Do tematów najbardziej rozpalających mieszkańców Rabki-Zdrój należały ostatnio informacje o otwarciach dwóch nowych sklepów. Jako pierwszy, w listopadzie 2024 r., wystartował Auchan. Wstęga, balony, uśmiechnięta obsługa serwująca upominki, a nawet kapela góralska witająca pierwszych klientów, którzy czekali pod marketem.
Drugi był Lidl, w listopadzie 2025 r. Wieści, że w Rabce ma pojawić się pierwszy sklep tej sieci, krążyły od dawna. Wyczekiwano, typowano lokalizacje. Ostatecznie dyskont (o powierzchni ponad 1000 m2 i parkingiem na 60 aut) stanął na terenie należącym do miejscowej parafii, naprzeciw placu handlowego. Otwarcie również przyciągnęło tłumy. Pierwsi klienci dostali darmową kawę, hot dogi i mogli skorzystać z promocji na wybrane produkty.
Oprócz Auchana i Lidla w niespełna 16-tysięcznym miasteczku działają dwa sklepy Biedronki, Carrefour, a także sieci Lewiatan, Pan Steskal i należący do lokalnego przedsiębiorcy supermarket „Małgosia”. Jak to możliwe, że we wszystkich jest pełno klientów?

Historyczka sztuki Dorota Jędruch, współpracująca z Instytutem Architektury mieszkanka podkrakowskiej miejscowości: – Biedronka znajduje się w odległości 600 metrów od mojego osiedla, Lidl około kilometra, praktycznie naprzeciwko niej. Dalej jest jeszcze spory Kaufland, Netto, park handlowy, po drugiej stronie miasteczka Jan i jeszcze jedna Biedronka. Miejscowość liczy 20 tys. mieszkańców, zagęszczenie sprzedaży tego rodzaju jest zatem ogromne.
Lidl, Biedronka, Dino, Kaufland, Auchan muszą zatem wiedzieć o Polakach coś, czego nie rozpoznał nikt wcześniej.
Jak zmieniały się dyskonty w Polsce?
Samo słowo „dyskont” znaczy dziś zgoła co innego, niż z początkiem lat 90., gdy pierwsze takie sklepy pojawiły się w Polsce. Bo i krajobraz handlowy był wówczas inny. Ukształtowany przez dekady gospodarki centralnie sterowanej, ale coraz mocniej poddający się prawom wolnego rynku.
W średnich i mniejszych miejscowościach (to główny teren ekspansji dyskontowych sieci) dominowały małe sklepiki, często ulokowane na posesji właściciela. Gdzieniegdzie w domu handlowym działała większa placówka typu supermarket, często sieci spółdzielczej „Społem”. Wszędzie można było znaleźć także najstarszą formę handlu, czyli targowisko. Pojawiały się pierwsze sklepy obwoźne.
Cezurą stał się rok 1995, kiedy doszło do denominacji złotego. Podczas gdy do dużych ośrodków wkraczały sieci handlowe, budując hiper- i supermarkety, miasta średnie i małe stały się obiektem zainteresowania sieci dyskontowych, definiowanych jako sklepy samoobsługowe z asortymentem ograniczonym do ok. tysiąca pozycji, bazującym na własnych markach, strategii niskich cen i obniżonych marżach.
Reprezentowali je najpierw przybysze z rynku norweskiego (REMA100) i Belgii (Globi). Dopiero w dalszej kolejności pojawiła się Biedronka (początkowo jej właścicielem był polski Elektromis), Plus Discount (sieć Tengelmann z Niemiec) i duńskie Netto. Kto wtedy odwiedzał takie placówki, pamięta zgrzebność wystroju i mocno ograniczony wybór produktów, które trzeba było samodzielnie wyjmować z kartonów, często ulokowanych wysoko na półkach.
W 1999 r. w Krotoszynie powstał pierwszy sklep pod marką Dino, należący do miliardera Tomasza Biernackiego. Najwięksi niemieccy operatorzy zaczęli budować własne sieci w Polsce po roku 2000 – Lidl Polska od 2002 r. (pierwszy sklep, podobnie jak Biedronka, otwarł w Poznaniu), zaś Aldi od 2008 roku.
Dziś rządzą Lidl i Biedronka. Ten pierwszy w lutym 2026 r. miał 993 sklepy i zakładał, że symboliczną barierę tysiąca przekroczy w ciągu kilkunastu miesięcy. Biedronka posiada 3,8 tys. sklepów i jest liderem pod względem przychodów. Trzeci gracz, Dino Polska, dysponuje 2,9 tys. sklepów.
Eksperci wskazują, że określenie „dyskont” stosowane jest umownie, bo granice między typami sklepów się zacierają. Sieci określające się jako dyskontowe ciągle oferują produkty w niskich cenach, ale znacznie uatrakcyjniły wygląd swoich siedzib i poszerzyły asortyment, wprowadzając np. stoiska ze świeżymi lub lokalnymi produktami. No i wykorzystują technologie, zwłaszcza codzienne promocje kuszące klientów w aplikacjach i produkty dostarczane do domów przez kurierów.
Raporty badające rynek (najnowszy, zatytułowany nomen omen „Kultura dyskontowa”, zrealizowała w 2025 r. CSA dla Havas Media Network) nie zostawiają złudzeń: aż 98 proc. Polaków robi zakupy w dyskontach. To najwyższy wynik spośród badanych państw.
Dlaczego Polacy kochają dyskonty? Cena to nie wszystko
Gdy dzwonię do Magdy, rabczańskiej nauczycielki i społeczniczki, jest akurat w Lidlu. Środek tygodnia, godzina 13.00. Parking zajęty, w sklepie mnóstwo ludzi – relacjonuje. – Teraz sporo osób pracuje zdalnie, może wyskoczyli w przerwie.
Sama jeździ tam na większe zakupy: po kaszę, makaron, płatki. Ma kartę lojalnościową, zbiera punkty, wymienia na rabaty.
– Ale drobniejsze, świeże produkty: wędliny, sery, pieczywo, kupuję w lokalnych sieciówkach – podkreśla. – Znam personel, panie doradzą, odłożą towar, poza tym lubię takie codzienne interakcje. Trudno jednak nie zauważyć, że u nich jest drożej i nie ma tylu promocji.

Na pytanie, czym dyskonty podbiły Polskę, najprościej odpowiedzieć: ceną. Lubimy kupować tanio: to główne kryterium podejmowania decyzji o zakupach u co trzeciego Polaka. Z przeprowadzonego przez PwC w 2024 r. badania konsumentów wynika, że przy wyborze produktów żywnościowych cena dominuje nad kwestiami zdrowotnymi. Eksperci tłumaczą to wysokimi wskaźnikami inflacji z lat 2021-2023.
Podobną proporcję widać w całej Europie Środkowo-Wschodniej, w przeciwieństwie do reszty świata, gdzie względy zdrowotne przeważają.
Ale przyglądając się zjawisku, można też wyjść od psychologii. Potrzeby, jakie zaspokajają obiekty handlowe, najprościej podzielić na utylitarne i hedonistyczne. Pierwsze wiążą się z konkretnymi decyzjami zakupowymi. Wizyta w sklepie traktowana jest jak zadanie, ma charakter zaplanowany, określony w czasie.
Ale zakupy są doświadczeniem wielowymiarowym. Kupowanie wywołuje emocje, np. poprawę nastroju przez chwilową ucieczkę od codziennych stresów. Albo ma wymiar integracyjny – wyprawa do sklepu wiąże się z określonymi rytuałami, a zakupione produkty niosą znaczenia i wartości rozpoznawane przez innych.
Może to być też rodzaj zabawy, spędzenia czasu ze znajomymi, znajdowania przyjemności w trafianiu okazji, budowie pozytywnego obrazu własnej osoby, doświadczaniu różnorodności. Tacy klienci traktują chodzenie na zakupy jako wartość samą w sobie i często kupują w sposób niezamierzony.
Dyskonty zbudowały więź z Polakami w oparciu o potrzeby utylitarne (zakup jakościowych produktów w jak najniższej cenie), by stopniowo dostosować się do hedonistycznych.
Do atrakcyjnych cen doszła wygoda zakupów (darmowe parkingi, atrakcyjna lokalizacja) i wystarczająco szeroka oferta, obejmująca też żywność ekologiczną i wegańską, gotowe dania do odgrzania w kilka minut, wina zachwalane nawet przez ekspertów, specjalne tygodnie z kuchniami świata. Wszystko wsparte przemyślanym marketingiem, wykorzystującym potoczny język i autoironię, łapiącymi w mig społeczne trendy i konteksty internetowe.
Lidl, Biedronka i Dino jako nowe miejsca spotkań. Czy dyskonty zastąpił lokalne centrum?
Nikt już się nie wstydzi bywania w dyskontach. Nie są sklepami dla najuboższych, ale miejscami dla każdego, w których Polak czuje się swobodnie, niezależnie od grubości portfela czy identyfikacji z określoną klasą społeczną. Są blisko – dosłownie i w przenośni. Więc bywa się tam nie raz w tygodniu, ale nawet codziennie.
Zwłaszcza gdy w okolicy brakuje konkurencyjnych atrakcji, a wokół zimno i szarówka, ciągnie się do światła i koloru. Tam, gdzie coś się dzieje. I gdzie są inni ludzie. Czasem tylko pod pretekstem zakupów.
Dla dzieci z osiedla w miejscowości Doroty Jędruch centrum życia towarzyskiego stanowią Biedronka i Action, dyskont usytuowany obok placu zabaw:
– Jedzą lody w przedsionku, bo nigdzie nie ma miejsc do siedzenia, murka ani zieleni. A w samym osiedlu widać efekty wyprzedaży w Biedronce: podobne firanki w oknach, ubrania, buty z przeceny.
Anna, która prowadzi w Rabce organizację pozarządową: - Lidl ma pierwszorzędną lokalizację: na tyłach teatru, niedaleko dworca. Wygodnie i dla mieszkańców centrum, i dla tych, którzy dojeżdżają z okolicy: parking, wózki, w których da się posadzić dzieciaka. Trochę tylko przykro, kiedy widzę pełniejszy parking przed Lidlem niż przed teatrem.
Dominika Janicka, architektka i aktywistka, która razem z Olgą Grabiwodą zrealizowała projekt „Obiekty, które zostały Biedronkami”, przyglądała się budynkom, które w PRL były kinami, kawiarniami, domami kultury, miejscami budowania wspólnoty, a po 1989 r. stały się dyskontami:
– Zaczęłyśmy od kawiarni Biruta w Kielcach, ale szybko okazało się, że to szersze zjawisko. Nasza mapa „dyskontyzacji” urosła do ok. 30 obiektów, ale wciąż pojawiają się nowe. Często po takiej zmianie, zwłaszcza w mniejszych ośrodkach, znikało jedyne miejsce rozrywki i spotkań. Tracono nie tylko funkcję, ale też fragment lokalnej historii. Dla mnie „dyskontyzacja” to jeden z przykładów, w którym widać, że architektura działa jak barometr zmian społecznych. Wyraźnie pokazuje, co jest/było w danym czasie priorytetem.
Komentarze rabczańskich internautów z dyskusji poprzedzającej otwarcie dwóch dyskontów: „Największe atrakcje teraz to sklepy i galerie. Z miasta uzdrowiskowego staje się handlowym”. „Była Rabka-Zdrój, będzie Rabka-Sklep”. „Miasto dzieci świata, które będą zwiedzać sklepy”.
– W Rabce wbrew pozorom sporo się dzieje. Oprócz teatru jest kino, biblioteka, prężnie działająca lokalna księgarnia, kilka kawiarni i restauracji, odbywają się domówki muzyczne – mówi Magda. – Ani ja, ani moi znajomi nie chodzimy do Lidla czy Biedronki w celach towarzyskich.
Trudno jednak ukryć, że to właśnie czynna do północy Biedronka, oraz Auchan i Lidl (otwarte do godziny 22.00), są najdłużej funkcjonującymi miejscami publicznymi w mieście.
Rywalizacja dyskontów i polaryzacja konsumentów w Polsce
Polska jest pęknięta na pół nie tylko politycznie. Ranking popularności sieci handlowych 2025 według aplikacji Listonic pokazuje, że palmę pierwszeństwa w segmencie sieci spożywczych i dyskontów (ponad 40 proc.) dzierży Lidl. Drugie miejsce zajęła Biedronka z wynikiem 38,55 proc. (wcześniej było odwrotnie), kolejne są daleko w tyle.
Nic dziwnego, bo dwie pierwsze sieci niepostrzeżenie przeistoczyły się w silne marki własne, popularnością dorównujące gwiazdom popkultury do tego stopnia, że wypuszczają już linie własnych gadżetów z logo, rozchwytywane w mgnieniu oka.
Między wiernymi klientami toczy się rywalizacja. Główne argumenty za Biedronką to cena i swojskość, za Lidlem – cena i estetyka. Zwolennicy Lidla traktują ten sklep jako dyskont nieco wyższej kategorii, w czym pobrzmiewa zaufanie do solidności zachodnich sąsiadów, pokrewne hasłom reklamowym „chemia z Niemiec”, a także fakt, że obecność tej sieci kojarzono dotąd z większymi miastami, podczas gdy Biedronka zawitała do mniejszych już wcześniej.
Chwalą czystość i promocje produktów spożywczych z krótkim terminem ważności, krytykują wąskie alejki w sklepach Biedronki. Przeciwnicy nie pozostają dłużni, wytykając Lidlowi wyższe ceny, krótsze godziny otwarcia i parkomaty przy części parkingów („90 darmowych minut może nie starczyć na zakupy, zwłaszcza gdy przy kasach kolejki”).
Autoidentyfikacja z marką sięga na tyle głęboko, że w rozważaniach pod hasłem „Lidl czy Biedronka?” sięga się po argumenty nacjonalistyczne, jak w wypowiedziach rabczańskich internautów: „Niech idą, niech płacą, a podatki za granicą płacić pojadą”. „Hitlerowcy w czasie II wojny światowej mordowali mieszkańców Rabki, a wnuki kupują u Niemców z uśmiechem”.
Co ciekawe bowiem, Biedronka, należąca do portugalskiej grupy kapitałowej Jeronimo Martins, postrzegana jest przez niektórych konsumentów jako bardziej „polska” niż Lidl.
„Symetryści” argumentują, że są lepsze i gorsze Lidle, podobnie Biedronki. A w ogóle to zależy, jakich produktów się szuka – jedne kupuje się tu, inne tu.
Sieci też włączają się w rywalizację. Jej narzędziem są promocje, a głównymi atutami marki własne, najpopularniejsze wśród klientów (według badań Listonic na podstawie paragonów). Istne bitwy cenowe rozgrywają się w kategoriach masła, mleka i pieluch. Największy tłok w sklepach obu sieci widać po dziesiątym dniu każdego miesiąca, bo promocje skorelowane są z najczęstszym terminem wypłaty.
Polak kupuje w dyskontach szybko – do 68 proc. decyzji zapada natychmiast. I choć najchętniej korzysta z aplikacji sklepowych do zbierania punktów i dowiadywania się o promocjach, ciągle woli przyjść bezpośrednio do sklepu, niż zamówić zakupy z dostawą.
Nierzadko kupuje na zapas, bo gdy zbłądzi w alejkę kuszących ofert i widzi okazję typu trzy w jednym, budzą się w nim atawizmy: chce poczuć, że upolował mamuta tanim kosztem, a przy okazji przyniósł do domowego ogniska nadprogramowe łupy. Według danych firmy badawczej YouGov z 2025 r. w Biedronce, Lidlu i Dino zakupy na zapas przeważają znacznie nad bieżącymi czy małymi typu „polowanie na promocję” albo z nagłej potrzeby.
Jak dyskonty zmieniają krajobraz miast. Nowe centra zamiast rynków
Dorota Jędruch: – W dużych miastach sklepy Biedronki zajmują często śródmiejskie lokalizacje, jak w Krakowie w Pałacu Spiskim, dawnym lokalu Delikatesów w Rynku Głównym, pełniącym funkcję handlową od lat 80. XIX w., w którego wnętrzu zachowały się zabytkowe elementy wyposażenia.
Albo lokale dawnych pawilonów handlowych na osiedlach z czasów PRL, podtrzymując funkcję handlu w sąsiedztwie, tak istotną w projektach urbanistycznych tych osiedli. Z takich dyskontów korzystają wówczas wszyscy, także osoby niezamożne i seniorzy, którzy nie zawsze mogą dotrzeć do dalszych placówek.
Niezależnie od tych wartości dyskonty monopolizują rynek, a najważniejszą ich wadą jest konkurencyjność wobec prywatnych sklepików, które tworzą tkankę społeczną miasta:
– Uniformizujący jest aspekt estetyczny tych sklepów – zwykle tani i szybki w budowie parterowy, kontenerowy pawilon z doczepionym wielkim szyldem – opowiada Jędruch.
– W mniejszych miejscowościach dominują dyskonty stawiane przy drodze przelotowej, z wielkim parkingiem. To wzmacnia trend rozlewania się miast, prowokuje pustoszenie centrów. Nic wokół nie powstaje – jeśli przyciągają jakieś aktywności, to głównie podporządkowane logice korporacyjnej. Nie sprzyjają lokalnej przedsiębiorczości czy trwałości usług, nie mają potencjału miastotwórczego.

Trudno ukryć, że dyskonty zmieniają nie tylko Polaków, ale też krajobraz Polski. Jednolite projekty architektoniczno-budowlane i wzorce kolorystyki naruszają lokalny styl zabudowy i ład przestrzenny. O ile w Rabce, podzielonej na miasteczko i część zdrojową, a przy tym rozlanej urbanistycznie, uderza to mniej, inaczej jest w podwrocławskim Strzelinie, gdzie wpływ obiektów handlowych na rozwój przestrzenny przeanalizowała Monika Łuczak z Politechniki Wrocławskiej.
Poniemieckie miasteczko ma tradycyjny układ urbanistyczny z rynkiem, który jednak po zniszczeniach wojennych nie odzyskał funkcji centrum. Zbudowane w czasach PRL dwa domy handlowe powstały przy innych ulicach. Przez Strzelin przebiega droga krajowa, kilka dróg wojewódzkich, szlak kolejowy do Pragi, można też wjechać zeń na autostradę A4.
Już dekadę temu funkcjonowało tu siedem wielkopowierzchniowych obiektów handlowych. Łuczak zauważyła, że lokalizacja marketów była jednym z głównych czynników zmieniających strukturę miejscowości. Stare miasto stało się sypialnią. Lokalizacja marketów wymusiła przebudowę układu komunikacyjnego, bo przy wjeździe na parkingi tworzyły się korki.
Dziś sieci oplatają przestrzenie zurbanizowane coraz szczelniej. Ich strategie handlowe zmierzają do posiadania sklepu na każdym osiedlu – kolejna wiedza z zakresu potrzeb utylitarnych, do których należy chęć zrobienia czegoś możliwie najmniejszym kosztem.
Władze lokalne patrzą na obecność dyskontów przyjaznym okiem, bo oznacza wpływy podatkowe (choć znaczna ich część trafia do budżetu centralnego: największymi płatnikami w Polsce są właśnie Biedronka, Dino i Lidl), a nowe sklepy to nowe miejsca pracy.
Dyskonty mogą służyć nawet za atrakcję, wyróżniającą miejscowość względem innych w sąsiedztwie: w dyskusji pod informacjami o otwarciu Lidla w Rabce internauci pytali, kiedy w Nowym Targu i Zakopanem?
Kultura samochodowa a rozwój dyskontów. Jak sieci handlowe kształtują przestrzeń miast?
Dorota Jędruch przyznaje, że oprócz kilku seniorek jest na swoim osiedlu jedną z nielicznych osób, która rusza na zakupy piechotą.
– Obawiam się, że sąsiedzi z troską myślą o moim statusie materialnym, jako rodziny bez samochodu. Ale taka wyprawa oznacza brodzenie w błocie, bo chodnik kończy się kilkadziesiąt metrów przed Biedronką. Obok jest kilka zanieczyszczających powietrze zakładów, śmierdzi plastikiem i spalinami, jest też głośno, więc idąc tam, czuję się jak w porządku dystopijnym.
Jak podkreśla Magdalena Milert (architektka i urbanistka, która w social mediach jako @pieing opowiada o gospodarce przestrzennej), sklepy wielkopowierzchniowe zabrały miastom i miasteczkom typowe ulice handlowe, ze sklepami w parterach kamienic. Jeśli w sobotnie popołudnie sprawdzimy na mapach Google „obszar z większym ruchem”, w Zakliczynie nie będzie to rynek, tylko okolica Pepco na obrzeżach.

Nie dają też nic w zamian: w wydanej przed dekadą antologii tekstów naukowców z Politechniki Wrocławskiej „Współczesne funkcje handlowe w wybranych małych miastach województwa śląskiego” Anna Katarzyna Andrzejewska zauważa, że zieleń w sąsiedztwie dyskontów pojawia się zwykle tam, gdzie nie da się zlokalizować już nic więcej.
Zwłaszcza w małych miastach, gdzie tereny zielone są uważane za mniej istotne niż elementy małej architektury, jak ławki, kosze na śmieci, lampy, zadaszenia na wózki, stojaki rowerowe czy słupy reklamowe. Na Dolnym Śląsku tę monotonię szczególnie widać przy sklepach usytuowanych na wylocie z małych miast.
– Sama reklama Lidla sugeruje, że można do niego dojechać i zaparkować – mówi Milert. – Ale na polską przestrzeń publiczną najbardziej wpływają skupiska sklepów, trochę przypominające amerykańskie, gdzie obok dyskontu – albo kilku różnych dyskontów – znajdują się fastfoodowe restauracje. Takie miejsca definiują sposób i styl życia: jak sobota, to najpewniej zakupy na cały tydzień i szybkie jedzenie w przerwie. Wyłania się z tego obraz Polaków jako ludzi zapracowanych, chętnych do kupowania przy okazji. Są też ufizycznieniem kultury samochodowej.
Ani w Strzelinie, ani w Rabce-Zdroju nie ma komunikacji miejskiej. W tej drugiej miejscowości próbę wprowadzenia busików na razie storpedowali radni. Dlatego Anna, która przeniosła się tu z Krakowa i nie jest zmotoryzowana, kupuje w dyskontach tylko przy okazji, gdy wspólną wyprawę proponują znajomi.
Doskwiera jej, że dyskonty i sieci handlowe zdziesiątkowały małe sklepiki. Oparła się im jeszcze piekarnia Gminnej Spółdzielni Samopomocy Chłopskiej, której historia sięga końca II wojny światowej. W sąsiedztwie Lidla działa też ostatni w mieście warzywniak.
Z badań prowadzonych przez ekonomistów do końca XX w. wynikało, że handel małomiasteczkowy zaspokajał głównie podstawowe potrzeby mieszkańców. Spośród typowych dla niego form najdłużej opierają się targowiska, choć badanym kojarzą się one z bałaganem, tłumem i tanim towarem złej jakości.
– Targ w Rabce funkcjonuje w poniedziałek, czasami też w weekendy – mówi jednak Magda. – To zupełnie inne doświadczenie niż wizyta w dyskoncie, przychodzi się tam pooglądać i porozmawiać z dostawcami, którzy przywożą świeże produkty: jaja, sery.
Przyszłość dyskontów w Polsce. Czy sklepy staną się lokalnymi centrami aktywności?
Dominika Janicka zastanawia się, co stanie się z dyskontami za 15 czy 20 lat. – Handel coraz bardziej przenosi się do internetu, a jednocześnie rośnie potrzeba realnych, offline’owych spotkań.
Magdalena Milert zauważa, że choć skupiska dyskontów urbanistycznie przypominają układ miejski – gdyby patrzeć po obrysach budynków wokół placu, tworzą prawie rynek, to jednak ich przestrzeń podporządkowana jest innej logice:
– Plac, który jest rodzajem miejskiego salonu, powinien umożliwiać to, co salon, a więc odpoczynek i niespieszne przebywanie. W dyskontowych „rynkach” tego brak, bo plac to parking. Przebywać można tylko wewnątrz, w miejscu komercyjnym – mówi.
– Nie widzę możliwości, by te lokalne centra stanowiły w przyszłości spoiwo między centrum historycznym i rozbudowującymi się przedmieściami. Tworzą izolowane, zuniformizowane, niekorespondujące w żaden sposób z otoczeniem enklawy. Ich los zależy od koniunktury. Mogą w każdej chwili zniknąć, równie szybko, jak powstały – twierdzi Dorota Jędruch.
Dominika Janicka: – Czy dzisiejsze Lidle i Biedry zmienią się w Centra Lokalnej Aktywności, czy w magazyny dla chińskich platform handlowych w rodzaju Temu? Wierzę, że jednak w to pierwsze…
Niektórzy eksperci od marketingu prorokują z kolei, że będą cyfrowo-logistyczną hybrydą, jeszcze lepiej wykorzystującą internetowe narzędzia do zdobywania wiedzy o preferencjach klientów i realizujące je błyskawicznie w fizycznej przestrzeni. Jak przyjaciel z sąsiedztwa, który zna cię doskonale i wie, czego potrzebujesz. Czasem nawet lepiej od ciebie.
Dyskont na peryferiach
Gdy w 2013 r. dr Waldemar Wilk z Wydziału Geografii i Studiów Regionalnych UW opublikował artykuł „Miasta zbyt małe na handel z dyskontem”, główne sieci dyskontowe szukały lokalizacji z minimalnym zapleczem 8-10 tys. mieszkańców, choć niektóre, jak Biedronka, stawiały sobie większe progi (15 tys. osób).
Pod koniec pierwszej dekady XXI w. w grupie miast liczących od 20 do 50 tys. mieszkańców zaledwie w dwóch nie było dyskontów. 1/3 dyskontów w całej Polsce ulokowano właśnie w takich miejscowościach. W szybkim tempie przybywało też dyskontów w miastach najmniejszych (do 5 tys. mieszkańców). Wielkość terenu wymaganego dla tego typu obiektów sprawiała, że lokowano je wzdłuż głównych arterii lub w strefie zewnętrznej miasta.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















