Czy Polska to „piekło mężczyzn”? Czytamy manifest męskiego ruchu

Przemilczane nierówności, równouprawnienie, które zaszło za daleko, dyskryminacja mężczyzn... Michał Gulczyński skutecznie mebluje męskie głowy. Przyjrzyjmy się jego metodzie.
Czyta się kilka minut
// il. meeem / adobe stock
// il. meeem / Adobe Stock

W czasach, gdy programy partyjne ograniczają się do rolek na społecznościówkach, a wyobraźnią społeczną rządzą influencerzy, którzy złożone kwestie tłumaczą w 30 sekund, należy z uznaniem przyjąć, że w Stowarzyszeniu na rzecz Chłopców i Mężczyzn zadano sobie trud wypracowania intelektualnego fundamentu działalności organizacyjnej. Podjął się go współzałożyciel Stowarzyszenia, dr Michał Gulczyński.

Ten politolog legitymujący się dyplomami kilku znakomitych europejskich uczelni (doktorat z polityki publicznej i administracji na Uniwersytecie Boccioniego w Mediolanie, studia na UW, Freie Universität w Berlinie i Kolegium Europejskim w Natolinie) manifest ruchu przedstawił na 525 stronach, z których ponad sto to przypisy. Mimo to, jak sam uczciwie zastrzega, nie mamy tu do czynienia z pracą naukową. „Mężczyźni. O nierówności płci” to elegancko skrojona książka upowszechniająca stanowisko autora i – szerzej – Stowarzyszenia.

Gulczyński zasłynął w 2021 r. raportem „Przemilczane nierówności”, wskazującym na mniej czy bardziej wyraźne dolegliwości związane z byciem nieuprzywilejowanym mężczyzną w Polsce.

Pojawienie się raportu, firmowanego przez konserwatywny Klub Jagielloński, wywołało niemałe poruszenie: z dnia na dzień zaczęto mówić i pisać o mężczyznach w zasadzie wszędzie. Miarą sukcesu powołanego wkrótce potem Stowarzyszenia jest to, że w tym roku organizuje swój trzeci Kongres. Liczba jego członków i zwolenników rośnie, a skuteczność lobbingu zasługuje na uznanie. Wystarczy wspomnieć, że w wyborach prezydenckich z 2025 r. o męskich problemach musiał wypowiedzieć się właściwie każdy kandydat i kandydatka. 

Książka to rozwinięcie tez raportu ze wszystkimi tego konsekwencjami – zamyka okres formacyjny ruchu i buduje jego tożsamość.

Książka Gulczyńskiego nie jest neutralna ani wyważona

Trudno oczywiście odmówić Gulczyńskiemu trafności wielu diagnoz i sugestii pozytywnych rozwiązań. Wysyłanie na polską prowincję „androbusów” albo działania służące ograniczeniu dostępności alkoholu są słuszne i pożądane.

Nie ma też nic złego w zwracaniu uwagi na niepokojące dane demograficzne (w Polsce różnica długości życia między kobietami i mężczyznami wynosi prawie 7,5 roku, w Szwecji czy Holandii to ledwie trzy lata), statystyki samobójstw (8 na 10 prób podejmują mężczyźni) czy problemy chłopców z czytaniem, przekładające się na niższe wyniki egzaminacyjne. Spraw do załatwienia jest mnóstwo i cenię to, że autor je podnosi.

Mam jednak poczucie, że nie robi tego bezinteresownie i że sposób, w jaki to robi, powinien budzić niepokój. Dlatego napiszę o jego książce krytycznie. Jest to potrzebne zwłaszcza dlatego, że szybkie media w rodzaju Kanału Zero podchwytują opowieść Gulczyńskiego jako „neutralną”, „umiarkowaną”, „wyważoną”.

Czy polscy mężczyźni są dyskryminowani

W książce „Po męstwie” dominujące w danej epoce wyobrażenia o męskości opisałem jednym słowem kluczem. Dla dwudziestolecia wybrałem honor, dla PRL – awans, dla transformacyjnej III RP – sukces. W epilogu zwracałem uwagę, że narracja męskości sukcesu wyczerpała się na początku drugiej dekady XXI w., a na jej miejsce nie powstała żadna o porównywalnej sile oddziaływania.

W tę pustkę wszedł właśnie Michał Gulczyński, proponując termin „dyskryminacja”. Wszedł i zdobywa zasięgi, twierdząc, że współczesna Polska staje się „piekłem mężczyzn”.

Na naszym gruncie koncept jest oryginalny i wpisuje się w trend, do którego jeszcze wrócę, ale zarówno w wymiarze diagnozy, jak i praktyki Gulczyński oraz prezes Stowarzyszenia Jakub Chabik kopiują amerykański pierwowzór: założony mniej więcej w tym samym czasie American Institute for Boys and Men, twórczo rozwijający idee znane wcześniej z publikacji firmowanych przez konserwatywny i powiązany z Partią Republikańską think tank Heritage Fundation.

Nowe narracje o mężczyznach kopiują dyskurs feministek

„Potrzebujemy nowej narracji o chłopcach i mężczyznach”, pisze Gulczyński, i istotnie dostarcza tej narracji. Warto się jej przyjrzeć. Zobaczyć, jak jest skonstruowana i czym ryzykujemy, łatwo jej ulegając. Jeśli jesteśmy wobec niej nieco bezradni, to właśnie dlatego, że nie jest skonstruowana jak tradycyjne narracje backlashowe. 

Głosicielami tych ostatnich są np. Przemysław Czarnek i Grzegorz Braun, którzy uważają, najkrócej mówiąc, że kiedyś było lepiej, ale przyszedł feminizm i wszystko zepsuł. Trzeba po prostu wrócić do „starych dobrych czasów”, gdzie rodziny były silne i wielodzietne. Taką narrację kupuje pewien segment polskiego społeczeństwa – starszy i słabiej wykształcony.

Ale Gulczyński szuka odbiorców wśród młodszych i lepiej wykształconych odbiorców. Nie mam wątpliwości, że jemu również chodzi o backlash, lecz znacznie bardziej wyrafinowany i gotowy do pewnych koncesji z emancypacją kobiet. Dzieje się tak m.in. dlatego, że „nowa narracja o mężczyznach” dokonuje wrogiego przejęcia języka i strategii feminizmu, zwłaszcza liberalnego (bo innych Gulczyński nie dostrzega). Tę ostatnią widać w tym, że Kongres Mężczyzn w jakimś sensie kopiuje działania Kongresu Kobiet.

Na czym polega męski cherry picking

Jeśli zaś chodzi o język, któremu przyjrzę się tu najuważniej, to pierwszym i podstawowym przejęciem jest hasło dyskryminacji mężczyzn. Gulczyński przywołuje tu wiele statystyk i zjawisk z obszaru edukacji, zdrowia, pracy i systemu emerytalnego, ojcostwa, wykluczenia. Niestety, dopuszcza się przy okazji uproszczeń, co pokażę na jednym przykładzie.

Otóż zwraca on uwagę (w ślad za „Gazetą Wyborczą”), że konduktorom PKP nie przysługuje posiłek, podczas gdy ich koleżankom konduktorkom już tak. Przyjmijmy, że to rzeczywiście przykład nierówności, ale żeby orzec, czy w PKP rzeczywiście mężczyźni są dyskryminowani, musielibyśmy przeanalizować szereg danych o strukturze zatrudnienia, ścieżkach awansu, procesie rekrutacji, systemie wynagrodzeń itp. Obawiam się, że gdybyśmy to zrobili, teza o dyskryminowaniu konduktorów byłaby trudna do obronienia (choć, rzecz jasna, uważam, że i panom należy się posiłek regeneracyjny). 

Przywoływanie wyrywkowych danych bez kontekstu i podpinanie ich pod tezę nosi nazwę cherry picking i doskonale sprawdza się w różnego rodzaju denializmach, zwłaszcza klimatycznym („mroźna zima w Polsce = ocieplenie klimatu to ściema”).

Gulczyńskiego gra z terminami: patriarchat to nie wytrych

Gulczyński lubi przejmować sformułowania rozpoznawalne dla teorii feministycznej, jak „gotowi na zmianę” (bell hooks) czy „nowy kontrakt płci” (Małgorzata Fuszara), odwracając ich pierwotne znaczenia.

To również strategia znana konserwatywnej prawicy, co pokazuje m.in. Naomi Klein w „Doppelgängerze”Gulczyński jest zresztą szczery w jej realizowaniu, gdy w swoim wywodzie przywołuje też ceniony i rozpoznawalny zestaw pojęć solidarnościowych. Apelując o „męską solidarność”, przywraca historyczne wyobrażenie wspólnoty walczącej z imperium i radzi, w ślad za Jackiem Kuroniem, by nie palić komitetów, ale zakładać własne. 

Gulczyński naturalizuje terminy, których używania nie rekomendował – zgodnie z opinią WHO – nawet rzecznik praw obywatelskich Marcin Wiącek, np. „alienacja rodzicielska”. Tym samym zaś stwarza nową rzeczywistość pojęciową, alternatywną wobec obowiązującej w świecie instytucjonalnym.

Równocześnie jednak jest w tym konstruowaniu nowego języka bardzo wybiórczy. Jeśli mówi o tym, że utrzymywanie patriarchatu niesie z sobą problemy i obciążenia dla samych mężczyzn, zwłaszcza tych z klas nieuprzywilejowanych, posługuje się formułą „tak zwane koszty patriarchatu”.

Ruch mężczyzn jako doppelgänger (sobowtór) ruchów kobiecych przechwytuje więc ich terminologię, ale robi to selektywnie: to, czego przejąć się nie udaje, ma zniknąć.

Tak jest właśnie z pojęciem „patriarchatu”, rzekomo niefunkcjonalnym „wytrychem”. Nie dziwię się: gdyby je przyjąć, należałoby również uznać, że najbardziej uprzywilejowani mężczyźni (powiedzmy, że z listy 500 najbogatszych „Forbesa” i z wiadomości telewizyjnych) bezwzględnie wykorzystują te i tych, którzy znajdują się niżej w hierarchii, toteż dyskryminującymi mężczyzn byliby... mężczyźni.

W koncepcji Gulczyńskiego natomiast główną przyczyną dyskryminacji mężczyzn jest to, że transfery socjalne i usługi przejmowane są przez kobiety (np. w postaci wcześniejszego wieku emerytalnego, przeciw któremu, nota bene, protestował Kongres Kobiet).

Męskość hegemoniczna wciąż ma się dobrze

Akademickie studia nad mężczyznami (masculinity studies) mają bogatą tradycję, sięgającą co najmniej połowy lat 80. ubiegłego wieku. Jednym z powszechnie przyjętych, choć – jak to w nauce bywa – dyskutowanych pojęć jest „męskość hegemoniczna”. Oznacza ono pewien „typ idealny” męskości, na tyle atrakcyjny, że „zwykli faceci” próbują go wcielać w życie, choć z reguły nie są w stanie tego zrobić. Taki ideał reguluje społeczne emocje, zarówno pozytywne, jak negatywne, a jego rewersem są różne formy marginalizacji i podporządkowania, a także pospolitej frustracji mężczyzn.

Gulczyński nie przeprowadza krytyki tego pojęcia: po prostu każe nam uwierzyć, że jest wytrychem i niczemu nie służy. Nie pasuje do opowieści o mężczyznach dyskryminowanych.

By pokazać, jak to działa w praktyce, pochylmy się nad jednym zdaniem. Oto drastycznym dowodem na to, że mężczyźni „mają gorzej”, jest masakra w Srebrenicy. Jak pisze Gulczyński: „Mordowano wyłącznie chłopców i mężczyzn – ze względu na ich pochodzenie etniczne, religię i właśnie płeć”.

Autor trzeźwo sytuuje płeć na trzecim miejscu wśród przyczyn mordu, ale, co najciekawsze, używa formy nieosobowej „mordowano”. Cóż, gdyby jej nie użył, musiałby napisać, że mordercami byli również mężczyźni, i to tacy, którzy walczą o hegemonię na danym obszarze. Nie jacyś zwyrodnialcy, lecz ojcowie rodzin, patrioci, chrześcijanie, w większości zresztą niespecjalnie uprzywilejowani. Uznanie tego faktu komplikowałoby jednak narrację o dyskryminacji mężczyzn.

Zamiast tego Gulczyński lubi powtarzać tezę, że mężczyźni uosabiają „przemilczany problem nierówności płci”. Twierdzi przy tym, że mówienie o tym było dlań ryzykowne – mamy więc niezbędny dla dyskursu współczesnej prawicy element spiskowy. Od czasu do czasu okrasza też wywód nieweryfikowalnymi, ale za to mrożącymi krew w żyłach anegdotami o tym, jak „wielokrotnie doświadczył wykluczenia i agresji”.

Czy państwo ma twarz kobiety

By wyjaśnić przyczyny dotychczasowego niewysłuchania mężczyzn, Gulczyński sięga do zgrabnego cytatu z „Myszeidy” Krasickiego: „Mimo tak wielkie płci naszej zalety, / My rządzim światem, a nami kobiety”, co wprawdzie ogrzewa moje polonistyczne serce, ale sprawia, że całkowicie nie wierzę w zapewnienia, że chce zakończyć „polaryzację płci”, a jego „nowa narracja” nie jest skierowana przeciw kobietom.

Oczywiście, autor stara się nie być w sposób bezpośredni antykobiecy, ale mimo to buduje świat przedstawiony, w którym polityki równościowe UE obsługują tylko kobiety, zaniedbując mężczyzn i ich potrzeby. Dla młodego mężczyzny „państwo ma twarz kobiety, nauczycielki, pani z urzędu lub opieki społecznej albo sędzi”.

Niepokój autora budzą mizandryczne nastolatki i radykalizacja dziewcząt w sieci (tak, to problem tak poważny jak incele i manosfera albo faceci od masakr kampusowych!). Jak często u Gulczyńskiego – część problemów jest faktyczna, ale ich interpretacja i skalowanie są co najmniej problematyczne.

Przyjrzyjmy się pozornie marginalnemu, ale w istocie centralnemu problemowi z jego wywodem. Otóż wedle Gulczyńskiego za „przemilczanymi nierównościami” stoi korporacyjna zmowa akademiczek zajmujących się gender studies.

Pisze tak: „W badaniach nad płcią ewidentnie brakuje mężczyzn. (...) Widzimy to (...) w proporcji płci na wielu wydarzeniach naukowych, nawet tych dotyczących mężczyzn i męskości. (...) Brak mężczyzn wśród badaczy płci wynika w dużej mierze z dotychczasowego braku zainteresowania tą tematyką. Ale także z hermetyczności poszczególnych środowisk i tradycji badawczych”.

Czy wszystkiemu winne są gender studies

Mamy tu do czynienia z kilkupoziomową manipulacją. 

Po pierwsze każdy, kto zajmuje się problematyką płci w polskiej akademii, potrafi bez trudu wskazać kilkanaście nazwisk badaczy-mężczyzn. Niektórzy, jak prof. Zbyszko Melosik czy prof. Jacek Kochanowski, to osobowości znane szerszej publiczności z mediów. 

Po drugie, Gulczyński zakłada istnienie jakiegoś esencjalizmu postaw i poglądów – tak jakby badacz-mężczyzna musiał z racji posiadania pary chromosomów XY odrzucać feminizm, gender czy queer i w polu akademickim legitymizowałaby go płeć, a nie dorobek badawczy. Absurdalność tej myśli ujawni analogia – to tak, jakby mówić, że polonistyką zajmować powinni się tylko Polacy.

Trzecia manipulacja polega na imputowaniu hermetyczności środowisk badawczych (jak wiemy od autora: sfeminizowanych). No cóż, faktycznie ktoś kiedyś mógł nie przyjąć referatu dr. Gulczyńskiego, uznając, że np. w przedstawionym przez niego konspekcie porządek esencjalizmu płciowego miesza się z konstruktywizmem płciowym. Tyle że to dość powszechne zjawisko w świecie akademii, mnie też się zdarzało, po prostu musimy z tym – jako uczeni – żyć, że odrzucono nasz referat. Zresztą (pozwolę sobie na złośliwość), jeśli ktoś twierdzi, że „już nawet niemowlęta przejawiają skłonność do tradycyjnych ról płciowych”, to rzeczywiście mamy tu do czynienia z nielichym poplątaniem porządków.

Czemu służy ta potrójna manipulacja? Gulczyński wielokrotnie podkreśla swoje równościowe przekonania i odrzuca polaryzację płci jako wymysł medialny. Bardzo dba o to, żeby swoje poglądy przedstawiać jako umiarkowane i rozsądne, mówi, że chce „zatrzymać rozjazd płci”.

Problem jest tylko taki, że aby ten centryzm uwiarygodnić, podpowiada czytelnikom wizję świata, w której mamy do czynienia z jednej strony z groźną i agresywną manosferą i rzeszami sfrustrowanych inceli, z drugiej zaś znajdują się instytucje realizujące profeministyczną agendę, wspierane przez „hermetyczne” akademiczki z wydziałów gender studies (w Polsce nie ma żadnego, ale to nie szkodzi).

Kongres Mężczyzn: idzie nowe?

Receptą na tę hermetyczność („przemilczany problem nierównowagi płci na konferencjach, gdzie ok. 90% uczestników to kobiety”) jest właśnie Kongres Mężczyzn, o którym Gulczyński pisze jako o przedsięwzięciu wzorcowym przez to właśnie, że niespętanym przez polityczną poprawność, akademickie koterie, a nawet teoretyczną spójność: „...uznajemy różnorodność za wartość. Znajdujemy miejsce i dla teoretyka queer dr. Michała Bomastyka, i dla Mężczyzn św. Józefa. Zazwyczaj działania zapraszanych przez nas gości nie mają prawicowych czy lewicowych barw – osoby te reprezentują harcerstwo, podejmują walkę z samotnością, zapobiegają uzależnieniom i samobójstwom, pomagają bezdomnym... Dobre, potrzebne działania na rzecz mężczyzn nie muszą być w żaden sposób ustosunkowane do feminizmu czy problemów kobiet. Nie muszą też być osadzone w teoriach o męskości”. 

Zostawmy na boku fakt, że kongresy różnych organizacji to nie konferencje naukowe – te ostatnie często rzeczywiście są hermetyczne i skupione wokół określonych metodologii czy szkół badawczych. Taka jest ich specyfika, o czym Gulczyński doskonale wie, ale jego czytelnicy już niekoniecznie, więc może im wizję skostniałej i wrogiej akademii sprzedawać bez ryzyka.

Czy równouprawnienie zaszło za daleko

W Polsce różnica długości życia wynosi 7,4 roku, na Łotwie prawie 10, a w Szwecji i Holandii ok. 3 lat. Światowe wskaźniki szczęścia pokazują, że najszczęśliwsze są kraje takie jak Finlandia, Dania, Szwecja, Norwegia czy Holandia. Z pewnością na to szczęście wpływa wiele czynników, ale tym, co powinno zwrócić naszą uwagę, jest fakt, że te same kraje sytuują się najwyżej pod względem poziomu równości płci.

Polska w światowym wskaźniku równości płci zajmuje 51. miejsce, w Europie też nie błyszczymy. Wskaźnik Równouprawnienia Płci (EIGE): w unijnym rankingu Polska zajmuje zazwyczaj miejsca w drugiej dziesiątce (np. 18. miejsce w 2023 r.).

Mimo tych niespecjalnie progresywnych jak na nasz region świata danych, to właśnie w polskim społeczeństwie w ostatnich latach najbardziej w świecie wzrosło przekonanie, że równouprawnienie zaszło za daleko na korzyść kobiet – według raportu King’s College i Ipsos ten wzrost w ciągu ostatnich 7 lat sięgał 18 proc. odpowiedzi. Czy samo wzrosło, czy jest podszeptywane różnymi kanałami?

Najkrócej mówiąc, choć boisko jest wciąż przechylone na korzyść mężczyzn, to i tak uważamy, że ten przechył jest za mały, i coraz mniej chcemy go wyrównywać. W żadnym z równościowych i szczęśliwych krajów tych poziomów nie wywalczyły organizacje i stowarzyszenia mężczyzn działające w formule propagowanej przez Gulczyńskiego. Przeciwnie, polityki wzmacniania „męskiego pierwiastka” charakterystyczne są dla ustrojów autorytarnych (Rosja, ostatnio także USA) czy technofeudalnych korporacji (Musk czy Zuckerberg, podkreślający, że potrzebujemy więcej „męskiej energii w biznesie”).

Nie mam odpowiedzi, co robić z problemami chłopców i mężczyzn we współczesnym świecie i w Polsce. Wiem jednak, że uwierzenie Michałowi Gulczyńskiemu może nas słono kosztować. Zdanie z jego książki: „Nie wystarczy, że mężczyźni zaczną płakać – trzeba ich też zacząć słuchać” brzmi niepokojąco dwuznacznie.

Michał Gulczyński MĘŻCZYŹNI. O NIERÓWNOŚCI PŁCI, Wydawnictwo Port, Warszawa // materiały prasowe
Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 0.00 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 16/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Ta biedna męskość