Jak to jest być kobietą w rockowym zespole?”, „Jak łączysz ze sobą granie i macierzyństwo?”, „Jak wytrzymujesz w zespole z samymi mężczyznami?” – na takie i podobne pytania przez 30 lat musiała odpowiadać Kim Gordon.
Robiła to często, bo współtworzona przez nią grupa Sonic Youth przez trzy dekady cieszyła się niesłabnącą popularnością. Fakt, że muzyka amerykańskiej grupy była głośna – pełna sprzężeń i dysonansów, tylko podbijał zainteresowanie obecnością basistski i wokalistki.
Choć co najmniej od drugiej połowy lat 80., kiedy to ukazały się kultowe albumy Sonic Youth, Gordon powinien przysługiwać status rockowej ikony, wciąż musiała odpowiadać na pytania wiążące jej płeć z muzyką, jaką wykonuje. Tak jakby za każdym razem musiała potwierdzać, że to miejsce na scenie naprawdę należy do niej.
Dlatego też swoją autobiografię artystka zatytułowała przewrotnie „Dziewczyna z zespołu” (na język polski przełożył Andrzej Wojtasik). Gordon nie pastwi się w niej jednak nad dziennikarzami. Przeciwnie, w tym onieśmielająco szczerym wyznaniu odpowiada z nawiązką na pytania, które tak bardzo ich nurtują.
Pisze nie tylko o tym, jak to jest być „rockową mamą”, ale także – a może przede wszystkim – jak to jest być żoną rockmana. A w zasadzie – byłą żoną.
Przy okazji swoich kwietniowych koncertów w Polsce Kim Gordon najpewniej nie będzie musiała odpowiadać na te sztampowe pytania. Nie tylko dlatego, że wyczerpujących odpowiedzi udzieliła we wspomnianej autobiografii. Po prostu od czasu bolesnego końca Sonic Youth występuje solo.
Historia Sonic Youth: nietypowy zespół rockowy
Zespoły się rozpadają. Muzycy się wypalają, kłócą o pieniądze, a ich artystyczne wizje zaczynają się rozmijać. Każdy fan zdaje sobie z tego sprawę. A jednak koniec Sonic Youth przyprawił rzeszę słuchaczy o potężnego kaca. Po pierwsze dlatego, że rozpadł się zespół-instytucja.
W ciągu trzydziestu lat Sonic Youth nagrali piętnaście albumów, wśród których trudno byłoby wskazać taki naprawdę rozczarowujący. To wyjątkowe osiągnięcie na tle innych popularnych rockowych zespołów, które pod wpływem oczekiwań fanów i ograniczonych środków wyrazu na pewnym etapie zwykle włączają tryb autopilota.
Tyle, że Sonic Youth nigdy nie byli typowym rockowym zespołem. Wystarczy przyjrzeć się jego założycielom: gitarzysta i wokalista Lee Ranaldo zaczynał jako współpracownik awangardowych kompozytorów Rhysa Chathana i Glenna Branki; drugi gitarzysta i wokalista Thurston Moore był typem geeka zakochanego po uszy nie tylko w historii punk-rocka, ale także chociażby muzyki improwizowanej; wreszcie Kim Gordon, która zanim sięgnęła po gitarę basową zajmowała się raczej sztukami wizualnymi.
Ta ich erudycja kształtowała twórczość Sonic Youth na wiele sposobów. Przyjaźnie Gordon zaowocowały kultowymi okładkami albumów, jak w przypadku „Goo”, na której znalazł się rysunek Raymonda Pettibona czy „Daydream Nation”, które zdobi praca samego Gerharda Richtera.
Te szerokie horyzonty znajdowały odzwierciedlenie także w tekstach zespołu czy chociażby na wyjątkowo eksperymentalnej płycie „NYC Ghosts & Flowers”. Przy czym nie towarzyszyła temu nigdy pretensja, aura akademickości. Sonic Youth po prostu grali swoje. W ich piosenkach raz przeważały melodie, raz dysonanse, ale to wszystko odbywało się jakoś naturalnie i niezależnie od mód.
Choć przecież warto zaznaczyć, że w latach 90. znaleźli się w centrum zainteresowania za sprawą uwielbienia, jakim darzyli grupę twórcy grunge’u. Wdzięczni weterani zabrali nawet w europejską trasę zespół Nirvana, który dosłownie miesiąc później wydał słynne „Nevermind” i zmienił rynek muzyczny na lata.
Jednak to nie utrzymujący się przez lata wysoki poziom artystyczny zespołu sprawił, że wiadomość o jego rozpadzie była takim wstrząsem dla fanów rockowej alternatywy. Sonic Youth nie tylko inspirowali kolejne wspaniałe zespoły swoimi dysonansowymi piosenkami, ale także funkcjonowali jako najfajniejsi wujkowie i ciocie sceny niezależnej – wyluzowani, ale godni zaufania; grający od zawsze, ale też uwielbiani przez młodszych, modniejszych artystów.
W centrum tej opowieści znajdowało się idealizowane przez fanów małżeństwo Kim Gordon i Thurstrone’a Moore’a. Informacja o końcu Sonic Youth, a także późniejsze doniesienia na temat powodów rozstania pary muzyków (stara jak świat historia o kryzysie wieku średniego i młodszej kochance) sprawiły, że to, co miało być skałą, okazało się ledwie fasadą.
Kariera Kim Gordon: nie tylko muzyka
Koniec zespołu, choć dramatyczny, dał każdemu z muzyków szansę na realizację planów, które do tej pory musiały ustępować harmonogramowi, które narzucało im Sonic Youth. Najwięcej możliwości miała przed sobą Kim Gordon, która przecież wcale nie planowała zostać muzykiem.
W młodości najbardziej pociągały ją sztuki wizualne i performatywne. Choć znaczną część dzieciństwa spędziła w Los Angeles, rodzice przekonywali ją, że nie warto interesować się showbiznesem. W jej domu, owszem, nie brakowało pieniędzy, ale przeważały książki i naukowe magazyny. Ojciec Kim – Calvin Wayne Gordon – był profesorem socjologii na UCLA. Przyjął tę posadę dopiero wówczas, gdy władze uczelni zezwoliły jego dzieciom na naukę w Lab School, progresywnej, przyuniwersyteckiej szkole. Takie miejsca potrafią nadać kierunek życiu.
I rzeczywiście, Gordon nie bała się poszukiwać, eksperymentować, zmieniać miasta i uczelnie. Przy czym, jak twierdzi w swojej autobiografii, ani przez chwilę nie miała wątpliwości, co do obranego przez siebie azymutu na sztukę. Uczyła się więc na York University w Toronto i na Otis Art Institute w Los Angeles. Malowała minimalistyczne obrazy, tańczyła, eksperymentowała jako filmowiec pod okiem związanego z ruchem fluxus George’a Manupeliego i analizowała kalifornijską architekturę podczas wycieczek z konceptualistą Johnem Knightem.
Przede wszystkim jednak poznawała ludzi. Na przykład Larry’ego Gagosiana, jednego z najbardziej wpływowych marszandów świata, który wówczas sprzedawał jeszcze na ulicy wątpliwej jakości druki prac popularnych artystów. Kiedy kilka lat później bohaterka tego tekstu przeprowadziła się do Nowego Jorku, załatwił jej pracę w prestiżowej galerii.
Inna postać świata sztuki, artysta wizualny i meloman Dan Graham, zaprosił Gordon do wzięcia udziału w jego muzycznym performansie „Performer / Audience / Mirror”. Choć powołane przez artystę żeńskie trio dało tylko jeden koncert, trudno przecenić jego wpływ na muzykę rockową. To właśnie występująca w nim Miranda Stanton przedstawiła Gordon swojemu przyjacielowi, Thurstonowi Moore’owi.
Następne trzydzieści lat Kim Gordon poświęciła przede wszystkim zespołowi i rodzinie, ale przecież i wówczas starała się znaleźć czas na inne swoje zainteresowania. Wystawy jej prac lub pojedyncze instalacje artystyczne można było oglądać w galeriach w Tokio, Eindhoven czy Goteborgu.
Artystka zagrała też w „Ostatnich dniach” Gusa Van Santa, a ponadto wraz z Daisy von Furth powołała modową markę X-girl. Choć przyjaciółki zajmowały się nią po godzinach, to właśnie sprzedaż udziałów w tej firmie – a nie dziesiątek tysięcy płyt – pozwoliły Gordon za zakup wymarzonego domu w Massachusetts.
Kim Gordon i Justin Raisen: zupełnie nowe brzmienie
Fani muzycznej działalności Kim Gordon mogli więc mieć obawy, że wraz z końcem Sonic Youth artystka weźmie rozbrat z muzyką i wróci do swojej pierwszej pasji. W jakimś stopniu tak się stało, w ostatnich kilkunastu latach artystka jest bardziej aktywna na polu sztuk wizualnych.
Na szczęście nie oznacza to wcale, że zeszła ze sceny. Mało tego jej solowy muzyczny dorobek wydaje mi się najciekawszy spośród wszystkiego, co nagrywają byli członkowie Sonic Youth. Może dlatego, że jest po prostu najbardziej zaskakujący. Wydane dwa lata po rozpadzie grupy „Coming Apart” – debiut zespołu Body/Head, który Gordon zawiązała z gitarzystą Billem Nace’em, wydaje się jeszcze naturalnym rozwinięciem jej wcześniejszych poszukiwań.
Płytę rozpoczyna utwór „Abstract” i rzeczywiście to muzyka bardziej abstrakcyjna niż nagrania Sonic Youth i bardziej też statyczna, bo nagrywana bez udziału sekcji rytmicznej. Z drugiej jednak strony duet generuje dysonanse i ściany dźwięku dobrze znane fanom Sonic Youth.
Takie podobieństwa trudniej wykazać w przypadku solowych wydawnictw Gordon, które zapoczątkowało wydane w 2019 r. „No Home Record”. Dość powiedzieć, że od tego czasu głównym współpracownikiem rockowej ikony stał się Justin Raisen – producent współpracujący z gwiazdami nowego popu, takimi jak Charlie XCX czy Sky Ferreira.
W duecie z Gordon eksplorują oni zupełnie inne rejony. Artystka w wywiadach sama zwraca zresztą uwagę na swoje wokalne ograniczenia, które od zawsze sprawiały, że częściej mówiła, podśpiewywała, krzyczała niż prowadziła melodie. Naturalnie więc ciągnie ją w stronę muzyki silnie zrytmizowanej.
Tym bardziej, że od dawna miała przecież słabość do hip-hopu, o czym świadczy chociażby zaproszenie Chucka D z Public Enemy na płytę „Goo” czy wieloletnia przyjaźń z członkami Beastie Boys. Z płyty na płytę Gordon oddala się więc od rockowej estetyki, szukając swojego miejsca w trip-hopie, dubie, a nawet trapie. W utworze „BLACK OUT” z tegorocznej płyty „Play Me” jej frazowanie momentalnie kojarzy mi się z nagraniami artystów pokroju 21 Savage, co na mój gust jest szyte zbyt grubymi nićmi.
Kogo nie lubi Kim Gordon
Ale niewykluczone, że taki też zamysł stał za „Play Me” – płytą, która zamiast niuansować woli podważać, obśmiewać, kontestować. Jak w utworze tytułowym, w którym artystka wyśpiewuje generyczne nazwy kolejnych streamingowych playlist. Wydaje się, że zachęca nas do ich słuchania, dodając: „feel free” – a przecież w ten sposób świetnie wygrywa dwuznaczność przymiotnika rozpiętego pomiędzy „wolnym” i „darmowym”.
Na swojej najnowszej płycie Gordon obśmiewa również z amerykańskich polityków, szefów big-techów. W „DIRTY TECH” wyobraża sobie, że jej następnym szefem jest sterowany sztuczną inteligencją bot. Nakłania go, żeby mówił do niej sprośne technologiczne rzeczy.
W końcu jako atrakcyjna asystentka, kuratorka, artystka zdążyła się przyzwyczaić, że tak mówią ludzie u władzy. I chyba z tego bierze się siła nowej płyty Gordon – doświadczenia i ciekawości świata, humoru i wigoru. Kiedy przy akompaniamencie ciężko przesterowanego bitu pyta: „Chcesz polecieć na Marsa i dalej co?”, trudno nie przyznać, że – niezależnie od tego, co stało się z wujkiem – ciocia jest wciąż najfajniejsza.
Artystka zagra dwa koncerty: 20 kwietnia we Wrocławiu (Centrum Koncertowe A2) oraz 21 kwietnia w Warszawie (Klub Progresja).
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















