Punkt wyjścia wydaje się oczywisty – żyjemy na cmentarzach. Ale powstał o tym film bez tezy, będący raczej próbą zmapowania niż przyszpilenia problemu. Dlatego dokument Kingi Michalskiej ma strukturę eseistyczną, mozaikowo-meandryczną, i nie należy do łatwych w odbiorze.
Wiele tutaj wątków, które widz musi sam sobie pokojarzyć i jakoś poskładać. Chodzi bowiem o dysonans, jaki wywołują miejsca związane z Zagładą, gdzie dziś toczy się normalne życie. Bo jak w takich miejscach kultywować pamięć o przeszłości i jednocześnie nie dać się jej przytłoczyć?
Życie w cieniu Zagłady
Na mapie stworzonej przez reżyserkę, prócz dobrze znanych adresów (Oświęcim, Szczuczyn, Jedwabne…) pojawiają się lokacje mniej oczywiste, jak choćby Sieniawka i tamtejszy szpital psychiatryczny „z przeszłością” czy Starachowice, gdzie kilka lat temu budowa drogi szybkiego ruchu odsłoniła szczątki ofiar hitlerowskiego obozu pracy. Przewodnikiem po tej niełatwej podróży są ci, którzy dbają o to, ażeby tego rodzaju odkrycia należycie zabezpieczyć i uszanować.
Nie ma w tym filmie oskarżeń, że często traktujemy zbiorową pamięć wybiórczo i plemiennie. O przeszłości mówią tu muzealnicy, archiwiści, lecz także kibice drużyny piłkarskiej „Iskra Brzezinka”, a w jednej z mocniejszych scen polska rodzina sprzecza się przy stole o jedwabieńską stodołę. Są to głównie potomkowie świadków Zagłady i mimo że wypytuje się ich o sprawy dla nich niełatwe (jak się tu żyje?, czy miewają koszmary?), trudno dopatrzyć się u wszystkich syndromu oblężonej twierdzy.
Weźmy jednak poprawkę na to, że przed kamerą stanęli przede wszystkim ci, którzy mówić chcieli i ci, którzy zaufali reżyserce, a ona tego zaufania nie nadużyła. Właśnie to odróżnia „Pod powierzchnią” od głośnego „Shoah” Claude`a Lanzmanna - Michalskiej obce są prowokacje i manipulacje. Studzi to z pewnością temperaturę filmu, ale zwiększa jego uczciwość, tak istotną w czasach zniekształcania czy politycznego instrumentalizowania historii.
Film jest debiutem polskiej artystki wizualnej mieszkającej na co dzień w Montrealu i, co znaczące, jest produkcją kanadyjską (kilka lat temu raczej nie doczekałby się publicznego finansowania w Polsce).
Film bez oskarżeń, ale z niewygodnymi pytaniami
Michalską bardziej interesuje zderzanie ze sobą scen i poszczególnych obrazów niż klasyczna dramaturgia dokumentalna. Zaś operatorka Hanna Linkowska wiele uwagi poświęca samym miejscom, w szczególności pustym pejzażom, czym wywołuje skojarzenia z poholocaustowym malarstwem Wilhelma Sasnala. Obie wiedzą też, że nie wszystko można (i trzeba) na ekranie pokazywać, nie tylko ze względu na przepisy judaistyczne związane z pochówkiem.
Najwięcej emocji może wzbudzać osadzenie filmu w szerszym kontekście współczesnym, zwłaszcza kryzysu migracyjnego. Kiedy Becky Q, gwiazda burleski mieszkająca na Muranowie, wdaje się w rozmowę z algierskim taksówkarzem, nie ma w tym nic kontrowersyjnego – panuje wręcz wzajemne zrozumienie dla bolesnych doświadczeń historycznych obu stron.
W pewnym jednak momencie reżyserka idzie jeszcze dalej, a konkretnie w stronę białoruskiej granicy, gdzie las pamiętający egzekucje na Żydach znowu stał się cmentarzem. To zestawienie, dla jednych bluźniercze, dla innych politycznie podejrzane, w tym akurat dokumencie, zbudowanym z luźnych asocjacji, broni się.
Zresztą wiele punktów zapalnych zostało w nim pokazanych na spokojnie, bez sensacji czy brutalnych konfrontacji, aczkolwiek oryginalny tytuł filmu, „Bedrock”, przypomina, że nie chodzi wyłącznie o „podłoże skalne” rozumiane w znaczeniu geologicznym czy archeologicznym. To angielskie słowo oznacza też „istotę sprawy”, wiadomo zatem, że pamięć, od której i tak nie da się uciec zbyt daleko, dotyczy nie tylko przeszłości.
„POD POWIERZCHNIĄ” („Bedrock”) – reż. Kinga Michalska. Prod. Kanada 2025. CANAL+, vod.mdag.
„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















