Długo przyszło czekać na przedstawienie, które można uznać za programową wypowiedź nowej dyrekcji Narodowego Starego Teatru w Krakowie. Wprawdzie w tym sezonie na jego scenach odbyły się już cztery premiery, ale dopiero „Zamach na Narodowy Stary Teatr. Narodziny narodu”, napisany (wspólnie z Janem Czaplińskim) i wyreżyserowany przez dyrektora artystycznego Jakuba Skrzywanka, ma wszelkie znamiona inauguracyjnej deklaracji.
Kilka dokonań Skrzywanka, na czele ze „Śmiercią Jana Pawła II” w Teatrze Polskim w Poznaniu i „Spartakusem. Miłością w czasach zarazy” w Teatrze Współczesnym w Szczecinie, uważam za najlepsze polskie dokonania teatralne, jakie można było zobaczyć w ostatnich latach.
Część pierwsza: montaż wątpliwych atrakcji
Koncept wyjściowy ma mocny i atrakcyjny. Oto w trakcie premiery „Wyzwolenia” Stanisława Wyspiańskiego do teatru wdzierają się zamaskowani napastnicy, zabijają kilka osób, a pozostałe biorą za zakładników. Nie wiemy i nie dowiemy się, kim byli ani czego żądali. Zobaczymy na scenie te pierwsze kilkanaście minut „Wyzwolenia”, ale tytułowego zamachu już nie. Tuż po tym, gdy Muza (Dorota Segda) wygłasza słynne „Wyzwolin ten doczeka się dnia...”, rozlegają się wprawdzie jakieś hałasy sugerujące strzały, ale na salę nikt się nie wdziera.
Zamiast tego scenę przesłania ekran, na którym pojawią się wygenerowane przez AI materiały dotyczące ataku terrorystycznego: serwisy informacyjne, chłopaczkowato dumne orędzie prezydenta Dudy, miałko miękka wypowiedź premiera Tuska i odpowiednio proputinowsko-antyeuropejska deklaracja prezydenta Trumpa. Całość pierwszej części kończy się ćwiczeniami ewakuacji, publiczność powinna opuścić widownię Dużej Sceny.
Przedstawienie trwa poza nią: na podłodze sali Modrzejewskiej leżą czarne worki ze „zwłokami”. W głównym foyer zaczynają się obchody rocznicy zamachu z minutą ciszy, hymnem, apelem poległych i nieudolnym recytowaniem modlitwy Konrada z „Wyzwolenia”. Nieustanne tango i montaż wątpliwych atrakcji. Mamy żonglowanie znakami dla wielu jednak wciąż znaczącymi wiele. Nie tylko ja – kilka osób przechadza się nerwowo po sali Modrzejewskiej, nie patrząc na nikogo. Niegdysiejszy filar Starego przechodzi szybko z pochyloną głową, by zniknąć w znanych tylko sobie zakamarkach budynku.
Część ostatnia: pseudopoetyckie deklaracje
Następne dwie części mają być analogonami kolejnych partii „Wyzwolenia”. Kabaretowo parodystyczna ceremonia obchodów piątej rocznicy zamachu przechodząca w sesję pseudoterapeutyczną. Ktoś gwałtownie domaga się rzetelnego śledztwa, bo nie wiadomo, ani kto i dlaczego dokonał zamachu, ani jak działały służby. Eksploduje ponownie stłumiona rozpacz ludzi, którzy utracili najbliższych. Ale wszystko to zostaje zatopione w parodii terapii, której kulminację stanowi scena nadmuchiwania i animowania lalek-fantomów przedstawiających ofiary.
W ostatniej części przedstawienia nad sceną umieszczono zegar, który pokazuje, że od zamachu minęło ponad osiem lat. W Starym Teatrze odbywa się próba przedstawienia poświęconego tamtym wydarzeniom. Nic się jednak nie udaje, więc próba zostaje zerwana. Pozostają tylko reżyser i Muza, która mówi, że ma dość traum i Konradów.
Teatralny zegar wpada w galop, przelatują kolejne tysiąclecia, nad scenicznym prospektem goreje czerwone słońce, a z ust Muzy leją się pseudopoetyckie deklaracje, mające sugerować, że zamiast traum i narodowych ran, trzeba zanurzyć się w życie Kosmosu i w nim szukać światła i ciepła.
Końca nie ma – jutro znów trzeba wrócić na próbę.
„Zamach” albo żarty na pogrzebie
Trwające trzy godziny przedstawienie jest nieudane i nieudolne. Zachwyt efektownym konceptem tak uwiódł twórców, że brakło im już energii, jakiej wymagałaby precyzyjna praca nad rozwinięciem jego potencjału. Dostajemy serię chaotycznych, wyprowadzanych w wiele stron naraz ciosów, z których żaden nie trafia w cel.
Pozornie głównym tematem przedstawienia są polskie katastrofy. Inicjują one procesy wytwarzania silnych wspólnot doświadczenia. Potem stopniowo przekształcają się we wspólnoty polityczne i ideologiczne. Te fascynujące zjawiska są w dzisiejszej Polsce znane przede wszystkim z dziejów katastrofy smoleńskiej.
W spektaklu kilkakrotnie pojawiają się odwołania do tych wypadków, ale kojarzą się z kiepskim kabaretem, chwilami zahaczającym o niestosowne żarty na pogrzebie. Złożoność i wielowymiarowość procesu, którego jesteśmy świadkami i uczestnikami od kwietnia 2010 r., w „Zamachu” zostaje sprowadzona do kilku klisz. A już na pewno nie ma tu nawet próby prześledzenia „narodzin narodu”, które przecież stanowiły jego efekt.

Układanka stereotypów: żałoba, trauma, terapia
Sztuka współczesna, również teatr, wielokrotnie przekonywała, że potrafi mierzyć się ze złożonością procesu żałoby. Także Jakub Skrzywanek, choćby w „Śmierci Jana Pawła II” dowodził, że ma wyczucie niejednoznaczności sytuacji granicznych. Czemu więc sprowadził ten proces do groteskowego kabaretu i kpiny z przymilnego budowania własnej kariery na trupach, co prezentuje prowadząca rocznicowe obchody w drugiej części postać, nazywana – a jakże! – Prezesem?
Przyjmuję życzliwie, że ta układanka z medialnych, memicznych stereotypów – zamach, polityka na grobach, żałoba, trauma i terapia – zbudowana jest świadomie i że świadomie zamiast dramatycznego i wielostronnego zmierzenia się z sytuacją katastrofy i jej konsekwencjami serwowany nam jest przegląd nieskuteczności znanych sposobów reagowania.
Zakładam, że Skrzywanek świadomie nie próbuje analizować ani procesu utraty i żałoby, ani sposobów rekonstruowania wspólnoty i ustanawiania nowej wizji politycznej wokół tych doświadczeń, bo pragnie z całej siły wyzwolić się spod władzy ich wszystkich i zrobić coś zupełnie innego. No właśnie...
Końcowa deklaracja Doroty Segdy może być słyszana jako odpowiednik słynnego monologu Konrada „Chcę, aby w letni dzień...” – literacko wprawdzie nieudany, ale zrodzony z równie wielkiego marzenia o uwolnieniu od tych wszystkich męczących traum. To marzenie, a nie katastrofa i jej konsekwencje, tworzy prawdziwy rdzeń spektaklu.
Problem w tym, że pojawia się ono nie – jak w „Wyzwoleniu” – jako efekt przeprowadzanego z całą ostrością i bez taryfy ulgowej wobec innych i siebie procesu konfrontacji ze współczesnością i podsuwanymi przez nią scenariuszami. Tu jest tylko deklaracją osób, które a priori „wiedzą lepiej” i przerzuciwszy serię ikon i memów o „tym kraju”, umieszczają na teatralnym portalu własny post. Można zalajkować, ale co to zmienia?
Zamach na trzy teatry
Tytuł spektaklu można czytać także dosłownie: objęcie dyrekcji Starego przez Dorotę Ignatiew i Jakuba Skrzywanka to zamach na teatr i narodowy (jako ideę), i Stary (jako tradycję). Jednak taka deklaracja jest jeszcze bardziej problematyczna. Bije z niej niemoc teatru, a właściwie – teatrów, których jest tu co najmniej kilka.
Po pierwsze – inscenizacja dramatu Wyspiańskiego, której kilkanaście minut tu pokazano, była tak okropna, że odczuwałem wręcz wdzięczność dla terrorystów, że ją przerwali. Oczywiście, zakładam życzliwie, że drapieżna kiczowatość inscenizacji i fatalna jakość aktorskich występów to świadoma stylizacja, której celem było wystawienie niemocy teatru dramatycznego we wszystkich jego wersjach. Diagnoza jest bolesna, ale niestety trafna: dawnych tekstów nikt nie rozumie, aktorzy, nawet wybitni, nie potrafią mówić wiersza, zaś reżyserzy goniący za prowokacjami tylko zagłuszają ich słowa i myśli.
To, że niemocą napiętnowany jest teatr drugi – teatr mediów, też nie dziwi i nie zaskakuje. Nawet trochę szkoda, że poświęcono temu aż tyle czasu. Bardziej zastanawia atak na teatr trzeci – a więc zjawiska i procedury, które można wiązać z tym, czym tak niedawno z powodzeniem zajmował się Jakub Skrzywanek. Wyśmiewanie i negowanie teatralnej pracy wydało mi się wręcz aktem reżyserskiej samokrytyki.
Skrzywanek, jak każdy artysta, ma prawo zmieniać nastawienia i kierunki poszukiwań. Oby tylko nie odbywało się to na drodze uproszczeń dotyczących po równo tego, co się porzuca, jak i tego, czego się szuka. A tak się tu chyba sprawy mają, bo i teatr stary, i nowy, i tradycyjny, i krytyczny są tu odgrywane w rażących uproszczeniach. Ustawiono sobie przeciwników tak, żeby łatwo było ich trafić w najsłabsze miejsce. Bez przesady, każdy z odrzucanych tu teatrów wciąż „mocne ma podstawy”.
„Zamach na Narodowy Stary Teatr” sam się udaremnił
Największy problem mam jednak z rozpalaną w finale przyszłościową alternatywą. Znowu słyszę, że Konrad powinien zejść ze sceny, a wspólnotę polską trzeba zorganizować wokół czegoś innego niż przeżywana zbiorowo katastrofa. Te postulaty stawiano już tyle razy, że może wreszcie trzeba by zauważyć, że są one oparte na niedoczytaniu i niedomyśleniu własnej tradycji.
„Teatr Konrada” (zostańmy już przy tym kryptonimie) nie jest teatrem rozpamiętywanej traumy i cierpiętniczego gestu, ale mocnego wobec nich sprzeciwu. Wyrasta z poszukiwania sensu i wartości przekraczających polityczną religię męki i ofiary. Przecież Konrad w „Wyzwoleniu” groził: „Krzyż przeklnę, Chrystus godło, gdy męką naród uwiodło!”. Zamiast unikać i umykać, czas by może był naprawdę serio wejść na drogę tego Konrada i pójść nią dalej niż tylko do kresu maturalnego bryku. Z nim trzeba porozmawiać, a nie z Prezesem i własnymi fantazjami.
Mnie też męczą masochistyczne tańce z traumami. Ale jeśli chce się rzeczywiście wyjść poza świątynię Polski umęczonej, trzeba poszukać tropów tych, którzy opuściwszy jej mury, zaszli daleko dalej, niż się wydaje. „Zamach na Narodowy Stary Teatr” sam się udaremnił. Ale przynajmniej można się z jego twórcami posprzeczać o kwestie fundamentalne.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















