Skąd się wzięła medytacja i dlaczego zmieniła swój sens

Swami Wiwekananda sprawił, że w powszechnej świadomości medytacja i joga zostały ze sobą ściśle powiązane. Zaproponował drogę, która przez szereg ćwiczeń medytacyjnych prowadzi do zjednoczenia z Bogiem.
Czyta się kilka minut
Swami Wiwekananda, 1893 r. // Wikipedia
Swami Wiwekananda, 1893 r. // Wikipedia

Miał zaledwie trzydzieści lat, gdy 30 czerwca 1893 r. poleciał z Kalkuty do Chicago, by wziąć udział w tak zwanym Parlamencie Religii Świata, zdarzeniu skądinąd brzemiennym w skutki dla współczesnego dialogu między religiami (tym samym także dla duchowości, a więc i medytacji). 

Wystąpienie Swami Wiwekanandy w Chicago wzbudziło wielki entuzjazm i otworzyło mu podwoje na salony Nowego Świata. Potem jego popularność i sława już tylko rosły. Spotykały się z nim wybitne osobistości amerykańskiej polityki, finansjery, kultury i nauki, jak choćby przedsiębiorca John Davison Rockefeller czy filozof James Williams, co zawsze było odnotowywane i nagłaśniane w gazetach.

Kim był swami Wiwekananda

W tym młodym, lekko otyłym i astmatycznym Hindusie było coś wyjątkowego. Obok niewątpliwego osobistego uroku i egzotycznego wyglądu, widać było w nim żar wizjonera i spokój osoby uduchowionej. A każda jego wypowiedź osadzona była w szerokim kontekście spotkania Wschodu i Zachodu, chrześcijaństwa i hinduizmu, współczesnej nauki i odwiecznej mądrości. 

Dodatkowo młody swami zapraszał swych słuchaczy do praktyki medytacji, której sam z zamiłowaniem często się oddawał. Zaobserwowano też, że w podróży zawsze miał na podorędziu „Bhagawadgitę” i „O naśladowaniu Chrystusa”. Skąd mu to przyszło?

Wiwekananda, którego prawdziwe nazwisko brzmiało Narendranath Datta, pochodził z Kalkuty, miasta – można rzec – stworzonego przez brytyjskich kolonialistów. Jego ojciec był adwokatem, a pradziadek – badaczem starożytnych pism hinduskich i mnichem (którym został już w podeszłym wieku).

Młody Narendranath otrzymał staranne wykształcenie: był biegły w filozofii indyjskiej i europejskiej, znał sanskryt, muzykę i, podążając śladami ojca, miał zrobić karierę adwokacką. Jednak w wieku 18 lat zetknął się z wpływowym w jego środowisku ascetą i mistykiem Ramakriszną Paramahansa (1836-1886), stając się wpierw jego uczniem, a potem zagorzałym propagatorem jego duchowości.

Jak podbój kolonialny przyczynił się do odnowienia hinduizmu

W tym momencie trzeba słów kilka powiedzieć o klimacie kulturowym, w którym to wszystko się wydarzało. Czyli o fenomenie tak zwanego „bengalskiego renesansu”, jednego z głównych zarzewi rozwoju i rozprzestrzeniania się hinduizmu, w tym i medytacji, we współczesnym świecie. 

Upraszczając niemalże do przesady, można by powiedzieć, że podbój kolonialny Indii z jednej strony upokorzył tą wielowiekową i wspaniałą kulturę, lecz z drugiej strony także ją rozbudził i odnowił. Wyzyskiwani Hindusi, z pomocą Brytyjczyków, odgrzebali z popiołów swoje dawne mądrości i pisma (nieco je tylko w swoich interpretacjach retuszując), po czym doszli do przekonania, że ich tradycja i kultura nie tylko w niczym nie ustępuje brytyjskiej, ale niejednokrotnie jest od niej wybitniejsza. 

Tak zrodziło się w ich sercach przekonanie o szczególnej misji przekazania tych wartości, nade wszystko religijnych i filozoficznych, Zachodowi.

I tak oto w hinduskim Bengalu, z największym miastem Kalkutą na czele, zrodził się prąd, w którym mieszało się stare i nowe, Wschód i Zachód, mistyka i współczesna nauka. A Ramakriszna stał się dla wielu symbolem wielkości i wyzwolenia duchowego, także dlatego, że łączył w swoim doświadczeniu i nauczaniu tradycje hinduizmu, chrześcijaństwa i islamu. 

Był medytującym ekstatykiem, który głosił, że „aby medytować, należy wycofać się w siebie, w jakiś zaciszny kąt lub do lasu. I zawsze należy rozróżniać między tym, co rzeczywiste, a tym, co nierzeczywiste. Tylko Bóg jest rzeczywisty, Wieczna Substancja; wszystko inne jest nierzeczywiste, czyli nietrwałe. Rozróżniając w ten sposób, należy strząsnąć z umysłu nietrwałe obiekty”.

Medytacja – najwyższy stan egzystencji

Młody Wiwekananda dostrzegł w tych ideach lekarstwo na bolączki współczesnych Indii i świata, dlatego uznał, że należy je wcielić w życie i rozpowszechnić. Po śmierci mistrza zaczął podróżować po Indiach, głosząc jego nauki, które oczywiście po swojemu dopracowywał. W dość krótkim czasie stał się postacią na tyle znaną, także dla obcokrajowców, że zaproszono go na wspomniany już Parlament Religii Świata w Chicago. 

Dodajmy jeszcze, dla biograficznej całości, że na kilka lat przed swą przedwczesną śmiercią założył The Ramakrishna Mission – rodzaj zakonnej organizacji, która dość szybko rozlała się po świecie, propagując neohinduizm, a w tym także praktykę medytacji.

Po trzech latach amerykańskich podbojów, wiosną 1896 r., Wiwekananda zatrzymał się na kilka tygodni w Nowym Jorku, gdzie na podstawie materiałów przygotowanych na potrzeby konferencji i kursów medytacji zredagował i wydał książkę „Raja Yoga”, w której napisał, że „stan medytacyjny jest najwyższym stanem egzystencji” („The meditative state is the highest state of existence”).

Chyba nikt wcześniej nie wypowiadał się o medytacji w takich superlatywach. Zdanie to zasługuje na kilka słów komentarza. Podobnie zresztą jak sama książka, która do dziś jest publikowana i tłumaczona, a w obrębie subkultury współczesnej jogi uznawana za klasyczną.

Dhayana, zen, medytacja – kłopoty ze słowem

Zacznijmy od angielskiego słowa meditation. Gdy Wiwekananda się nim posługuje, ma na myśli sanskryckie dhayana, które etymologicznie wiąże się z patrzeniem. Swami te dwa słowa używa zamiennie i często zapisuje jedno obok drugiego, stawiając między nimi znak równości. 

Tym samym z jednej strony sankcjonuje takie tłumaczenie i od tej pory przyjmie się, że sanskryckie dhayana, jego chińska wersja chan oraz jego japońska translacja zen będą tłumaczone jako medytacja.

Z drugiej zaś strony ten filologiczny zabieg zabarwił łacińskie meditatio, stojące u podstaw wszystkich jego zachodniojęzycznych wersji, nowym znaczeniem. Odtąd bowiem medytacja powoli przestanie być rozmyślaniem i refleksją, a zacznie stawać się doświadczeniem wykraczającym poza procesy myślowe, jak też ich wyciszaniem lub wygaszaniem.

Dodajmy, że nie był to wymysł Wiwekanandy, bo u podstaw jego propozycji stała dość długa i żmudna praca wielu filologów i badaczy myśli wschodniej, która takie właśnie znaczenie słowa dhayana proponowała w słownikach i tłumaczeniach. Była to cicha filologiczna rewolucja, która z kolei znalazła swoje odbicie w praktyce medytacji i życiu osób oddających się tej praktyce. Człowiek po części żyje na miarę języka, którym dysponuje.

Czy joga to medytacja

Drugim ważnym aspektem pracy Wiwekanandy było ścisłe powiązanie medytacji z jogą. Duża część jego książki zawierała angielskie tłumaczenie (czy raczej parafrazę) i komentarz do 193 aforyzmów przypisywanych starożytnemu Patandżalemu, a znanych jako „Jogasutry”. Tekst ten został wydobyty z kalkuckich archiwów w połowie XIX wieku i stopniowo się rozpowszechnił, stając się w XX wieku kanonicznym tekstem współczesnej subkultury jogi. 

Wiwekananda sprawił, że w powszechnej świadomości medytacja i joga zostały ze sobą powiązane tak ściśle, że jeśli dziś myślimy joga, widzimy oczyma wyobraźni postać medytującą w pozycji lotosu. Dla wielu osób praktyka medytacji jest tożsama z praktyką i teorią jogi.

Wiwekananda uważał, że medytować – to usiąść w miejscu odosobnionym, skoncentrować się na oddechu, uspokajając tym samym ciało i umysł, aby móc bez przeszkód skupić się na przedmiocie medytacji, którym mogą być rzeczy zewnętrzne, wrażenia zmysłowe czy subtelne procesy umysłu. 

Takie ćwiczenie się w uważności powinno się kontynuować aż do chwili, gdy między przedmiotem medytacji i medytującym dojdzie do zjednoczenia. Przejście od przedmiotów zewnętrznych do wewnętrznych prędzej czy później ma jednak doprowadzić do zjednoczenia z Panem całej rzeczywistości (Puruszą lub Iśwarą), którego zachodni czytelnicy „Raja Yoga” utożsamiali z Bogiem.

Wiwekananda proponował drogę, na której przez kolejne ćwiczenia medytacyjne przechodziło się przez szereg stanów świadomości, osiągając w końcu wyzwalające zjednoczenie z Bogiem. Takie jest mniej więcej znaczenie jego wypowiedzi głoszącej, że „stan medytacyjny jest najwyższym stanem egzystencji”.


Wiwekananda o medytacji:

„Stan medytacyjny to najwyższy stan egzystencji. Dopóki istnieje pragnienie, nie może nadejść prawdziwe szczęście. Jedynie kontemplacyjne, niczym obserwacja, badanie przedmiotów przynosi nam prawdziwą radość i szczęście. Zwierzę czerpie szczęście ze zmysłów, człowiek ze swojego intelektu, a Bóg z duchowej kontemplacji. Tylko dla duszy, która osiągnęła ten stan kontemplacji, świat staje się naprawdę piękny” (...) 

„Ten, kto porzucił wszelkie przywiązania, wszelki strach i wszelką złość, ten, którego cała dusza zwróciła się ku Panu, ten, kto znalazł schronienie w Panu, którego serce zostało oczyszczone, jeżeli z jakimkolwiek pragnieniem przyjdzie do Pana, dostanie to. Dlatego czcij Go poprzez wiedzę, miłość lub wyrzeczenie”.

Swami Wiwekananda „Raja Yoga: Conquering the Internal Nature”


To trzecia część cyklu o historii zachodniej medytacji

W poprzedniej pisaliśmy: 

  • o nowojorskim Towarzystwie Teozoficznym, bez którego nie da się zrozumieć dziejów i popularności medytacji w XX wieku,
  • o Helenie Bławatskiej, która należała do czwórki jego założycieli,
  • o tym, jak teozofowie, łączący duchowość i nauki ścisłe, przyczynili się do rozwoju badań nad medytacją i neuronauką.

W kolejnym tekście przeczytamy:

  • o wkładzie buddyzmu zen w popularyzację medytacji na Zachodzie,
  • o Soyenie Shaku, buddyjskim mnichu, który uważał, że medytację należy praktykować pośród codziennych zajęć,
  • o Nyanatiloce Mahatherze, byłym niemieckim benedyktynie, który przeszedł na buddyzm. 

Więcej znajdziesz w cyklu Historia Medytacji >>>>

Autor Maciej Bielawski – jest teologiem, pisarzem i wykładowcą uniwersyteckim z Werony, nauczycielem kontemplacji i duchowości.


W tym miejscu powinny wyświetlić się multimedia. Nie jest to jednak możliwe ze względu na Pani/Pana wybór preferencji plików cookies. W przypadku chęci wyświetlenia całości materiału wraz z multimediami niezbędna jest zmiana wybranych wcześniej preferencji.

Zmień ustawienia plików cookies

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 05/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Medytacja zmienia sens