To koszmarny zbieg okoliczności. W styczniu funkcjonariusze federalni zabili dwoje mieszkańców Minneapolis, którzy protestowali przeciw nasilonym łapankom imigrantów. Oboje mieli po 37 lat. Najpierw zginęła poetka i matka trójki dzieci Renee Good. 17 dni później Alex Pretti, pielęgniarz pracujący na oddziale intensywnej terapii.
W obu przypadkach administracja Trumpa twierdziła, że służby działały w samoobronie. Renee Good zignorowała polecenie, by się zatrzymać, i ponoć próbowała potrącić agenta służb imigracyjnych i celnych (ICE). Za drugim razem, według władz, Alex Pretti podszedł do funkcjonariuszy z bronią. Przeczą temu nagrania zarejestrowane przez świadków. Widać na nich, że mężczyzna trzyma w ręku tylko telefon.
Gdy Pretti leżał już unieruchomiony przez agentów na ziemi, jeden z nich krzyknął, że mężczyzna jest uzbrojony, co sugeruje, że wcześniej nie miano o tym pojęcia. Mimo to, jeszcze bez wstępnego śledztwa, oficjele z ekipy Trumpa okrzyknęli Prettiego „terrorystą”, podsycając napiętą już sytuację w Minneapolis.
Demonstranci od tygodni pojawiają się w miejscach spodziewanych aresztowań imigrantów i nagrywają działania służb komórkami. Niektórzy protestowali pod hotelami, gdzie nocują agenci. „Greg Bovino, jesteś zwolniony” – krzyczano 26 stycznia, gdy media podały, że Bovino, dowodzący łapankami w Minneapolis, opuszcza miasto.
Na miejscu zastąpił go Tom Homan, spec od deportacji w ekipie Trumpa, który uchodzi za mniej radykalnego; ma opinię kogoś, kto potrafi dogadać się z gubernatorami i burmistrzami.
Biały Dom hamuje ICE. Polityczne koszty brutalnych łapanek w Minneapolis
Przetasowania personalne to sygnał, że Biały Dom skalkulował, iż chaotyczne i brutalne działania funkcjonariuszy w Minneapolis to dla niego zbyt duże ryzyko polityczne. Gruntownego śledztwa w sprawie śmierci Prettiego i ustąpienia Kristi Noem, szefowej departamentu odpowiedzialnego za działania ICE, zaczęli domagać się nawet niektórzy republikańscy politycy.
W kontrze do Trumpa stanęły też zwykle lojalne wobec niego organizacje posiadaczy broni palnej. Wpływowe lobby rozjuszyło to, że prezydent i jego sojusznicy twierdzili, iż Pretti nie powinien iść uzbrojony na demonstrację (miał pozwolenie na noszenie broni w miejscach publicznych).
Trump najwyraźniej uznał, że musi ostudzić emocje, by nie zrazić elektoratu Partii Republikańskiej przed tegorocznymi wyborami „połówkowymi” do Kongresu. Ludzi mogą odstraszyć nagrania z Minneapolis, pokazujące, jak agenci ICE powalają demonstrantów na ziemię, pryskają im gazem pieprzowym w twarz i wyciągają ich siłą z aut.
Zmieniające się nastroje widać w sondażach. W ciągu pół roku wśród Amerykanów, w tym także tych z obozu republikańskiego, przybyło osób przekonanych, że działania ICE są zbyt agresywne.
Dlaczego Minneapolis stało się celem ICE? Afery finansowe i polityczna kalkulacja Trumpa
Minneapolis znalazło się w epicentrum polityki imigracyjnej Trumpa na początku stycznia, gdy Departament Bezpieczeństwa Wewnętrznego skierował tam dodatkowe 2 tys. funkcjonariuszy federalnych.
To zarządzane przez Demokratów miasto przykuło uwagę Trumpa w związku z przekrętami finansowymi z udziałem somalijskiej diaspory. Sprawcy przez lata defraudowali fundusze federalne na pomoc socjalną. Zamiast np. rozdawać posiłki potrzebującym dzieciom, niektórzy kupowali luksusowe auta, jeździli na zagraniczne wycieczki i inwestowali w nieruchomości. Na papierze wszystko się zgadzało, bo fabrykowano dokumentację usług, które nigdy nie zostały wykonane.
Na fali tych afer, badanych przez federalnych śledczych już za rządów Bidena, Trump okrzyknął Minnesotę „centrum prania brudnych pieniędzy” i insynuował, że somalijskie gangi „krążą po ulicach w poszukiwaniu ofiary”. Wykorzystał też tę sytuację do ataków na gubernatora Tima Walza, za którego rządów doszło do malwersacji, i na reprezentującą ten stan kongresmenkę Ilhan Omar.
Ta polityczka, somalijskiego pochodzenia, pod koniec stycznia – na fali napięć w Minneapolis – została zaatakowana przez 55-latka na spotkaniu z wyborcami. Mężczyzna miał rzucić się w jej stronę ze strzykawką, gdy wezwała do rozwiązania ICE i ustąpienia z urzędu wspomnianej Kristi Noem.
Jeszcze w grudniu atmosferę wokół somalijskiej diaspory z Minnesoty podkręcił dodatkowo prawicowy youtuber Nick Shirley. W opublikowanym nagraniu twierdził, że amerykańsko-somalijscy właściciele żłobków i przedszkoli defraudują publiczne pieniądze.
W reakcji na ten materiał administracja Trumpa wstrzymała rządowe fundusze na prowadzenie takich placówek w Minnesocie. Kilka dni później ogłoszono zawieszenie 10 mld dolarów środków na programy socjalne w stanach rządzonych przez Demokratów – nie tylko w Minnesocie, także w Kalifornii, Kolorado, Illinois i stanie Nowy Jork.
Jako powód podano podejrzenia, iż tam też doszło do nadużyć. Trump zakręcił kurek z pieniędzmi w czasie, gdy do Minneapolis zmierzały już posiłki ICE.
Deportacje za Trumpa: miasta-azyle pod presją, wyniki poniżej zapowiedzi
Gdy idzie o deportacje nielegalnych imigrantów, Biały Dom w minionym roku brał na celownik także inne tzw. miasta-azyle, odmawiające współpracy ze służbami imigracyjnymi. Agentów kierowano m.in. do Chicago i Los Angeles. Do tego drugiego miasta, w czasie czerwcowych protestów przeciwko łapankom, Trump bez zgody władz stanowych wysłał gwardzistów, co jeszcze zaogniło sytuację.
Wbrew temu, co twierdzi ekipa Trumpa, agenci aresztują nie tylko nielegalnych imigrantów, którzy popełnili przestępstwa, ale także ludzi bez przeszłości kryminalnej, pracujących w branżach opierających się na imigrantach, jak budownictwo czy rolnictwo. Oprócz Minneapolis, w styczniu skierowano posiłki ICE także do zarządzanego przez Demokratów stanu Maine.
Podobnie jak w innych miejscach, nasilona obecność służb sprawiła, że imigranci w obawie przed łapankami przestali chodzić do szkoły i pracy.
Jak wynika z danych cytowanych przez „New York Timesa”, w minionym roku z USA deportowano 540 tys. nielegalnych imigrantów. To o połowę mniej niż ambitnie zakładała administracja Trumpa. To także mniejsza skala deportacji niż w dwóch ostatnich latach rządów Bidena, gdy napływ imigrantów na granicę USA-Meksyk był rekordowy.
Jak działa ICE w miastach USA? Zatrzymania uliczne zamiast kontroli granicznych
Spośród deportowanych za rządów Trumpa ok. 270 tysięcy to osoby zatrzymane na granicy, a 230 tysięcy wewnątrz kraju. Dodatkowe 40 tysięcy wyjechało z własnej woli, korzystając z oferowanych przez rząd „dopłat”. Jak wylicza nowojorski dziennik, aresztowań „wewnętrznych” było więcej niż za czteroletnich rządów Bidena, co pokazuje modus operandi obecnej administracji.
Dla jasności: agenci ICE nie od dziś prowadzą działania w amerykańskich miastach. Oprócz współpracy z lokalnymi więzieniami, skąd przechwytują przebywających już w areszcie nielegalnych imigrantów, zatrzymują także ludzi na ulicach, w domach i miejscach pracy.
Gdy mieszkałam w kalifornijskim San Diego, słyszałam od imigrantów, że ich bliscy żyjący w Stanach nielegalnie unikają np. jazdy kolejką podmiejską, bo tam jest większe ryzyko legitymowania przez służby. To było za pierwszych rządów Trumpa, już wtedy znanego z twardej polityki imigracyjnej.
Po powrocie do władzy kazał podkręcić tempo łapanek, a jego administracja zerwała z polityką, która chroniła przed aresztowaniami w szkołach i kościołach. Do zatrzymań w miejscach publicznych w 2025 roku najczęściej dochodziło w Kalifornii, Illinois i stanie Nowy Jork, gdzie lokalne więzienia współpracują z ICE tylko w ściśle określonych przypadkach.
Budżet ICE bije rekordy. Miliony dolarów, szybka rekrutacja i kontrowersje
Za machiną deportacyjną Trumpa stoją ogromne pieniądze. ICE z budżetem 85 mld dolarów jest dziś najlepiej finansowaną agencją służb porządkowych w USA. Dzięki tym funduszom liczba zatrudnionych funkcjonariuszy w ciągu roku wzrosła z 10 do 22 tys. osób.
Nowi agenci dostają na zachętę nawet 50 tys. dolarów bonusu i obietnicę, że państwo umorzy im do 60 tys. dolarów długu studenckiego, co jest wabikiem przy koszmarnie drogiej edukacji wyższej w USA. Aby przyspieszyć werbowanie kandydatów, ogłoszono, że o pracę w ICE mogą ubiegać się osoby poniżej 21. roku życia. Skrócono także czas szkolenia nowych agentów, co według krytyków widać po chaotycznych działaniach w Minneapolis.
Tymczasem, jak donosi Reuters, przebywający w tym mieście agenci ICE mieli właśnie dostać wytyczne, by unikać niepotrzebnych interakcji z „agitatorami”, czytaj z protestującymi. Mają skupić się na aresztowaniach nielegalnych imigrantów z przeszłością kryminalną, a nie wyrywkowo zatrzymywać ludzi na ulicy, co budziło tak duże kontrowersje.
Trump nie rezygnuje z łapanek. Korekta taktyki zamiast zmiany kursu
Guru od deportacji Tom Homan w czwartek 29 stycznia sygnalizował, że administracja rozważa wycofanie posiłków ICE z Minneapolis pod warunkiem, że lokalne więzienia będą współpracować z tą agencją. Kilka godzin później Trump, odpowiadając na pytania reporterów, wypalił, że nie ma mowy o wycofaniu agentów.
Nawet jeśli w tej historii dojdzie do szybkiego zażegnania kryzysu, trudno spodziewać się, że Trump odpuści z łapankami w amerykańskich miastach. Bardziej prawdopodobna jest kosmetyczna korekta działań ICE. W końcu obietnica rozprawienia się z nielegalną imigracją dwukrotnie wyniosła Trumpa do władzy.
Autorka jest dziennikarką „Press” i byłą korespondentką w USA. Stale współpracuje z „Tygodnikiem”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















