Skąd wziął się Reksio, Baltazar Gąbka oraz Bolek i Lolek?

Patryk Oczko, historyk sztuki: Studio Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej testowało różnych bohaterów – profesora Filutka, Koziołka Matołka, gąskę Balbinkę. Nikt jednak nie mógł się mierzyć z Bolkiem i Lolkiem.
Czyta się kilka minut
„Reksio Kompozytor”, 1979 r., reż. Józef Ćwiertnia, oprac. plast. Lechosław Marszałek // Studio Filmów Rysunkowych
„Reksio Kompozytor”, 1979 r., reż. Józef Ćwiertnia, oprac. plast. Lechosław Marszałek // Studio Filmów Rysunkowych

BEATA CHOMĄTOWSKA: Oglądał Pan w dzieciństwie kreskówki z bielskiej wytwórni?

PATRYK OCZKO: Oczywiście. W tamtym czasie w ramach „Dobranocki” emitowane były np. „Podróże kapitana Klipera”. Ale musiały się pojawiać i serie wcześniejsze, bo mam np. wrażenie, że „Wyprawę profesora Gąbki” znam od zawsze. I uwielbiam. Choć dziś ta lista ulubionych jest długa. Miałem też doświadczenie, które chyba można nazwać pokoleniowym, czyli szkolny wyjazd na pokazy w Studiu Filmów Rysunkowych. Wtedy wszyscy tam jeździli.  

Centrum Bajki i Animacji OKO // Fot. SFR / materiały prasowe

Zazdroszczę! To chyba bardziej doświadczenie dzieci z rejonu Bielska-Białej. U nas w Krakowie były raczej wyjazdy do kopalni w Wieliczce. 

No tak, możliwe – pochodzę z tamtych okolic.

A kiedy pojawił się pomysł napisania monografii pokazującej historię i dorobek bielskiego Studia? 

Jestem historykiem sztuki, interesowałem się naukowo środowiskiem bielskich artystów plastyków. Stopniowo ten temat zaczął mi się łączyć w jedną historię ze środowiskiem tamtejszych filmowców, choćby poprzez osobę Jerzego Zitzmana, malarza, scenografa, twórcy i wieloletniego dyrektora Teatru Lalek Banialuka w Bielsku-Białej, który stworzył w bielskim Studio 21 filmów animowanych, głównie wycinankowych. Potem odkryłem, że twórcami opracowań plastycznych do filmów byli i inni znakomici artyści, tacy jak np. Eryk Lipiński czy Jerzy Srokowski. Temat Studia Filmów Rysunkowych całkowicie mnie wciągnął. Z tej fascynacji wpierw powstał doktorat, a potem wspomniana książka. 

Zatytułowana „Nie tylko dla dzieci”, a więc akcentująca inne aspekty działania bielskiej wytwórni niż te, z którymi najbardziej ją kojarzymy. 

Moje pojmowanie działalności bielskiego Studia też długo było dość stereotypowe, chyba jak u każdego, kto ma z nim wspomnienia z dzieciństwa. Dopiero gdy zacząłem świadomie interesować się sztuką, odkryłem inne, równorzędne płaszczyzny jego działalności. Bo choć najbardziej znane jest właśnie z serii rysunkowych, równolegle powstawały w nim też filmy artystyczne, przeznaczone dla dorosłych widzów. Przede wszystkim filmy wycinankowe. 

Na czym polegała ta technika?

W dużym skrócie: animacja rysunkowa jest bardzo pracochłonna, wycinankowa zdecydowanie mniej. Co nie oznacza jednak, że jest łatwiejsza. Na jedną sekundę filmu animowanego przypadają 24 klatki taśmy filmowej. W wycinance zamiast setek malowanych celuloidowych plansz operator wykonywał zdjęcia wycinankowych bohaterów bezpośrednio animowanych pod kamerą. W ten sposób w procesie produkcji nie musiał uczestniczyć cały sztab pracowników wytwórni – przede wszystkim animatorów i fazistów. W procesie kreowania ruchu brał udział sam reżyser, niejednokrotnie będący też twórcą projektów plastycznych, oraz operator kamery. 

W ten sposób filmy wycinankowe nabierały często charakteru indywidualnych wypowiedzi artystycznych. Za to właśnie wielu twórców „wycinankę” bardzo ceniło. Niektórzy artyści wręcz się w tej technice wyspecjalizowali, jak wspomniany Jerzy Zitzman czy Mirosław Kijowicz. Powstało wtedy sporo ciekawych wypowiedzi artystycznych, podejmujących różnorodną tematykę. Zagadnieniami zagrożeń cywilizacyjnych zajął się Zdzisław Kudła. To były w tamtym czasie pionierskie działania. Świetnymi przykładami są tu „Bruk” i „Szum lasu”. Były filmy, które próbowały opisywać krytycznie ówczesny system, jak „Sztandar” Mirosława Kijowicza, w którym jeden nieposłuszny mężczyzna odmawia udziału w pochodzie, ale ostatecznie zostaje do tego przymuszony. 

„Makatka V", reż. Andrzej Czeczot // Studio Filmów Rysunkowych

W latach 70. wiele filmów dotykało sfery obyczajowości. Celował w tym Andrzej Czeczot. Na przełomie lat 70 i 80. zrealizował tam słynne „Makatki” – cykl krótkich form filmowych opartych na tytułowych dekoracyjnych tkaninach ze śląskich domów. Marian Cholerek eksplorował często tematykę męsko-damską, przy czym akurat on posługiwał się techniką rysunkową. W moich badaniach bardzo pomocne okazały się rozmowy z twórcami i bardzo dobra współpraca z samym Studiem, które było pod tym względem bardzo otwarte – umożliwiło mi przegląd filmów, które wtedy nie były dostępne w formie cyfrowej, oglądałem je na specjalnych stołach, na archiwalnych taśmach. W takiej właśnie postaci wciąż było wiele filmów o charakterze edukacyjnym czy instruktażowym, realizowanych na zamówienie zakładów przemysłowych.

Są wśród nich takie, które warto dziś obejrzeć? 

Oczywiście. Na przykład filmy o tematyce BHP Zdzisława Kudły. Albo związane z profilaktyką zdrowotną filmy antyalkoholowe i antynarkotykowe, realizowane w latach 80. przez Jana Petryszyna. Z perspektywy samych twórców nie miały one ambicji artystycznych, ale teraz, po latach, możemy patrzeć na nie zupełnie inaczej. Cechuje je często znakomite opracowanie plastyczne. Wdzięcznym przykładem jest powstała w 1959 r. produkcja dokumentalna „Na szlakach Beskidu Śląskiego”, która miała promować region. Dziś ogląda się ją z zainteresowaniem, bo pokazuje między innymi wędrówkę po tamtejszych schroniskach, które w większości wyglądają już zupełnie inaczej, ówczesny stan przyrody, inne realia epoki – jak stroje czy sprzęt turystyczny. Warte uwagi są wreszcie filmy doby socrealizmu. Choćby „A-1”, debiut reżyserski Władysława Nehrebeckiego, rysunkowy film, w którym głównym bohaterem jest stary traktor, wspominający lata swojej młodości. Ewidentnie zaangażowany ideologicznie, a jednak już w samym pomyśle, żeby bohaterem uczynić gadającą maszynę, jest coś nowatorskiego. Albo film Zdzisława Lachura „Ich ścieżka” – rozgrywająca się we Wrocławiu historia miłości dwojga młodych ludzi z Wystawą Ziem Odzyskanych w tle. Bardzo możliwe zresztą, że powstawał już z myślą o zaistnieniu w mieście, do którego z końcem lat 40. miało przenieść się Studio.   

Władysław Nehrebecki, twórca „Bolka i Lolka” // Studio Filmów Rysunkowych

Właśnie, bo tego wszystkiego mogłoby w Bielsku nie być, gdyby nie słynna przesiadka na dworcu. 

Taka jest anegdota, która weszła do oficjalnej historii Studia. Ekipa złożona z kilku tworzących je filmowców, ze Zdzisławem Lachurem na czele, miała jechać jesienią 1948 r. do Wrocławia pociągiem z Wisły, gdzie mieściła się wtedy jego siedziba. Bezpośredniego połączenia nie było, przesiadkę mieli w Bielsku. Na tamtejszym dworcu spotkali wówczas znajomego – Zdzisława Kowalika, który zajmował się wtedy przydzielaniem mieszkań w Bielsku. To on miał przekonać ich, że nie warto jechać dalej, skoro może im załatwić w tym mieście siedzibę. 

Możliwe, że było coś na rzeczy; kontakty rzeczywiście odgrywały wówczas ważną rolę. Pierwsze lata funkcjonowania Eksperymentalnego Studia Filmów Rysunkowych, bo taka była jego początkowa nazwa, później zmieniana, są jednak trudne do rozpoznania w pełni: brakuje źródeł i bezpośrednich świadków historii, bo ci już odeszli. Sam miałem i tak sporo szczęścia, że udało mi się porozmawiać z tymi najstarszymi, np. z Leszkiem Kałużą. W Bielsku rozpoczynał też Witold Giersz – słynny malarz ekranu – wciąż aktywny twórczo. Bardzo cenne były relacje dyrektorów Studia – Zdzisława Kudły i Andrzeja Orzechowskiego. Zdzisław Kudła, rocznik 1938, który pracował w Studiu w latach 1963-2010,  jest nadal aktywny, cały czas tworzy, niedawno byłem na wernisażu jego wystawy w bielskiej galerii ZPAP. 

Pracownicy Studia tworzyli w Bielsku w czasach PRL rozpoznawalne środowisko?

Na pewno tak. Brali udział w plenerach i wystawach zbiorowych, np. w Pawilonie Plastyków – dzisiejszej Galerii Bielskiej BWA. Wiele było sytuacji integrujących – łączyły ich też wspólne „zakładowe” wyjazdy górskie, różne wieczorki, imprezy – specyfika czasów. Do dziś pozostała po tym dokumentacja fotograficzna. Mieszkańcy Bielska-Białej odbierali wytwórnię jako studio państwowe zależne od centrali, zakład, który dawał miejsce pracy. Jeśli chodzi o władze miasta, to te nie za bardzo z początku wiedziały, co z potencjałem Studia zrobić. 

Z jednej strony miejscowa prasa chwaliła osiągnięcia twórców, pojawiały się nagłówki o „bielskim Disneylandzie” czy „bielskiej fabryce snów”, co stanowiło oczywiście reklamę miasta, ale jeszcze w latach 50. ludzie skarżyli się, że filmów produkowanych przez Studio nie można obejrzeć w bielskich kinach. To się jednak dość szybko zmieniło, Studio udostępniało swoje zestawy filmowe. Z potencjału wytwórni zaczęły też korzystać zakłady pracy – zamawiano przykładowo wspomniane filmy użytkowe o charakterze instruktażowym. Tematem bywała np. obsługa maszyn włókienniczych. Pamiętajmy, że miasto było w tym zakresie potęgą.

Bolek z Lolkiem przyszli na świat właśnie w Bielsku-Białej? 

Tak, 1963 rok był przełomowy dla Studia. To wtedy powstał pierwszy odcinek serii – „Kusza”. Próby stworzenia serii podejmowano już wcześniej, testowano różnych bohaterów – profesora Filutka, Koziołka Matołka, gąskę Balbinkę – ale żaden nie przyjął się na tyle, by rozwinąć się do postaci pełnej 13-odcinkowej serii. Zaś „Bolek i Lolek” okazali się sukcesem. Za pierwszą serią poszły kolejne. Trzeba podkreślić, że powstanie serii miało ścisły związek z rozwojem telewizji. 

W latach 1963-1986 zrealizowano w sumie ponad 180 odcinków. Szybko jednak ruszyły procesy sądowe o ustalenie ojcostwa chłopaków – już w połowie lat 70. XX wieku. Ostatecznie za twórców projektów plastycznych Bolka i Lolka uznano Alfreda Ledwiga, Leszka Lorka i Władysława Nehrebeckiego, przy czym jednoznaczne ustalenie wkładu poszczególnych twórców nie jest możliwe. Animacja to niezwykle złożona dyscyplina. Za autora postaci w kontekście literackim i filmowym uważany jest Władysław Nehrebecki. Inspiracją dla niego byli dwaj synowie. Ale nie tylko. Nehrebecki fascynował się parami bohaterów filmowych – Flipem i Flapem, Patem i Pataszonem, Szczepciem i Tońciem. To właśnie Nehrebecki zyskał miano „ojca” Bolka i Lolka. Ta seria to swoisty fenomen, „koło zamachowe” rozwoju wytwórni. 

Fenomenem był chyba też oddolny charakter inicjatywy utworzenia Studia?

Absolutnie, to byli pasjonaci, którzy próbowali coś zrobić na własną rękę, nie zważając na realia, w których żyli. Zdzisław Lachur, założyciel i pierwszy kierownik wytwórni, wspominał, że jeszcze przed II wojną światową oglądał „Królewnę Śnieżkę” Disneya w kinie i zamarzył sobie, by robić takie filmy dla polskich dzieci. Podobną historię opowiadał Władysław Nehrebecki. Pierwotnie, w 1947 r., działali w strukturach katowickiej „Trybuny Robotniczej” – niezbyt odpowiednie miejsce do realizacji takiego przedsięwzięcia, można by rzec: nie ta bajka. Długo szukali swojego miejsca, przez pewien czas funkcjonowali na zasadach spółdzielni pracy. Nazywali się wtedy Zespół Produkcyjny Filmów Rysunkowych „Śląsk”. Byli po prostu pionierami. Uczyli się na bazie własnych doświadczeń. Eksperymentowali, czerpiąc wzorce z taśm disneyowskich, ale też ówczesnych animacji radzieckich. 

Bardziej zaawansowane etapy produkcji odbywały się początkowo w Łodzi, która dysponowała technicznym zapleczem. W 1948 r. osiedli w Bielsku, ale nim trafili do obecnej siedziby przy ul. Cieszyńskiej 24, mieli dwie przeprowadzki. Na początku lat 50. weszli w struktury kinematografii. Pod nazwą Oddział Filmów Rysunkowych działali w ramach Wytwórni Filmów Fabularnych w Łodzi.  W 1956 r. usamodzielnili się i przyjęli wreszcie obecną nazwę – Studio Filmów Rysunkowych. Zaczęli „wrastać” w kontekst miejsca. Zaczęły się też tworzyć artystyczne powiązania. Przykładowo w połowie lat 50. Studio zaczęło sięgać głównie po plastyków ze środowiska bielskiego. Tak jak wspomnieliśmy, stawało się też miejscem pracy dla Bielszczan.

Gdzie można było oglądać powstające w Bielsku-Białej filmy?

Początkowo, do przełomu lat 50. i 60. pokazywano je w kinach. Zwykle – jak możemy zobaczyć na zachowanych plakatach z tamtego okresu – pokazywano je w zestawach, tzw. programach składanych. Były one przeznaczone głównie dla dzieci, tak jak większość ówczesnej produkcji. Zwykle po dwa filmy rysunkowe i jednym kukiełkowym lub odwrotnie. Na początku lat 60. istotnym kontrahentem stała się telewizja. Tak jak wspomniałem, serie tworzono już z myślą o niej. Zasadnicze znaczenie miała tu „Dobranocka”, która sprawiała, że kreskówkowi bohaterowie gościli w dziecięcym świecie codziennie o tej samej porze – dziś rzecz nie do pomyślenia, kiedy jest tyle alternatyw. Trafiali też za granicę, zyskując popularność niemal na całym świecie. Sprzedaż kreskówek była ważnym źródłem dewiz. 

Wielka podróż Bolka I Lolka, 1977, reż. Władysław Nehrebecki, Stanisław Dülz // Studio Filmów Rysunkowych

Z Reksiem, kolejnym słynnym bohaterem, nie było takiego zamieszania jak z Bolkiem i Lolkiem?

Podejście do Reksia było zupełnie inne. To seria o charakterze autorskim. Lechosław Marszałek stworzył pierwszy odcinek w 1967 r., przy czym... to początkowo nie miała być seria. Powstała ona wraz z sukcesami kolejnych filmów. Marszałek chciał zakończyć na czterech odcinkach. Ostatecznie, w latach 1967-1990, powstało ich ponad 60. Trzeba zaznaczyć, że w proces realizacji Marszałek włączał wyłącznie twórców zaufanych. Można tu pokusić się o pewne porównanie: „Bolek i Lolek” są bardziej różnorodni, zaś Reksio niewiele się zmieniał – z wyjątkiem pierwszego filmu „Reksio poliglota”, jeszcze bardzo oszczędnego i dość surowego pod względem plastycznym. Dopiero od kolejnego filmu widać tę charakterystyczną, dopieszczoną kreskę, jaką szkicowany jest piesek i reszta rysunkowych postaci. 

„Reksio Poliglota”, 1967 r., reż. Józef Ćwiertnia, oprac. plast. Lechosław Marszałek // Studio Filmów Rysunkowych

Realizacja filmu animowanego była niezwykle złożona, więc praca w bielskim Studiu Filmów Rysunkowych musiała być mocno zespołowa. Ile osób angażował taki film? Ilu pracowników liczyło Studio?

Liczba zespołu produkcyjnego była zależna od stopnia trudności produkcji. Podobnie jeśli chodzi o czas realizacji – zwykle było to kilka miesięcy – od czterech do sześciu. Na początku, w 1947 r., w Katowicach zespół liczył blisko 20 osób. W Bielsku-Białej liczba pracowników zaczęła zdecydowanie wzrastać – pod koniec 1950 r. wynosiła 40, w połowie tej dekady 70, na początku lat 60. ponad 90 i ponad 160 w latach 70. To był rekord. Najbardziej liczne grupy w ramach zespołu tworzyli faziści, animatorzy i malarki. Nieprzypadkowo używam feminatywu, bo etap tworzenia wypełnień kolorystycznych na celuloidach wykonywały właśnie kobiety. Kluczową rolę w procesie produkcji odgrywali operatorzy kamery, specjaliści od efektów dźwiękowych oraz montażu. Nad całokształtem produkcji od strony organizacyjnej, ekonomicznej i prawnej czuwał kierownik produkcji. Zwykle tę odpowiedzialną i wymagającą ściśle skoordynowanych działań funkcję również sprawowały kobiety. Odmienna sytuacja była jeśli chodzi o grono reżyserskie – tu z kolei zdecydowanie dominowali mężczyźni.

W połowie lat 80. Studio nawiązuje współpracę z amerykańską firmą Hanna-Barbera. To był dobry ruch?

Amerykanie szukali miejsca, w którym mogliby rozwijać produkcję przy niższych kosztach. Ich przyjazd do Bielska znów pokazał, jak ważną rolę odgrywają kontakty: wspomniany już Leszek Kałuża, który pracował w Studiu jeszcze w latach 40., w drugiej połowie kolejnej dekady wyemigrował z Polski, ostatecznie wylądował w Stanach i zaczął pracować jako animator właśnie dla Hanna-Barbera Productions. Ta firma była wówczas porównywana do Studia Walta Disneya, stworzyła między innymi Flinstonów czy Scooby-Doo. Jej współzałożyciel, William Hanna, zachęcony przez Kałużę, przyleciał do Polski. W ramach współpracy w Bielsku powstało m.in. siedem odcinków serii „Dzieciństwo Flinstonów”. 

Bielsko dało specjalistów, Amerykanie technologię, jak dyski animacyjne zasilane elektrycznie, podświetlające rysunki, dzięki czemu animatorzy mogli pracować również w nocy. Wreszcie w 1987 r. powstała spółka Hanna-Barbera Poland. Trudno nazwać ją konkurencją dla polskiej wytwórni, ale przyczyniła się na pewno do kadrowego osłabienia Studia. Wielu pracowników rozwiązało wtedy umowy z polską wytwórnią i przeszło do nowego zakładu, który po pewnym czasie i tak przeniósł się na Daleki Wschód, gdzie warunki finansowe dla produkcji były bardziej atrakcyjne. Nadeszły lata 90., a wraz z nimi kres klasycznej animacji. Nastąpił przełom technologiczny – od drugiej połowy lat 90. kolejne manualne etapy pracy nad filmami zaczął przejmować komputer, by na początku XXI wieku niemal całkowicie zdominować proces produkcji.

Jak poradziło sobie bielskie Studio w nowych czasach?

Nie było łatwo. Podjęto wysiłek realizacji pełnego metrażu „Gwiazdy Kopernika”. Film miał wyprowadzić wytwórnię z kłopotów. Tak się nie stało. Mocno spadło zatrudnienie. W 2010 r. w wytwórni pracowało około 20 osób. A jednak trzeba zaznaczyć, że jest to jedyna wytwórnia filmów animowanych, która przetrwała wszystkie dotychczasowe zawieruchy i odnajduje się bardzo dobrze we współczesnej rzeczywistości. 

Interaktywne Centrum Bajki i Animacji OKO w Bielsku-Białej łączy zabytkową Willę Rotha z nowoczesnym pawilonem wystawienniczym // Fot.. Nizio Design

Co teraz dzieje się w wytwórni?

Ostatnie lata to realizacja dużych inwestycji. Koncepcja budowy Centrum Bajki i Animacji powstała jeszcze za czasów dyrektora Andrzeja Orzechowskiego, ale kiedy dyrektorem Studia został Maciej Chmiel, udało się pozyskać finansowanie. Wszystko nabrało wówczas tempa. Interaktywne Centrum Bajki i Animacji OKO przy Studiu Filmów Rysunkowych zostało otwarte w 2024 r. Mieści się w nim wystawa stała o charakterze edukacyjnym, opowiadająca o tym, jak tworzyło się filmy w Bielsku. Centrum organizuje też różnorodne wydarzenia, w tym wystawy i seanse kinowe. W ich ramach można zapoznać się z dorobkiem wytwórni, ale nie tylko – Kino Kreska ma charakter studyjny. 

Najnowszy serial „Baczne Oczka”, 2024 r. // Studio Filmów Rysunkowych

Wytwórnia przywiązuje dużą wagę do swego dziedzictwa – jest ono konsekwentnie poddawane digitalizacji i rekonstrukcji cyfrowej. Trzeba też podkreślić, że wytwórnia kontynuuje działalność produkcyjną. W trakcie realizacji jest serial edukacyjny „Baczne oczka”. To rzecz wyjątkowa – powstał  z myślą o najmłodszych oraz o dzieciach z deficytem wzroku. Ukończony został już pierwszy sezon liczący 13 odcinków, który miał premierę w zeszłym roku. Docelowo planowane są 52 odcinki. Kolejne wyzwanie to „Kocia szajka”, serial oparty na serii książek dla dzieci autorstwa Agaty Romaniuk. W przyszłym roku wytwórnia będzie świętować swoje 80-lecie... Historia trwa dalej. 

Patryk Oczko // Fot. Archiwum prywatne

Patryk Oczko (ur. 1983) – historyk sztuki, adiunkt Uniwersytetu Śląskiego, kurator wystaw. Autor książki „Nie tylko dla dzieci. Studio Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej 1947-2021” (Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego i Książnica Beskidzka). Zajmuje się m.in. animacją, muzealnictwem i architekturą XX wieku.

Paytyk Oczko, Nie tylko dla dzieci. Studio Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej 1947–2021 // Uniwersytet Śląski w Katowicach

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 13/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Miejsce jak z bajki