Katarzyna Kozyra i Grzegorz Bral proponują dwa spektakle na koniec sezonu. Jak się udały?

W zaskakująco chłodnym, a dla wielu katastrofalnym polskim czerwcu 2025 w krótkim odstępie czasu przywołano w teatrze dwie wielkie religijne postacie i tajemnice: Jezusa i Demeter. Przypadek?
Czyta się kilka minut
Krystian Durman i Małgorzata Walenda w spektaklu „Rewizja procesu Jezusa”, reż. Katarzyna Kozyra // Fot. HaWa / Materiały prasowe Teatru Starego w Krakowie
Krystian Durman i Małgorzata Walenda w spektaklu „Rewizja procesu Jezusa”, reż. Katarzyna Kozyra // Fot. HaWa / Materiały prasowe Teatru Starego w Krakowie

Z irytującego nadmiaru premier dawanych przez teatry w ostatnie weekendy sezonu wybrałem dwie, bo dotyczą zagadnienia, które mnie fascynuje. Mówiąc prosto i w wielkim skrócie: te spektakle poszukują praktycznych sposobów wejścia w sferę zastrzeżoną dla praktyk religijnych i rytualnych. Kiedyś te kwestie rozpalały głowy. Dziś dom, który kiedyś współtworzyły, wydaje się opuszczoną ruderą.

„Rewizja procesu Jezusa” Katarzyny Kozyry

„Rewizja procesu Jezusa” Katarzyny Kozyry w Starym Teatrze w Krakowie to jednak nie jest teatr rytualny. Przedstawienie jest finałowym odrostem projektu „Szukając Jezusa”, który artystka realizuje od roku 2012. W Jerozolimie (do roku 2022 była tam siedem razy) szukała osób, które twierdzą, że są Jezusami. W języku medycznym oznacza to, że cierpią na „syndrom jerozolimski” – zespół zaburzeń sprawiających, że pod wpływem miejsc o silnej tradycji religijnej pewne osoby je odwiedzające zaczynają roić sobie, że same są kolejnymi wcieleniami świętych, proroków albo wprost – Mesjaszami.

Takich Jezusów znalazła Kozyra w Jerozolimie całkiem sporo. Spotkania z nimi filmuje, a pokazując w galeriach odpowiednio zmontowaną dokumentację we właściwym sobie stylu podważa dominujące sposoby odnoszenia się do fenomenów religijnych. „Szukając Jezusa”, tak jak jej wcześniejsze prace, wprowadza w ruch społeczne schematy, nie będąc ani konfesją, ani prowokacją. 

Kozyra traktuje swoich bohaterów z przewrotną powagą, która sprawia, że gdy biegnie za jednym z nich wołając „Jesus, wait!” i pytając „Will you come back?” – nie ma w tym ani drwiny, ani wiary. 

Jest za to pytanie: dlaczego się w tym momencie śmiejemy? Jakie schematy sprawiają, że lekceważymy tych Jezusów. Oni są śmiertelnie poważni, wierzą w sens tego, co robią i mówią. Potwierdzają przecież wiarę życiem. A my?

Trzy warunki powrotu i ich teatralna fikcja

„Rewizja procesu Jezusa” przenosi tę strategię do teatru. Próba okazała się ryzykowna i jednak nieudana – przedstawienie jest teatralnie słabe. Ale z perspektywy artystki sama próba jest skuteczna, tak jak słabe i zarazem skuteczne były jej dokonania operowe, popowe teledyski i występy jako drag queen. Osią przedstawienia jest realizacja procedury powrotu Jezusa według planu „ortodoksyjnego Żyda kabalisty”, którego Kozyra spotkała w Jerozolimie.

Plan składa się z trzech punktów: zebrania pieniędzy na wykupienie Jezusa od Rzymian (kabalista obliczył, że potrzebne są dwa miliony dolarów), przywrócenia Jezusa Żydom oraz przeprowadzenia rewizji jego procesu. Aktorzy usiłują nas przekonać, że pierwszy etap zrealizowano, bo podatnicy w Polsce utrzymują Ministerstwo Kultury, które jest organizatorem i finansowym zapleczem Starego Teatru, więc w ten sposób złożyli się na wykupienie Jezusa.

Zgodnie z logiką faktów podawanych w przedstawieniu oznaczać to powinno, że teatr dostał na projekt Kozyry dwa miliony dolarów. Jeśli tak nie było (a chyba jednak nie), to nie ma żadnych podstaw do radosnego ogłaszania, że pierwszy warunek spełniono. 

Podobnie, wyłożenie w spektaklu znanych od dawna tez o Jezusie esseńczyku i Pawle z Tarsu jako twórcy chrześcijaństwa nie oznacza przywrócenia Jezusa Żydom. Ten podstawowy warunek byłby spełniony, gdyby Żydzi coś na ten temat wiedzieli. Nic nam o tym nie wiadomo. 

Wewnętrzna logika działań i dramaturgii, będąca jedną z podstawowych zasad teatru, co chwila się rozpada, sprawiając, że cały projekt przestaje mieć sens i znaczenie.

Dotyczy to także tytułowej rewizji. Wywód prawniczy jest tak dziurawy, że właściwie nic z niego nie wynika. Tym razem jednak sami twórcy to przyznają, ogłaszając, że nie są w stanie rozstrzygnąć o winie lub niewinności oskarżonego bez przesłuchania jego samego. Wobec tego wzywają Jezusa na świadka. Czekają chwilę, a potem ogłaszają, że go nie ma, albo może jest, ale się ukrywa i wstydzi. 

Wreszcie odtwarza się nagranie audio z początkowego okresu prób, na którym Katarzyna Kozyra odpowiada na pytanie, co chce osiągnąć. Ano to, żeby w końcu „wszystko było dobrze”. Mówi też, że po przeprowadzeniu rewizji tak właśnie będzie – może nie od razu, ale jak się trochę poczeka, to na pewno. Nagranie się kończy, wszyscy czekają w ciszy, ktoś skołowany klaszcze (bo przecież w teatrze się klaszcze, nie?). Otwierają się drzwi, do wnętrza wpada mocne, jasne światło reflektora. 

Jedna z aktorek mówi „Chodźmy” (Missa est?). Wychodzimy do dolnego foyer. Moment konsternacji – koniec? Coś jeszcze będzie? Po chwili odpowiednio poinstruowane osoby ruszają na górę. Tam jednak nie czeka ciąg dalszy przedstawienia, ale bankiet.

Katarzyna Kozyra od dawna posługuje się w swoich pracach strategią „naiwnego” przejmowania konwencji i ról społecznych dla rozmontowania mechanizmów wytwarzających zbiorowe wyobrażenia i odświeżenia tego, co uznawane jest za oczywiste. Zastosowana w odniesieniu do doświadczeń i postaci religijnych ma ona być może służyć wytrąceniu z kapłańsko ubogaconego systemu podstawowego także dla niego pragnienia, „żeby wszystko było dobrze”, jak na bankiecie. 

Słabość formy, siła pytania

Możliwe też, że celem „Rewizji” jest zanegowanie chrześcijaństwa (a raczej katolicyzmu), uwolnienie spod jego wpływu, przez niektórych uważanego za straszliwy dyktat. Może chodzi i o jedno, i o drugie, a może też jakieś trzecie i czwarte, które zapewne ktoś w jednym z już powstających esejów sformułuje. Ale to bez znaczenia, bo i tak jest nieskutecznie. 

Powstało mało ciekawe przedstawienie. Osoby, dla których Jezus jest postacią znaczącą i które spotykają Go w kościele, zapewne spektaklu nie obejrzą, a jeśli tak, to większość z nich wzruszy ramionami (oczywiście możliwe, że znajdzie się ktoś, kto poczuje się religijnie urażony, ale byłoby to bardzo dziwne). 

Osoby areligijne też nie bardzo mają powody, by cokolwiek ważnego z tego wieczoru wynieść, bo w końcu co ich jakiś Jezus obchodzi. Samo przedstawienie pewnie zostanie zagrane jeszcze kilka razy jesienią, informacja o nim trafi na stronę twórczyni, jakiś historyk Starego Teatru kiedyś odnotuje, że był taki przypadek współpracy artystki wizualnej z tą sceną. I tyle.

No chyba, że faktycznie wszystko będzie dobrze.

„Eleusis” w reżyserii Grzegorza Brala: Demeter w Zakopanem

Sześć dni po tej premierze. Rząd Tuska ocalał, Karol Nawrocki odebrał odpowiednie zaświadczenie. W Indiach rozbił się samolot. Izrael zaatakował Iran. Iran odpowiedział. Na Jerozolimę spadają rakiety. Premier napisał, że od 1939 r. nigdy jeszcze nie byliśmy tak blisko globalnego konfliktu.

Jadę pociągiem do Zakopanego. Mam blisko, ale od kilkunastu lat bywam tu bardzo rzadko, bo jeśli miałbym wyobrażać sobie jakieś miejsce bliskie piekła, byłyby to Krupówki w sezonie. Z dworca skręcam więc od razu w lewo i dobrze znaną trasą idę na Chramcówki.

Teatr, który kiedyś rozpalał

Premiera „Eleusis” w reżyserii Grzegorza Brala, współprodukowana przez dwa teatry –  zakopiański im. Witkacego i Pieśń Kozła, to dla mnie podwójny powrót po latach. Gdy zaczynałem studia, Andrzej Dziuk i jego zespół właśnie osiadali pod Tatrami. W drugiej połowie lat 80. byli jednym z najmodniejszych teatrów w Polsce. Szliśmy na Chramcówki z tłumem ludzi i do dziś wspominam te wizyty jako jedne z najważniejszych doświadczeń teatralnych.

Do wrocławskiej siedziby Teatru Pieśni Kozła też przyjeżdżało kiedyś sporo widzów (zwłaszcza gdy w zespole był już wtedy popularny serialowo Kacper Kuszewski), co mnie – przyznaję – irytowało, bo miałem wrażenie, że ta popularność odziera ten zespół z mojej osobistej, nieco hipsterskiej wyjątkowości. 

Grzegorz Bral i Anna Zubrzycki, kiedyś współtworzący jedno z najpiękniejszych przedstawień, jakie widziałem w życiu, „Carmina Burana” Teatru Gardzienice, po opuszczeniu zespołu Włodzimierza Staniewskiego rozwijali na własne sposoby teatr muzyczności. Na przełomie tysiącleci szalenie mnie on fascynował i sprawiał, że jechałem przez pół Polski, by wysłuchać i obejrzeć (w tej kolejności) kilkudziesięciominutowe przedstawienia, działające zawsze z niezwykłą siłą.

Minęło wiele lat. Pieśń Kozła bardzo się zmieniła. Odeszła Anna i wiele innych wspaniałych osób. Zespół stracił swoją wrocławską siedzibę w dawnym klasztornym refektarzu. W ostatnich latach Grzegorz z powodzeniem reżyseruje na scenach dramatycznych. W pewnym momencie wydawało mi się nawet, że historia Pieśni Kozła dobiegła końca, ale szybko zostałem wyprowadzony z błędu. Premiera „Eleusis” stanowi dowód, jak poważny był mój błąd.

Przedstawienie to powrót do jednego z podstawowych mitów kultury śródziemnomorskiej – mitu eleuzyńskiego, historii Demeter i Persefony oraz ustanowienia największych i najbardziej tajemniczych misteriów starożytnej Grecji. Do starożytnych mitów i rytów (nie tylko greckich) Pieśń Kozła odwoływała się już dawniej. 

Na początku sięgała też  po muzykę etniczną. Potem budowała muzyczność przedstawień z kompozycji tworzonych specjalnie najczęściej przez Macieja Rychłego lub korsykańskiego artystę Jeana-Claude’a Acquavivę (to on skomponował muzykę do „Eleusis”). Stopniowo znikała też tak charakterystyczna dla ich dawnych przedstawień polifonia tematów i tradycji. Mistrzowsko śpiewane oratoria sceniczne cieszyły się wielkim uznaniem, ale mnie pozostawiały chłodnym, a nawet – znudzonym.

Misterium na scenie

„Eleusis” to także przedstawienie dramaturgicznie i teatralnie bardzo proste, być może dla niektórych – za proste. Składa się z opowieści Demeter wykonywanej przez Dorotę Ficoń i z pieśni śpiewanych głosami i ciałami chóru złożonego z aktorek i aktorów obu zespołów. Ponieważ akcje chóru są dynamiczne, a działania aktorki raczej statyczne, tworzy się rytm przypominający sztampową setlistę dawnych dancingów: „wolny – szybki – wolny”. Jakość chóralnej muzyczności głosów, ciał i działań jest na szczęście na tyle wysoka, że nie można mówić o znużeniu.

„Eleusis”, reżyseria Grzegorz Bral. Teatr Pieśń Kozła, 2025 r. // Marcin Szkodziński / materiały prasowe Teatru Pieśń Kozła

Mnie spektakl wciągnął i nie puścił do końca. Wbrew temu, co się sądzi, tradycyjne aktorstwo dramatyczne też przecież polega na brzmieniach, intonacjach, rytmach, umiejętności trafiania w odpowiednie dźwięki. Dorota Ficoń ma wspaniały głos i znakomitą technikę, dzięki czemu słucha się jej opowieści z uwagą, której nie odwracają świadomie ograniczone do minimum inne środki aktorskie.

Ktoś powie: recytacja w pozach. Ale recytacja w pozach to właśnie kwintesencja tradycyjnej sztuki dramatycznej, o czym niestety nie pamięta się w dzisiejszych szkołach z nazwy teatralnych, w rzeczywistości produkujących aktorów serialowych (świetnych zresztą – nie ma dwóch zdań).

Antyczność „Eleusis” nie wpływa na kształt przedstawienia. Wprawdzie pojawiają się na scenie przedmioty i brzmią słowa, o których wiadomo, że były używane w misteriach eleuzyńskich, ale stanowią one raczej świadome cytaty wewnątrz przedstawienia teatralnego, które ma na celu, jak sądzę, przypomnienie najstarszej i wciąż żywej wiary europejskiej – wiary w Wielką Boginię, Panią. Tę, którą czczono przed wiekami w jaskiniach Malty, w świątyniach Babilonu i Anatolii, Grecji i Rzymu, a dziś (nieświadomie) przywołuje się ofiarując latem naręcza ziół i kwiatów. Nie oczekuje się jednak, że pojawi się w teatrze. 

Powtórzenie historii porwania Persefony, rozpaczy matki i ustanowienia misterium nie jest rewizją.

Jest tym, czym zajmowały się przed wiekami przedstawienia starożytne – przypomnieniem mitu i odnowieniem jego obecności w pamięci świadków.

Mądrość w czasach rozpadu

Ktoś powie, że to spotkanie z „Eleusis” wydało mi się szczególnie ważne, bo oznaczało powrót do przeszłości i do własnej teatralnej młodości. Być może. Ale jest w tym przedstawieniu potencjał nowego początku, siła zwrócona nie w przeszłość, lecz w przyszłość. I jest ważna dla tej przyszłości wiedza, może nawet mądrość, którą uważam za fundamentalnie teatralną:  

choć na pewno nie wszystko będzie dobrze, to właśnie nie chodzi o iluzyjne pocieszanie się, że kiedyś to nastąpi, ale o znalezienie sensu pomimo zła i cierpienia. 

Dorota Ficoń powtarza wielokrotnie, że jej opowieść to pieśń żałoby i ekstazy. Brzmi to dziś może zbyt podniośle, ale trudno powiedzieć inaczej: by wyjść z rozpaczy, trzeba wyjść poza siebie. Jeśli nie do świątyni, to choćby do teatru.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 26/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Tylko proszę mnie nie pocieszać