Historyk starożytności czyta Trumpa: czy rodzi się nowy typ demokracji?

Marek Węcowski, historyk starożytności: krytyka demokracji jako systemu wynika często z lęku elit przed utratą wolności do większych zarobków oraz narzucania społeczeństwu własnego światopoglądu.
Czyta się kilka minut
Złota replika korony noszonej przez koreańskich władców, którą otrzymał Donald Trump od prezydenta Korei Południowej Lee Jae Myunga. Gyeongju, 29 października 2025 r. // Fot. Yonhap / EPA / PAP
Złota replika korony noszonej przez koreańskich władców, którą otrzymał Donald Trump od prezydenta Korei Południowej Lee Jae Myunga. Gyeongju, 29 października 2025 r. // Fot. Yonhap / EPA / PAP

Marek Rabij: Cytat na początek. „Jak wy, tak i my wiemy doskonale, że sprawiedliwość w ludzkich stosunkach jest tylko wtedy momentem rozstrzygającym, jeśli po obu stronach równe siły mogą ją zabezpieczyć; jeśli zaś idzie o zakres możliwości, to silniejsi osiągają swe cele, a słabsi ustępują”.

Marek Węcowski: To zdanie z „Wojny Peloponeskiej” Tukidydesa. Klasyk realpolitik, można rzec, tylko z roku 416 p.n.e. Ateńczycy stają u bram miasta Melos, które usiłuje zachować neutralność w wojnie Aten ze Spartą. Żądają, aby Melijczycy przeszli na ich stronę, gdy zaś spotykają się z odmową, zdobywają miasto, mordują mężczyzn, a kobiety sprzedają w niewolę.

Przypomniał mi się ten epizod, gdy słuchałem gróźb Donalda Trumpa, że weźmie Grenlandię siłą, jeśli Dania mu jej nie odda.

Mnie z kolei przychodzi do głowy Platon w „Gorgiaszu”, który przez swojego bohatera Kalliklesa demaskuje tak bliski prezydentowi USA sposób myślenia oparty na zasadzie, że silniejszy robi, co chce. Ilekroć słyszę, jakim językiem Ameryka mówi dziś do sojuszników, myślę, że taka buta może być trudna do zniesienia dla dobrze wykształconych polityków i wojskowych za Atlantykiem, którzy przecież na studiach zaczytywali się w Tukidydesie na równi z Machiavellim i z Hobbesem.

Przeczytałem książkę o wyjściu Amerykanów z Afganistanu, w której odniesienia do Homera i Tukidydesa są językiem komunikacji autora z czytelnikiem. A pisze to oficer CIA i były żołnierz piechoty morskiej.

Rozmawiamy teraz o epoce, w której i w ateńskiej polityce, i w teatrze pojawia się często określenie „polis-tyran”, czyli wizja państwa – powiedzielibyśmy dzisiaj – imperialistycznego. Ateny u szczytu potęgi w połowie V wieku p.n.e. jawią się właśnie takim państwem-tyranem. 

Ich główny helleński rywal, Sparta, sprawnie posługiwał się tą metaforą, zyskując cichych i jawnych sojuszników, obawiających się dalszego rozrostu ateńskiej potęgi. Podobnie gra dziś Waszyngton wobec Pekinu.

Z tą różnicą, że w Atenach te same obawy wyrażają wówczas nawet Ateńczycy. Tukidydes przywołuje mowy Peryklesa, który ostrzega nie tylko przed zagrożeniami, jakie niesie ze sobą osiągnięcie pozycji państwa-tyrana. Podkreśla też, że niebezpiecznie byłoby ją utracić, bo wtedy wszyscy, których ciemiężono, mogą się zwrócić przeciwko osłabionemu ciemiężycielowi. Mam wrażenie, że Stany znalazły się dokładnie w takiej sytuacji.

O tym myślał Graham Allison, pisząc o „pułapce Tukidydesa”? 

Konflikty wybuchają rzekomo wtedy, gdy stare imperium czuje się zagrożone przez szybko umacniającego się pretendenta i dąży do wojny. Ale myśląc o relacjach USA z Chinami, Allison sformułował regułę, której moim zdaniem nie da się wyprowadzić z Tukidydesa. Amerykę obsadza się tu w roli oligarchicznej Sparty, a Chiny występują jako odpowiednik demokratycznych Aten.

W dodatku zapominamy, że wojnę peloponeską w V wieku p.n.e. wygrała Sparta, że „nowe imperium” wcale nie musi być żwawsze od starego. Jeżeli szukamy antycznych analogii, Ameryka zmaga się raczej z pułapką roli „polis-tyrana”.

I tu od razu dodam, że moim zdaniem ze wszystkich potencjalnych państw-tyranów USA są dla świata najmniejszym złem, bo mimo wielu problemów wewnętrznych są państwem z mechanizmami demokratycznej autokorekty kursu politycznego. Pod tym względem demokracja działa tam nadal podobnie jak w starożytnych Atenach. Pamięta pan tzw. debatę mityleńską u Tukidydesa?

Proszę przypomnieć.

Ateńczycy zajmują Mitylenę na wyspie Lesbos, polis, która się im zbuntowała. Początkowo chcą wymordować wszystkich mieszkańców, żeby dać nauczkę kolejnym potencjalnym buntownikom, ale dochodzą do wniosku, że zastosowanie odpowiedzialności zbiorowej może zniechęcić do nich resztę sojuszników ze Związku Morskiego.

Kleon, lider stronnictwa imperialistów, domaga się rzezi miasta, lecz zgromadzenie ludowe rozpoczyna debatę na ten temat. Ateńczycy kierują się zarówno argumentami czysto humanitarnymi, jak pragmatycznymi, ważą plusy i minusy. Ostatecznie wysyłają na Lesbos posłańców z rozkazem wstrzymania masakry, którzy docierają w porę na miejsce.

W amerykańskiej polityce też ścierają się różne nurty, sprzeczne wizje przyszłości, ale o kierunku, w którym pójdzie kraj, decyduje ostatecznie „lud”, czyli m.in. opinia publiczna i głosy opozycji. To właśnie te mechanizmy czynią z USA tyrana stosunkowo mało opresyjnego. A raczej czyniły, bo w ich polityce zagranicznej bezpieczniki już nie działają.

Przestały, bo Donald Trump „medyzuje” – jak powiedzieliby współcześni Peryklesowi Ateńczycy?

W tym znaczeniu, że po cichu sprzyja „Medom”, czyli Persom, największemu wrogowi swojego kraju? A mówiąc po naszemu – Rosji?

Raczej w tym, że fascynuje go władza absolutna. Wybrał go lud, ale ciągnie go do wschodniego przepychu. Imponują mu dyktatorzy i dynastie.

To, co wyprawia Trump, nie jest oczywiście próbą wbudowania monarchii do amerykańskiego systemu politycznego. Patrzę na jego rządy jak historyk i wyróżniam dwa etapy. W pierwszym Trump poprzestawał do pewnego momentu na politycznym teatrze. Pojawiały się groźby i ostre zapowiedzi, ale szybko o nich zapominano.

Druga faza jest inna. Prezydent i jego otoczenie uważają, że stali się dostatecznie potężni, żeby porzucić grę pozorów dla realnych, agresywnych działań.

Inna kwestia to prywatyzacja państwa i jego narzędzi przez prezydenta i jego otoczenie. To nie monarchia, lecz myślenie o kraju i o świecie w kategoriach okazji do ubicia interesu. Te tendencje się łączą i pozwalają zrozumieć amerykańską politykę.

Trump atakuje zbrojnie Wenezuelę i narzuca jej arcykorzystne dla siebie warunki. Zmienia regulacje pod kryptowaluty, które sam emituje. W zamian za poparcie Białego Domu można zyskać lukratywne kontrakty zagraniczne. A stosunek władz USA do wojny w Ukrainie w dużej mierze wynika z osobistych relacji ich prezydenta z władcą Kremla.

„Państwo to ja”.

No właśnie nie. Trump nie jest władcą absolutnym, bo jego życzenia nie zmieniają się automatycznie w literę prawa. Instytucje państwa z coraz większym trudem, to prawda, ale nadal patrzą mu na ręce. 

Konserwatywni sędziowie Sądu Najwyższego nie głosują za każdym razem tak, jak by chciał. Szef banku centralnego, którego wyznaczył na to stanowisko jeszcze w pierwszej kadencji, staje mu teraz okoniem. Jest wreszcie administracja stanowa, gdzie nie wszędzie rządzą przecież Republikanie.

Dlatego w demokratycznym Minneapolis agenci ICE na polecenie Trumpa polują na ulicach na imigrantów. Nawiasem mówiąc, jest coś symbolicznego w tym, że największe dotąd potknięcie ekipa prezydenta zalicza w mieście, które w nazwie odwołuje się do źródeł greckiej państwowości. 

Amerykańska toponimia niemal co krok pokazuje, jak blisko tamtejszej kulturze do antyku. Mamy też Cincinnati, Kapitol, Filadelfię.

Greckiej państwowości nie były też obce zamachy stanu. Działania ICE w Minneapolis bywają interpretowane jako próba generalna przed czymś poważniejszym. Może Trump jest amerykańskim Teramenesem, człowiekiem, który podnosi rękę na samą demokrację?

Tym, co na pewno zbliża współczesne ustroje demokratyczne do ich starożytnej ateńskiej krewnej, jest poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, jak zapobiec sytuacji, gdy demokrację obali się z użyciem jej własnych reguł i mechanizmów.

Oligarchiczny zamach stanu w Atenach z 411 r. p.n.e. – poprzednik tego z 404 p.n.e., który pan właśnie przywołał – zawierał elementy siłowe. Bojówki oligarchiczne terroryzowały ateńskie ulice, w pewnym sensie podobnie jak obecnie ICE w USA. Ale to sami Ateńczycy opowiedzieli się za tym, żeby zmienić swój ustrój. Oligarchowie nie narzucili ludowi swojej władzy. Przekonali go, że lepiej poradzą sobie z wojną ze Spartą, z perskim zagrożeniem, wyzwaniami codzienności.

Dziś amerykańscy technooligarchowie, Alexander Karp i Peter Thiel, przekonują, że demokracja to przeżytek, bo algorytm rozumie ludzi lepiej od nich samych. Pozwólmy mu rządzić, a zapanuje pokój i szczęśliwość.

Tak, to niezwykle zabawne, bo bezwiednie – jak przypuszczam – obaj miliarderzy powielają argumenty, z którymi wojował już Benjamin Constant, a potem Isaiah Berlin, liberalni teoretycy wolności.

Za Constanta Europa lizała rany po wojnach napoleońskich. Wcześniej był terror rewolucji francuskiej. To wszystko uświadomiło mu, że największym zagrożeniem dla wolności są ludzie przekonani, że wiedzą lepiej, czego potrzebuje tzw. lud.

Bo tam, gdzie w oparciu o takie przekonania zaczyna się polityka, zwykle kończy się także wolność. Jednostka prędzej czy później znika w masie, w imię abstrakcyjnych wartości, jakimi są wolności czy korzyści tej masy. Pozostaje tylko niezmienne pytanie, kto ma te korzyści identyfikować.

Według Thiela i Karpa oczywiście ci, którzy operują algorytmem.

Oni naprawdę odgrzewają dwustuletnie kotlety, chyba nie zdając sobie sprawy, że te same argumenty służyły za usprawiedliwienie dla gilotyny na Placu Rewolucji. A potem legitymizowały terror napoleoński, aż w końcu legły u podstaw terroru faszystów i komunistów, co trafnie zdiagnozował Berlin. Argument, że ktoś wie lepiej, czego potrzebują ludzie, co jakiś czas powraca z przytupem w dziejach.

Dziś niektórzy „wiedzą lepiej”, że demokracja hamuje rozwój. Sprawdzała się może w Atenach, gdzie kilka tysięcy obywateli mogło wypracować kompromis. W wielokulturowych społeczeństwach, targanych nierównościami nie do zasypania, nie ma już sensu.

Przypomnę, że w XX wieku często podnoszono, iż demokracja jest słaba przez swój wielogłos i mechanizmy zbiorowego decydowania. W takim świecie trudno też dochować tajemnicy, sprawować kontrolę, co regularnie wytykano „słabym” państwom prawa w latach 60., kiedy lewicowe bojówki terroryzowały Europę Zachodnią.

Na szczęście od razu pojawiały się głosy przeciwne, jak chociażby u nas Leszka Kołakowskiego, które pomagały zrozumieć, że za rzekomą słabość demokracji omyłkowo bierzemy jej największy w istocie atut.

Genialność mechanizmu autokorekty systemu demokratycznego polega na tym, że w ramach pewnego przyjętego przez wszystkich układu i zasad gry raz zwycięża jeden, a raz drugi. Zresztą może najzabawniejszym paradoksem współczesnej krytyki demokracji jako ustroju słabego jest to, że jej krytycy tak chętnie powołują się na starożytne Ateny.

Bo tamta demokracja też była słaba?

Przeciwnie. Krytykowano ją głównie za to, że jest śmiertelnie skuteczna. Za to, że swoim beneficjentom, ludowi, daje wszystko, zawsze i za wszelką cenę. A elity bierze pod but i bezlitośnie wykorzystuje.

Tymczasem dzisiejsze elity – które przecież zarzucają demokracji bezsilność – zarazem czują się przez nią śmiertelnie zagrożone w swojej wolności do zarabiania więcej, do narzucania innym swojego punktu widzenia. Kłania się w tym momencie cały dyskurs europejskiej i amerykańskiej prawicy o absurdach biurokracji europejskiej, szyderstwa z regulacji, które ponoć odbierają nam wolność.

A nawet tożsamość – że przywołam J.D. Vance’a.

Vance sprowadza europejską tożsamość do kwestii etnicznych i kulturowych. Nie twierdzę, że to kwestie marginalne. Rozumiem te obawy i sam je w części podzielam.

Zadziwia mnie jednak, jak linearnie, wręcz prostacko, niektórzy Amerykanie patrzą na te nasze zmagania. Zdaniem Vance’a to, że w Paryżu sklepiki prowadzą dziś muzułmanie, których Karol Młot pokonał pod Poitiers, dowodzi głębokiego kryzysu tożsamości europejskiej. Nie mam na to odpowiedzi, nie warto w ogóle dyskutować na takim poziomie.

Według mnie europejska tożsamość to przede wszystkim umiejętność ucierania wspólnych poglądów, budowania wspólnoty mimo podziałów, nie tylko na fundamencie tego, co nas łączy. Pięknie pisał o tym wspomniany Kołakowski. 

Niedawno przeczytałem podobny w tonie esej Slavoja Žižka. Z kryzysem europejskiej tożsamości będziemy mieć do czynienia dopiero wtedy, gdy w konflikcie politycznym, religijnym lub ideologicznym zwycięży w Europie jedna strona, wdeptując przy tym drugą w ziemię.

Współczesna debata publiczna często sprowadza się do wdeptywania w ziemię.

A mnie właśnie tak rozumiana demokracja, przy wszystkich jej niedoskonałościach, wciąż wydaje się rozwiązaniem najbezpieczniejszym spośród tych, które mamy do dyspozycji. Nie jestem pewien, czy wyjściem z tego impasu jest przyspieszona federalizacja Unii Europejskiej. Uważam jednak, że UE jest kwintesencją tej cywilizacji europejskiej, w której – przy wszystkich możliwych szaleństwach, wynikających z przewagi którejś ideologii w danym historycznym momencie – nadal możliwe jest samouleczenie.

Elity demokratycznych społeczeństw zachodnich przez lata spotykały się na wyspie Jeffreya Epsteina na pedofilskim areopagu. Samouleczenie nie nastąpiło.

O to proszę pytać raczej historyka starożytnego Rzymu, bo ateńskie społeczeństwo było zdecydowanie bardziej egalitarne niż rzymskie. Poziom zamożności nawet najbogatszych Greków ze złotej epoki Aten był nieporównywalny z tym, na co trzy wieki później mógł już sobie pozwolić np. Lukullus. W Atenach też były elity, zdarzały się skandale obyczajowe.

Ale choć sami Ateńczycy martwili się zjawiskiem alienacji elit, nie da się tego porównać do ekscesów stawiających się ponad prawem właścicieli globalnych fortun oraz potężnych polityków i celebrytów.

W Atenach nikt nie mógł w jawny sposób odrzucić wspólnych wartości i reguł. Nawet gardzący nimi ostentacyjnie Alkibiades słono zapłacił za swoje – na dzisiejszą miarę skromne – ekstrawagancje, jak rzekome parodiowanie świętych misteriów eleuzyńskich podczas biesiad.

Nawet elity musiały się liczyć z ostracyzmem.

Uważam, że ten mechanizm jest wciąż źle interpretowany. Ostracyzm istotnie pełnił funkcję wentyla bezpieczeństwa, bo świadomość, że każdego można wygnać z miasta bez sądu, działała trzeźwiąco na polityków.

Przede wszystkim wymuszał jednak współpracę na elitach, które co roku musiały zadbać, żeby do ostracyzmu nie doszło. A żeby się to udało, politycy przez cały rok musieli współpracować, szukać kompromisów. Paradoksalnie ostracyzm zdarzał się właśnie wtedy, kiedy pojawiał się gracz bezkompromisowy, który nie potrzebował sojuszników i po prostu chciał pozbyć się wrogów z kraju.

Gdy Pan mówi o ostracyzmie – wypisywaniu na kawałkach potłuczonych naczyń imion polityków, którzy zdaniem obywatela mieli opuścić miasto – mnie przed oczyma stają wpisy z X, czyli dawnego Twittera. Elon Musk powtarza, że musi tam panować taka sama swoboda wypowiedzi, jaką mieli starożytni Ateńczycy. 

Różnica jest taka, że ostracyzm wydarzał się raz na kilka lat. W teatrze osoby publiczne lżono w sposób wręcz okrutny, ale widzowie rozumieli, że uczestniczą w pewnej konwencji. Znamienne zresztą, że w 440 r. p.n.e. w Atenach prawdopodobnie wprowadzono przepisy, które m.in. zabraniały w teatrze przywoływania konkretnych ludzi z imienia. 

Stało się to zapewne w momencie, kiedy Ateńczycy poczuli się zagrożeni podczas bardzo trudnej dla nich wojny z Samos, ale tę cenzurę szybko zniesiono. To pokazuje, że Grecy nie traktowali wolności słowa doktrynersko.

Platformy społecznościowe nie są teatrem. Siedzą nam w głowach niemal całą dobę.

Zabijając debatę publiczną, plemienność szkodzi też demokracji?

Może szkodzić. Dostrzegam np. coraz silniejszą pokusę dywersyfikacji poziomu praw obywatelskich. W Wielkiej Brytanii trwają debaty nad zasadnością automatycznego pozbawiania obywatelstwa i wydalania osób urodzonych w Zjednoczonym Królestwie za działalność terrorystyczną.

Nie mam na myśli np. Danii, która zaostrza politykę migracyjną. Mówię o państwie demokratycznym, które rozważa, co robić z własnymi obywatelami, zarówno tymi, którzy dopuścili się przestępstw i wykroczeń, jak i ogółem tych, którzy są postrzegani jako zagrożenie z racji ich odmienności kulturowej czy wyznaniowej. Sama „obcość” staje się podstawą dla podejrzeń. Nie zawsze zresztą bezzasadnie.

Ateny miały metojków, „współmieszkańców” niższej kategorii. Żyli z obywatelami, ale nie decydowali o losie państwa. 

Chociaż czuję się demokratą i liberałem, jako historyk muszę dopuścić do mojego rozumowania możliwość, że tego typu poglądy są reakcją na to, co się dzieje z naszym światem. Może nietrafioną, ale naturalną. Muszę też pytać o skutki. Czy nierówności, które wydawały się dotąd wyłącznie kwestią statusu materialnego, wykształcenia czy kapitału kulturowego, przybiorą nową formę?

Mam wrażenie, że to się już dzieje i że na naszych oczach powoli kształtuje się nowy typ demokracji, która już nie zakłada, że wszyscy są równi.

Fragment dialogu melijskiego z „Wojny Peloponeskiej” w przekładzie Kazimierza Kumanieckiego. 

Marek Węcowski // Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl

MAREK WĘCOWSKI jest historykiem starożytności i filologiem klasycznym. Wykłada na Uniwersytecie Warszawskim. Specjalizuje się w badaniach dziejów Grecji. Wydał książkę „Tu jest Grecja! Antyk na nasze czasy".

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 07/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Dyskretny urok demokracji