Daje pani informację do świata o swoim Poczuciu Wartości. Ta informacja ma swoją jakość – emituje falę dźwiękową, którą odczuwa ciało subtelne człowieka. Ta fala dotrze dokładnie do takich ludzi, do jakich ma dotrzeć” – radzi na Instagramie internetowa ekspertka.
„Czasem myślimy, że karma to coś ciężkiego, coś, co trzeba »spłacić« – przekonuje inna. – A to nie tak. Twój ogon karmiczny to Twoje największe doświadczenie, coś, co Twoja dusza dobrze zna i potrafi wykorzystać”.
Ezoteryka w promocji
Dwie próbki ezoterycznej paplaniny, od jakiej kipią media społecznościowe, oferującej remedium na wszystkie ziemskie troski („Zapisz się na bezpłatne konsultacje online – do czwartku tylko w cenie 199,99 zł”). Nirwana, karma, joga, reinkarnacja czy samsara to tylko niektóre, ochoczo odmieniane przez przypadki hasła, rozumiane jednak na sposób odległy od swych pierwotnych – i wieloznacznych – pojęć.
Niespokojne czasy – wojen, konfliktów, autorytaryzmów politycznych – sprzyjają ucieczce w ezoterykę, która chętnie wykorzystuje wątki wschodnich tradycji religijnych. Na Zachodzie zainteresowanie nimi trwa mniej więcej od II wieku naszej ery, kiedy Klemens z Aleksandrii wspomniał wyznawców buddyzmu, wychwalając ich wpływ na myśl grecką. Nasiliło się wraz z eksploracją wschodnich krajów przez Europejczyków, by wybuchnąć na dobre z końcem XVIII wieku.
Reporter Mick Brown w książce „Nirvana Express” (wydanej w Polsce w drugiej połowie 2025 r.) pyta jednak, czy aby na pewno przywozimy stamtąd oryginalny towar i dobrze wiemy, kto go nam sprzedaje? Brown skończył swą opowieść na etapie drugiej fali orientalnej fascynacji, podczas gdy dziś mamy już do czynienia z trzecią, a może nawet i czwartą.
Dlaczego Zachód szuka duchowości na Wschodzie
Orient – ten „który jest wszystkim, czego nie mamy”, jak pisał Fernando Pessoa – utożsamiany jest w tym ujęciu przede wszystkim z Indiami. Magicznymi, bajecznymi, działającymi na wyobraźnię (trudno zliczyć, ile razy obiły się nam o uszy podobne frazesy). Tak jest od czasów pierwszych kontaktów Europejczyków z tym krajem. Czyli od starożytności.
O tym, jak łatwo było wówczas o nieporozumienie, świadczy włączenie do chrześcijańskich apokryfów historii indyjskiego księcia Jozafata, którego pierwowzorem był nikt inny, jak sam historyczny Budda Śakjamuni. A wszystko dlatego, że odkrywcy z Europy, jak Marco Polo, na bazie skojarzeń z przypowieściami z własnej tradycji religijnej uznali, że historia o Buddzie jest w istocie chrześcijańska, a ludy Wschodu przejęły ją do własnych „pogańskich” celów.
Późniejsze spotkania odbywały się w duchu orientalizmu, czyli – jak pisze Edward Said, który spopularyzował to określenie – sposobu myślenia, „opartego na ontologicznym i epistemologicznym rozróżnieniu pomiędzy »Wschodem« i (w większości przypadków) »Zachodem«”. Wieki wzajemnych kontaktów to „kulturowy metabolizm”, jak amerykański antropolog Milton Singer określił wchłanianie różnych aspektów cudzej kultury, przetrawienie ich i upowszechnianie końcowego efektu tej „przemiany materii” szerokim gronom odbiorców na Zachodzie.
Czego przykładem jest choćby koncepcja odwiecznej mądrości, której matecznikiem i ostoją są Indie, stanowiącej remedium na kłopoty mieszkańców dekadenckiego Zachodu. Mądrości dostępnej dla każdego, o ile skorzysta się z pośrednictwa depozytariuszy – wschodnich guru: mistrzów lub joginów – bądź ludzi Zachodu, którzy zdążyli poznać wiedzę bezpośrednio u źródła.
Wschód, który sprzedaje się na Zachodzie
Mick Brown przyjrzał się bliżej osobom, którym zawdzięczamy to zjawisko. Oprócz naukowców – pierwszych orientalistów, głównie brytyjskich, czy indologów, jak Max Müller, których badania nad religiami Wschodu zapoczątkowały religioznawstwo porównawcze, znajdziemy tam intelektualistów i erudytów bez kompetencji naukowych, ale za to lingwistów.
To sędzia William Jones, współzałożyciel Towarzystwa Azjatyckiego, albo sir Edwin Arnold, poeta i dziennikarz, którego osobiste zainteresowanie buddyzmem zaowocowało poematem „Światło Azji”, opowiadającym historię życia Buddy. Przetłumaczone na liczne języki dzieło zyskało olbrzymią popularność, choć z punktu widzenia orientalistów Arnold nie do końca trafnie zrozumiał sens buddyjskiej doktryny. Mało kto się jednak tym przejmował.
Tę grupę, do której zalicza się też Allan Bennett, pierwszy Anglik ordynowany na buddyjskiego mnicha, można określić jako pasjonatów, starających się – każdy na miarę własnych możliwości – najpierw zrozumieć egzotyczne dla Europejczyka doktryny i przełożyć je na rodzimy język pojęć, a później upowszechniać.
Jeśli więc nawet narobili w umysłach odbiorców nieco zamętu, to na mniejszą skalę niż pozostali samozwańczy misjonarze, zwłaszcza członkowie i sympatycy Towarzystwa Teozoficznego, wyjątkowo skuteczni jako pośrednicy w transferze na Zachód idei Wschodu. W tym przypadku jednak mocno przemielonych z wątkami okultystycznymi.
Joga i pseudonauka
Frapującą postacią jest zwłaszcza współzałożycielka Towarzystwa, Helena Pietrowna Bławatska, córka rosyjskiego arystokraty, która podczas kilkuletniej podróży po Azji i Europie rzekomo nawiązała kontakt z Mistrzami, istotami, które wskutek wyższego rozwoju duchowego posiadły nadprzyrodzone moce i przekazały jej ową mądrość, nakazując jednocześnie spełnić misję niesienia dobra ludzkości.
Wśród tych Mistrzów, twierdziła Bławatska, byli Konfucjusz, Salomon, Mojżesz i Platon, a najważniejszym, dopiero oczekiwanym, miał być Pan Majtreja, który pojawiał się już w dziejach ludzkości – raz jako Kriszna, potem jako Jezus. Teozoficzna wizja ewolucji w „królestwie ludzi” obejmowała między innymi rasy Lemurian i Atlantydów, zaś medytacyjne stany hinduskich joginów Bławatska utożsamiała z mesmeryzmem, pseudonaukową teorią upowszechnioną w Europie przez Antona Mesmera, który głosił, że cały wszechświat wypełnia siła oddziałująca w formie fluidów na rozmaite formy życia.
Eklektyzm oszałamiający. Hatha joga miesza się tam z Kronikami Akaszy, rzekomą kosmiczną encyklopedią, i tylko czekać, aż pojawią się kosmici. Wszak najwyżej w mistrzowskiej hierarchii miał stać Pan Świata, przybyły z Wenus i osiadły w Szambali, bliżej nieokreślonym królestwie utożsamianym niekiedy z Tybetem.
Można by się dziwić, że przekazom Bławatskiej dali się uwieść tacy ludzie jak Wassily Kandinsky i William B. Yeats, czy – tym bardziej – przyrodnik Alfred Russel Wallace, ale wystarczy przypomnieć powielane dziś w internecie przez rozmaite autorytety i celebrytów teorie spiskowe, by łagodniej osądzać ich poprzedników.
Choć – jak pokazuje w „Nirvana Express” Brown – wśród krzewicieli boskich prawd znalazło się zaskakująco dużo szalbierzy, pospolitych konfabulantów, furiatów czy nadprzeciętnych egocentryków, nie mówiąc już o tych, którym dziś można byłoby postawić poważniejsze zarzuty, choćby molestowania dzieci.
Wschodni guru na Zachodzie
Osobną grupą są wschodni guru, którzy mieli krzewić oryginalne idee na Zachodzie. Ich historie dowodzą, jak odmienne były to osobowości o różnych poglądach i stylach zachowania, podczas gdy entuzjaści próbowali wrzucić ich do jednego worka przekaźników ponadczasowej, uniwersalnej wiedzy.
Początkowo tylko ich odwiedzano. Dziennikarz Paul Brunton, któremu nie udało się osiągnąć sukcesu w biznesie księgarskim, pod wpływem teozofów wyruszył w podróż po Indiach w poszukiwaniu nadprzyrodzonych doświadczeń. Na podstawie spotkań z tamtejszymi „świętymi mężami”, jak Śri Ramaną, napisał książkę „Ścieżkami jogi”. Wydana w 1934 r., rozeszła się równie szybko jak wcześniej „Światło Azji” Arnolda.
Tego typu relacje z wypraw i spotkań z mieszkańcami Wschodu zaspokajały brak bezpośredniego przekazu, jako że hinduiści długo nie odwzajemniali zainteresowania ze strony Zachodu. Nie zamierzali nikogo nawracać, nie byli zainteresowani odkrywaniem innych kultur. Dopiero w XIX w., na fali renesansu indyjskiego, pojawili się pierwsi guru-aktywiści jak Swami Vivekananda, którzy uwierzyli w swą misję niesienia duchowego przesłania na Zachód.
Dopiero wtedy drogi europejskich popularyzatorów wschodnich doktryn i tamtejszych nauczycieli mogły się spotkać.
Jak zauważa prof. Agata Świerzowska w publikacji „Guru – między tradycją a nowoczesnością”, po którą warto sięgnąć jako uzupełnienie książki Browna, droga, którą przebywali guru-pionierzy, początkowo wiodła niemal zawsze przez Stany Zjednoczone, wówczas przeżywające okres fascynacji ezoteryką.
Nie bez powodu Bławatska i jej współpracownicy stworzyli właśnie tam silny przyczółek, wciągając w krąg sympatyków również gwiazdy Hollywoodu. I to właśnie tam odkrywani przez Europejczyków wschodni guru zaczynają tournée po Zachodzie, eksportując swoje idee na stary kontynent.
Egzotyczne fascynacje Zachodu
Kolejni przybysze ze Wschodu, jak Meher Baba, Jiddu Krishnamurti czy Ramana Maharishi, zaczynają służyć za przekaźniki dla tych, którzy nie mogli sobie pozwolić na podróż do źródeł oświecenia (w oryginalnych naukach mowa raczej o przebudzeniu). Jak zauważa Brown, szczególnie liczną grupę odbiorców tych zagranicznych występów stanowią zamożne panie w dojrzałym wieku, zalewające się łzami na sam widok delikatnych młodzieńców o egzotycznej urodzie.
Łatwo też o rozczarowania. Guru milczą, mówią niewiele, albo powtarzają to samo, zrażając do siebie dotychczasowych wielbicieli, zirytowanych, że muszą słuchać w kółko tych samych enigmatycznych mądrości. Wyobrażali sobie, że oświecenie będzie spektakularne, błyskawiczne i pozbawione wysiłku.
Bo właśnie do tego sprowadza się rola Wschodu, który ma być dla Europejczyka przede wszystkim użyteczny. Pozyskiwanie wiedzy ma zaś na celu najpierw podziwianie lub zdobycie magicznych mocy. Nawet jeśli wszystkie instrukcje dotyczące medytacji zalecają traktować rozwijające się niekiedy w jej trakcie paranormalne zdolności jako efekt uboczny i nie poświęcać im uwagi.
Sekta Osho i ciemna strona duchowości
Nie wszystkim gościom odpowiadało takie podejście, idealnie wpisujące się w nurt zachodniego „orientalizmu”. Jiddu Krishnamurti, odkryty przez teozofów nastolatek, ogłoszony „Nauczycielem Świata”, początkowo obwożony po Europie i Stanach Zjednoczonych niczym orientalna maskotka, miał na tyle wewnętrznej niezależności oraz – być może – zdrowego rozsądku, by w pewnym momencie zerwać związki z Towarzystwem i działać na własną rękę, podróżując po świecie i wygłaszając dziesiątki mów rocznie.
Na drodze ku duchowym prawdom, opisywanej przez Browna, roi się od ziemskich słabości zarówno wśród nauczycieli, jak i adeptów. Co było może zabawne, dopóki nie stało się groźne. Zwłaszcza gdy mowa o guru, którzy cynicznie wykorzystywali swoich wyznawców, jak Bhagwan Shree Rajneesh, którego poradniki, sygnowane imieniem Osho, królowały – i wciąż jeszcze gdzieniegdzie królują – na księgarskich półkach Europy.
Oskarżany o założenie sekty, której członkowie wykorzystywali seksualnie nieletnich, uzależniony od środków psychoaktywnych, miłośnik luksusu, zwłaszcza drogich zegarków i rolls-royce’ów, nazywany jest w książce Browna „ostatnim wielkim guru”. Autorytarnie zarządzana wspólnota, wstrząsana konfliktami wewnętrznymi, rozpadła się, a jej przywódca wrócił do Indii po tym, jak amerykański sąd zakazał mu przebywania w USA, skazując na dziesięć lat więzienia w zawieszeniu.
„Klęska jego marzeń o stworzeniu raju na ziemi przebudziła Zachód ze snu o Indiach jako repozytorium ezoterycznej mądrości i obietnicy oświecenia” – pisze Brown, twierdząc, że choć pojawiają się wciąż kolejni guru, z pewnością nie będzie już ich tak wielu. Czy aby na pewno?
Gdzie kończy się dobra praktyka
Książka Browna pojawia się w Polsce w czasie, gdy coraz częściej pisze się i mówi o ciemnych stronach szeroko pojmowanej ideologii wellness, do której można zaliczyć również pseudoorientalne duchowe praktyki. Nie znaczy to jednak, że wszystko, co pochodzi ze Wschodu, jest bezwartościową bzdurą.
Gdyby nie propagatorzy tamtejszej filozofii, nawet nieudolni, nie mielibyśmy pewnie dziś „Orkiestry Klubu Samotnych Serc Sierżanta Peppera” i „Białego Albumu” Beatlesów, „Nowego Wspaniałego Świata” Huxleya i wielu innych dzieł kontrkultury lat 60. XX wieku.
Wiem, że hatha joga w nurcie Iyengara, którą praktykuję od lat, jest fuzją wiedzy z „Jogasutr” i pozycji gimnastyki szwedzkiej, włączonych do nowoczesnego projektu jogi z początkiem XX wieku przez wspomnianego już Vivekanandę pod wpływem międzynarodowego ruchu kultury fizycznej.
Ale czy ma to jakieś znaczenie, skoro same praktyki pomagają utrzymać formę? Wręcz przeciwnie, byłoby świetnie, gdyby książka Micka Browna obudziła chęć sięgania do wiarygodnych źródeł dotyczących duchowych tradycji Indii. I gdyby zaowocowała lekturą także książek naukowych, przybliżających pojęcia, które tylko na pozór wydają się proste i przekładalne na język europejskiej filozofii, nie mówiąc o popkulturze.
Mick Brown, NIRVANA EXPRESS. MISTYCY, OSZUŚCI I POSZUKIWANIE OŚWIECENIA,
przeł. Barbara Gutowska-Nowak, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, 2025

„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















