoistą zakładniczką – nie jest jednak niemożliwe. To decyzja polityczna, nie prawna. W przeszłości w takiej sytuacji były Albania i Macedonia Północna. Negocjacje tej drugiej zahamowała Bułgaria, ze względu na konflikt w sferze pamięci i tożsamości. Po jakimś czasie Rada rozdzieliła oba państwa w procesie decyzyjnym.
Kiszyniów po cichu liczy na podobne rozwiązanie, jeśli węgierskie weto wobec Ukrainy będzie trwać. To jednak kwestia drażliwa, niepodnoszona publicznie. Z góry wiadomo, że przeciwne rozdzieleniu będą np. Litwa, Łotwa i Estonia, które swe stanowisko w tej kwestii mocno wiążą z oczekiwaniami Kijowa.
Jak rozwiązać problem separatystycznego Naddniestrza?
Z Mołdawią związany jest jeszcze jeden problem, który obrazuje obecny model polityki rozszerzenia Unii. Polega on na dążeniu do postępów tam, gdzie są one możliwe bez względu na przeszkody, które w przyszłości się pojawią. W tym wypadku chodzi o Naddniestrze: separatystyczną republikę, w której stacjonują rosyjskie jednostki.
W ostatnich latach charakter relacji między władzami Mołdawii a prorosyjskimi separatystami znacząco się zmienił. Dotyczy to zwłaszcza sfery energetycznej: dziś dostawy gazu do Naddniestrza są zależne od dobrej woli Kiszyniowa. Ponadto rząd Mołdawii przestał kupować od separatystów prąd.
W efekcie Naddniestrze funkcjonuje dziś na granicy wydolności gospodarczej i budżetowej, przez co jego utrzymywanie jest coraz mniej atrakcyjne dla rządzących nim oligarchów. Jego ludność jest zaś w coraz gorszym położeniu.
Można narysować dwa scenariusze rozwiązania tego problemu. Według pierwszego, sam proces wchodzenia Mołdawii do Unii, przy jednoczesnym zwiększaniu nacisku na władze Naddniestrza, stworzy warunki dla jego reintegracji.
Drugi scenariusz to „wariant cypryjski”. Cypr przyjęto do Unii w 2004 r., ale ta jego część, na terenie której funkcjonuje separatystyczna i wspierana przez Turcję republika, została wyjęta z tego procesu do czasu uregulowania konfliktu. Podobnie Mołdawia mogłaby dołączyć do Unii, zawieszając funkcjonowanie unijnego prawa i unijnych profitów na terenie Naddniestrza. Byłby to zresztą dodatkowy „kij i marchewka” dla jego reintegracji.
Ukraina i korupcja: dwie strony medalu
Kiszyniów obawia się dziś przede wszystkim tego, że nadmierne skupianie uwagi na problemie Naddniestrza obudzi obawy wśród części europejskich elit. Ten mechanizm wykorzystuje już Rosja, która regularnie prowokuje małe kryzysy energetyczne w Naddniestrzu. Wstrzymując dostawy gazu do swojego protektoratu, chce pokazać Europie, że Mołdawia to przede wszystkim problemy.
Z kolei dla Ukrainy wyzwaniem, które uderza w jej wizerunek jako przyszłego członka Unii, jest – obok wojny – korupcja. Obecnie w Brukseli dominuje narracja, że fakt, iż ukraińskie służby (NABU i specjalna prokuratura antykorupcyjna SAP) zdołały ujawnić tzw. „Mindiczgate” – schemat korupcyjny, w który zaangażowany był Timur Mindicz i inni ludzie z otoczenia prezydenta Zełenskiego – świadczy o tym, jak bardzo zmienia się kultura polityczna tego państwa.
Europeizacja jest tu zaś przedstawiana jako czynnik jednoznacznie pozytywny, który nie tylko ogranicza patologie, ale powoduje również, że sami Ukraińcy stawiają przed sobą cel szerszy niż „tylko” walka z rosyjskim najeźdźcą.
Czy ktoś kryje się za plecami Viktora Orbána?
Trudno zaprzeczyć, że integracja z Unią jest zarówno ideą, jak też realnym procesem, dzięki którym Ukraina ma szansę stać się lepszym państwem, gwarantującym szanse rozwoju zarówno swoim obywatelom, jak i sąsiadom. Takiej Ukrainy potrzebuje Polska, Europa Środkowa i cała Unia.
Jednak wspomniane problemy, na razie odsuwane na dalszy plan, mogą rozpalić jeszcze wyobraźnię europejskiej opinii publicznej. Nietrudno wyobrazić sobie, że w przypadku przejęcia władzy w którymś z państw unijnych przez siły niechętnie Ukrainie lub sprzyjające Rosji – jak np. skrajnie prawicowe Zjednoczenie Narodowe we Francji – posłużą za pretekst do zablokowania rozszerzenia.
Dlatego czas gra tak ważną rolę. Węgierska blokada jak na razie opóźnia jedynie formalne decyzje, a nie realne procesy. Pytanie jednak, jak wielu europejskich przywódców chowa się tak naprawdę za plecami Orbána?
Moment, w którym Budapeszt wycofa swoje weto, może być prawdziwym sprawdzianem dla idei rozszerzenia jako „geostrategicznej inwestycji” Unii Europejskiej.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















