Trzeba naprawdę ekstremalnego wysiłku, żeby śmiertelne strzały oddane w kierunku Renée Nicole Good i Alexa Prettiego uznać za „uzasadnioną interwencję” funkcjonariuszy ICE. Owszem, stawianie czynnego oporu amerykańskim służbom zawsze było, jest i będzie ryzykowne.
Także dlatego, że z grubsza każdy dysponuje w tym kraju dostępem do broni, stąd policja czy inne grupy mundurowe całkiem słusznie mają prawo do szybkiego i stanowczego działania. W bogatym wachlarzu technik interwencyjnych, jakimi wolno im się posługiwać, z pewnością nie figuruje jednak otwieranie ognia do cywilów, którzy nie rzucają się na nich z bronią lub pięściami.
Strzelaniny w Minnesocie
Z nagrań obu zajść, które trafiły do sieci, jasno wynika, że agenci wykazali się, delikatnie mówiąc, jaskrawym brakiem profesjonalizmu, niezdolnością do samokontroli, a także, jak się zdaje, przekonaniem o własnej wszechmocy. Cóż, z tego rodzaju konglomeratu może wyniknąć wyłącznie tragedia.
Najbardziej symptomatyczne zdaje mi się w tym wszystkim uporczywe zaprzeczanie rzeczywistości przez Donalda Trumpa, J.D. Vance’a i ich popleczników. Konsekwentne, systematyczne wmawianie opinii publicznej, że widać na tych taśmach coś innego, niż na nich widać.
Świat, w którym fakty tracą znaczenie
Kłamstwo w służbie politycznego interesu jest stare jak sama polityka, niemniej dzisiaj – z uwagi na nasze technologiczne i ideologiczne położenie – znajdujemy się w sytuacji pod wieloma względami nowej. Niczym w opowiadaniu Borgesa „Ogród o rozwidlających się ścieżkach” funkcjonujemy w uniwersum złożonym z wielu światów, pomiędzy którymi nie istnieją żadne widoczne przejścia.
Całkowitemu zatarciu ulega różnica pomiędzy rzeczywistością a interpretacją, pragnieniem a możliwością, wyobraźnią a materią, na której opór powinna ona natrafiać.
Ulega zatarciu zarówno w teorii – powstało wszak wiele subtelnych i rozbudowanych koncepcji mających dowieść, jak bardzo relatywny jest każdy sąd próbujący coś orzec o świecie – lecz także w codziennym doświadczeniu.
Mechanizm politycznej propagandy
Nasza podatność na ułudy, fantazmaty i perswazje, w ostatnich, powiedzmy, dwóch dekadach, wzrosła skokowo. Rzesze ludzi absorbują rozmaite warianty chytrej politycznej propagandy, a następnie emitują ją dalej w mediach społecznościowych i własnym życiu z poczuciem pełnej niezależności i oryginalności.
Tymczasem nieświadomie realizują tylko taką czy inną agendę, ci zaś, którzy wyspecjalizowali się w jej dyskretnym rozpowszechnianiu, doskonale rozumieją, że pojęcia prawdy i fałszu już dawno straciły sens. I że odpowiednio kierunkowany i prowadzony umysł – przez innych lub, co istotne, przez samego siebie – jest w stanie doświadczać absolutnej fikcji jako czegoś najgłębiej rzeczywistego.
Mamy na to niezliczoną liczbę przykładów w historii, filmie i literaturze, a jednak wciąż zachowujemy się tak, jakbyśmy nie przyjmowali tego do wiadomości. Co, naturalnie, samo jest częścią tego problemu.
Ograniczenia konfrontacji z rzeczywistością
Tymczasem eksperci od wywierania wpływu świetnie wiedzą, że jeśli tylko umiejętnie zagra się człowiekowi na pragnieniach i deficytach – bez wahania wybierze kłamstwo, choćby miał przed oczami jawne dowody. Emfatyczne powtarzanie w kółko, że jest inaczej niż podpowiadają zmysły, sumienie i rozum, prędzej czy później sprawi, że jakaś część ludzi w to uwierzy, inna zaś przynajmniej nabierze wątpliwości co do własnych kompetencji poznawczych. Prosta to reguła i prosta metoda, a zarazem od niepamiętnych czasów skuteczna.
Dotychczasowa psychologia – rozwijana przed epoką mediów społecznościowych, polityk tożsamościowych i sztucznej inteligencji – przyjmowała za dobrą monetę działanie zasady rzeczywistości. Zgodnie z tą zasadą prawda prędzej czy później musi wyjść na jaw, nie da się bowiem wiecznie żyć w iluzji. To tak, jakby w godzinach szczytu kroczyć przez zatłoczone miasto z zawiązanymi oczami i przekonaniem, że się wszystko świetnie widzi. Zderzenie jest nieuchronne, to tylko kwestia czasu.
W tej prognozie kryje się jednak – wracamy do Borgesa – założenie o istnieniu jednej rzeczywistości, jednego świata.
Jeśli dziś funkcjonuje ich wiele, a każdy ma swoich mieszkańców, wówczas siłą rzeczy żadna taka konfrontacja nie jest już możliwa. Czy raczej – to, co mieszkańcy świata X widzieć będą jako konfrontację z rzeczywistością, której doświadcza mieszkaniec świata Y, dla tego drugiego będzie jeszcze jednym potwierdzeniem, że od początku miał rację. I na odwrót.
Większość Amerykanów ufa własnym zmysłom
W sprawie ICE jest jednak pewien aspekt, który pozwala przypuszczać, że może nie wszystko jeszcze stracone. Mam na myśli badania opinii publicznej w USA, które pokazują systematyczny spadek poparcia dla działań Trumpa i metod stosowanych przez tę agencję.
Serwis YouGov podał niedawno, że więcej Amerykanów popiera likwidację ICE niż utrzymanie jej działalności; podobnie prawie 60 proc. uznaje jej działania za nadmiernie przemocowe.
Ze stanowiskiem pożegnał się również dotychczasowy szef straży granicznej, Gregory Bovino, człowiek pod względem wiary w moc zaprzeczenia bodaj jeszcze bardziej żarliwy niż Trump i Vance, którzy jednak – najwyraźniej pod presją sondaży – bez wahania się go pozbyli.
Tak czy owak, w tym, że mimo wszystko znaczna część amerykańskich obywateli wciąż jeszcze – przynajmniej w tej kwestii – ufa własnym zmysłom, sumieniu i rozumowi, jest coś elementarnie pocieszającego.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















